kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: narzekania

    Nie mam ostatnio zupełnie głowy do pisania notek, może dlatego, że w moim życiu dzieje się za dużo i nawet jeszcze nie zdążyłam sobie wszystkiego dobrze przemyśleć, już nie mówiąc o opisywaniu (między innymi dostałam się na studia, na Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warrrrszawie… z pierwszą punktacją wśród skrzypków! yay!:D). Niemniej jednak ostatnio w naszym pięknym kraju jest na rzeczy coś, co przewraca mi wątpia i burzy krew, a mianowicie afera wokół powstającej właśnie ustawy medialnej. (Tak jest, wiedzieliście, że jak w końcu wrócę, to znajdę sobie jakiś powód do narzekania, co nie?:D zresztą pewien mój kumpel zauważył słusznie, że jak w końcu o tym napiszę, zaraz zobaczycie o czym, to wpisze się to bardzo ładnie w tradycję kultywowana na tym blogu z powodzeniem, mianowicie tradycję zbawiania świata w pojedynkę…) A więc, do rzeczy!

    Otóż wszystko sprowadza się do problemu funkcjonowania mojej ulubionej stacji radiowej, Drugiego Programu Polskiego Radia. Ich sytuacja finansowa systematycznie się pogarszała przez ostatni okres czasu, aż doprowadzono do sytuacji, w której nie mają oni pieniędzy dosłownie na nic. Radiowa Dwójka była patronem licznych festiwali muzycznych, z jej budżetu finansowano symfoniczną orkiestrę (nota bene, orkiestrę na świetnym poziomie) i parę innych znakomitych zespołów, 2010 rok został ogłoszony rokiem Chopinowskim (dwusetna rocznica urodzin), a oni nie są w stanie w żaden sposób dołożyć się do tej imprezy na wielką skalę, bo nie mają nawet pieniędzy na robienie audycji! Z ramówki znika kilka ciekawych pozycji, a dziennikarskie honoraria zmniejszyły się drastycznie – za zgodą zespołu oczywiście. Dziennikarze sami muszą płacić sobie za delegacje, tym podobne absurdy możnaby chyba wypisywać a wypisywać, a w tym momencie, jeśli nasza nowo powstająca ustawa wejdzie w życie, ustawa, która zakłada likwidację abonamentu, wygląda na to, że jeśli czegoś nie zrobimy, Dwójka padnie na całej linii. (Piszę oczywiście z perspektywy zwolenniczki płacenia abonamentu ;p).

    Widzicie, to jest świetne radio, na bardzo wysokim poziomie, i wcale nie tylko dla fanatyków muzyki poważnej! (jak ja… ;D) Tak naprawdę każdy Polak i Polka, którzy nazywają się kulturalnymi ludźmi, mogą tam znaleźć coś dla siebie, oferta programowa Dwójki jest naprawdę bardzo zróżnicowana. Plus, to radio w ogóle nie nadaje reklam (więc odpada jedno źródło finansowania…), dzięki czemu nie wściekamy się, kiedy co 10 minut ciekawa audycja przerywana jest jakimś parszywym reklamowym jazgotem. Za granicą, np. w Wielkiej Brytanii, takie instytucje utrzymują się (i, z tego co się orientuję, mają się świetnie) dzięki temu, że obowiązek płacenia abonamentu jest bardzo ściśle przestrzegany. I dzięki temu mamy BBC Symphony Orchestra, mamy Proms (to są takie doroczne koncerty, strasznie fajne i ogólnie szpaniaste, na które zapraszane są największe gwiazdy muzyki klasycznej, których liczba, jak właśnie dowiedziałam się z nieocenionej Wikipedii, ciągle wzrasta i w tym roku osiągnie rekordowy wynik 100 koncertów w ciągu ośmiu tygodni - a u nas liczba festiwali maleje z jakże prozaicznego powodu braku funduszy dla Dwójki;]), i różne inne fajne rzeczy…

    Dlatego wszystkich serdecznie namawiam, żeby płacili abonament, bo to chyba najmniej, co w tej sytuacji możemy zrobić, a oprócz tego, jeśli wierzycie w słuszność sprawy, możecie napisać o tym u siebie! Mój blog pewnie nie zwiększy drastycznie rozgłosu tej sprawy (co też na pewno by pomogło), ale jeśli połączymy siły… :D

    Poniżej wklejam oświadczenie pracowników radiowej Dwójki, a dokładniej rzecz biorąc jego screenshot z Facebooka. (Jeśli ktoś ma profil na Facebooku, to może osobiście dopisać się do akcji, pod tym adresem:
    http://www.facebook.com/home.php#/event.php?eid=95055122682
    ).

    Kultura w zagrożeniu...

    Jest taka książka Nicka Hornby’ego, The Good Life, która opowiada o cudownej i zabawnej przemianie pewnego wściekłego na wszystko człowieka w takiego „dobrodziejka”. Ten człowiek przed w.w. przemianą zajmuje się głównie pisywaniem do lokalnej gazety artykułów do kolumny pod tytułem The Angriest Man in Holloway, czyli Najwścieklejszy człowiek w Holloway, i, jak się może już domyślacie, pisze tę kolumnę o tym, co go wkurza, a jest tego niemało… (wstawiłabym tu fajny cytat, mówiący, o czym właściwie, ale nie mogę znaleźć książki! :[)no w każdym razie, myślę, że ja, idąc tym tropem, mogłabym się sama tytułować The Angriest Woman in Łańcut, bo czasami tak mnie wszystko niemożebnie irytuje!

    Dzisiaj na przykład jest to SĄSIAD. Otóż rzeczony sąsiad mieszka chyba piętro wyżej ode mnie (po „drugiej stronie” klatki schodowej) i ma zwyczaj popalać sobie papierosy. Oczywiście od samego palenia nigdy nic się nikomu nie stało (hehe), już wyrosłam z tego bardzo comme il faut krytykowania palenia, ale kiedy ten sąsiad, popalając sobie papieroski, siedzi sobie w oknie, a niedopałki wyrzuca a) prosto w ogródek, który kiedyś z mamą pracowicie skopałam i zasadziłam, b) na dach klatki schodowej, co powoduje, że ów dach jest obficie upstrzony niedopałkami, które już prawie zaczynają się układać we wzorki, to norrrmalnie krew się we mnie gotuje!

    Czy naprawdę wrażliwość przeciętnego Polaka kończy się za drzwiami jego domu? naturalnie, że na swoją własną podłogę ten pan takiego niedopałka by nigdy nie rzucił. Dlaczego mamy takie podwójne standardy?

    PS hit dnia!

    Dzisiaj dostałyśmy kartkę z wielkanocnymi życzeniami świątecznymi od dalekich krewnych. Sęk w tym, że była zaadresowana do mojej ś.p. babci!!
    A pod życzeniami znalazł się dopisek: Prosimy bardzo o podanie adresu.

    PIEKŁO? NIEBO? CZYŚCIEC??? :))

    Jestem jedną z tych (naiwnych?) osób, które uważają, że jakby ludzie więcej przejmowali się sztuką, to świat byłby lepszy. Podam Wam przykład ze swojej własnej dziedziny: czy ktoś słyszał kiedy o muzyku – mordercy? Jedynym niechlubnym wyjątkiem od tej reguły jest niejaki Gesualdo da Venosa, włoski szlachcic – kompozytor, który żył w epoce renesansu, i w przypływie szału i zazdrości, gdy nakrył swoją żonę z kochankiem, dosłownie zatłukł ich na śmierć (jakąś drewnianą pałką), a dziecko śpiące w kołysce zakołysał (sic) na śmierć. Ale to naprawdę jedynym! Btw, polecam strasznie zabawną książkę Davida Barbera „Bach, Beethoven i inne chłopaki”, z której zaczerpnęłam ten drastyczny szczegół. W każdym razie, jestem wyznawczynią tego znanego poglądu, że muzyka łagodzi obyczaje. Niedawno, jadąc autobusem do Rzeszowa, zapędziłam się prawie na sam tył (rzeczonego autobusu). Za mną siedzieli dwaj młodzieńcy o wygolonej głowie, marsowym obliczu, odziani w dres i słuchający hip-hopu (a dokładnie tej znanej piosenki, w której jest coś tam, coś tam… „drina goni kolejny drin”). Puścili sobie ten song na cały regulator, a mi uszy więdły, głównie zresztą z powodu ilości przekleństw, jakie tam padają. (Zresztą w ogóle obczaiłam sobie teraz ten tekst i totalnie się załamałam, czy tak ma wyglądać dobry tekst piosenki!? ;p) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że jak zaraz tego nie wyłączą, to się wkurzę i im coś powiem (są ludzie, których wkurza, kiedy współpasażer prowadzi rozmowę telefoniczną w przedziale pociągu, to ja nie mam prawa wkurzyć się takim megagłośnym i chamskim kawałkiem muzyki? ;p) Ale zrobiło się cicho. Po chwili dresy zaczęły rozmawiać, i wtedy już zupełnie przestałam żałować, że nic im nie powiedziałam – opowiadali sobie coś o jakichś akcjach, w których wszyscy nawzajem się tłukli, kopali (i w których oni dwaj oczywiście brali intensywnie udział), jeden z nich mówił, jak to ledwo uciekł, zanim jakaś ekipa zdążyła go skopać, itp, itd. No i tak sobie wtedy pomyślałam, jeśli świat tych gości sprowadza się do, cytuję:

    „Drina goni drin
    Wyjebałeś cale cin cin
    Jesteś taki już najebany skurwysyn
    Widzisz napisy
    Poprzestawiane na tych ścianach
    Wyjebałeś kurwa alkoholowy napój o smaku banana
    A ona najebana
    Tańczyła na stole
    A my napierdoleni o zesz kurwa ja pierdole
    Taki melanż że mogłem polec
    Ale nie poległem
    I stamtąd nie zbiegłem”

    …to co tu się dziwić?

    Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem ani przeciwniczką hip-hopu w ogóle (chociaż jego fanką też nie:)), ani też nie jestem święta i nie mówię, że nie lubię sobie czasem poimprezować, ale jakoś uświadomiono mnie, że są jeszcze inne rzeczy w życiu! A taki gościu, od małego wychowywany w środowisku, w którym normalne jest, że co wieczór ktoś się najebie, przeleci jakąś laskę, skopie kogoś, wybije mu zęby, idzie potem w świat i myśli, że tak powinno być…

    Wydaje mi się, że w tym „zmienianiu świata” bardzo mogłoby pomóc wykształcenie i „ukulturalnienie”, ale po pierwsze, jak tu wykształcić całe masy? a po drugie, skoro nawet taki wykształcony, zdawałoby się, człowiek jak Kamil Durczok, jak się wkurzy, to nie potrafi złożyć sensownego zdania bez powtarzanych trzykrotnie ‚kurwa’ i ‚wyjebać’ albo takich innych, to co tu się dziwić…

    Motto na dziś: „Z chamstwem trzeba walczyć siłom i godnościom osobistom!” ;p

    Jak często słyszycie od kogoś, że kocha zwierzęta? Chyba w 90% przypadków za tym stwierdzeniem nie kryje się nic więcej, jak tylko to, że ten ktoś kocha swojego pieska lub kotka, ewentualnie chciałby go mieć, a nie ma. Albo jeździ na koniach, czy trzyma żółwia w terrarium. Czy to naprawdę ma coś wspólnego z miłością do zwierzątek? Kiedy byłam mała, urządzałam straszne histerie, błagając mamę, żeby kupiła mi pieska. Moja mama w tym jednym przypadku nigdy w życiu nie dała mi się przebłagać, bo od zawsze była przedstawicielką poglądu, że jakiekolwiek zwierzę w mieszkaniu w bloku to męczarnia i dla zwierzęcia, i dla właściciela. Jak trochę podrosłam, zrozumiałam jej punkt widzenia. Nie wierzę w to, że te wszystkie pieski i kotki trzymane na 60m2 są szczęśliwe! (no chyba że zakładamy, że ignorance is bliss ;p) A najbardziej irracjonalne jest to, że oczywiście takich przypadków, jak ja, jest cała masa, tylko że mamy nie zawsze są tak nieustępliwe, często spełniają życzenia swojej pociechy i przynoszą do domu zwierzątko. Przez pierwszy tydzień, no może miesiąc, zwierzątko jest hołubione przez malucha, a przez całą resztę życia zajmuje się nim mama czy tata. (Niedawno, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, to w dniach, kiedy lekcje zaczynałam o 7.10, w okolicach szóstej rano chodziłam na autobus i często pokpiwałam sobie w duchu z tych biednych właścicieli psów, którzy bez względu na porę, pogodę i temperaturę MUSIELI chodzić na spacer z pieskiem, żeby się wysikał… wyobraźcie sobie: szósta rano w grudniu, jeszcze jest ciemno, zimno jak cholera, na ulicy leży śnieg, na dodatek pada też, takie mokre coś o konsystencji pomiędzy deszczem a śniegiem, wieje wiatr, ja przedzieram się do autobusu i w ciągu dziesięciominutowego spaceru za każdym razem spotykam co najmniej czworo ludzi z pieskami… czysty masochizm!:) aha, no i czy tym pieskom nie jest zimno? jak ulicą idzie pan i prowadzi jamnika, to czy ten cieniutki, kusy sweterek na jamniku rzeczywiście robi mu jakąś różnicę?)

    To było tak tytułem wstępu, a teraz przechodzę do tego, co sprowokowało mnie do napisania tej notki. Otóż byl to widok ślicznych ptaszków:D (bez skojarzeń;p) na gałęzi jarzębiny rosnącej pod oknem mojego mieszkania. Moja mama przyszła i powiedziała do mnie: „Gile!” na co moim pierwszym skojarzeniem było „Gil Shaham” - taki skrzypek – ale zaraz się zorientowałam i poszłam z mamą podziwiać gile. Siedziało ich tam chyba ze cztery, jedna samiczka i jeszcze dwie sikoreczki z żółtymi brzuszkami – zupełnie tak jak na angielskiej kartce bożonarodzeniowej! Zastanawiałyśmy się, czy może nie dać im czegoś do jedzenia, ale gdybyśmy otworzyły okno, to zaraz byśmy je spłoszyły, bo to bliziutko, a poza tym o parę drzew nieopodal i tak siedziały wredne wrony, które tylko czyhają na jedzenie, więc gile w starciu z nimi nie miałyby szans. (Teraz, kiedy to piszę, moja mama właśnie przyszła z najświeższym niusem z okolicy, że wrony wystraszyły gile i teraz same siedzą pod oknem! No i jak tu lubić wrony, panie Młynarski?) Te ptaszki były naprawdę niesamowicie śliczne, czy można, ach, czy można przejść obok nich obojętnie?;p jak czyni to, o zgrozo, cała masa ludzi… Po prostu lubimy tylko takie zwierzątka jak pieski i kotki (a kotki to chyba i tak mniej), które da się oswoić, które się łaszą i trzyma się je w domu z miłym poczuciem, że należą tylko do nas… a takie śliczne ptaszki mamy głęboko gdzieś! (No chyba że trzymamy w klatce kanarka albo inną papugę, co jest również okrutne i bezsensowne.) Wiecie, że koszenie trawników jest bardzo złe, jesli chodzi o wróbelki? Bo one w tych trawnikach znajdują sobie nasionka i je wydziobują, natomiast gdy trawnik jest regularnie koszony, to nie ma na to szans! A wróbla populacja się zmniejsza z dnia na dzień… Natomiast hit zostawiam na koniec: podobno kiedyś w Warszawie pojawiło się stado orłów bielików… i nikt nie zauważył!!

    PS No czy to CUDO nie jest śliczne?:D

    Update: DIALOGI RODZINNE
    Mama, wkurzając się, że nic nie robię: Zaraz ci dam kosmicznego kopa!
    Ja: A co to, Star Wars?

    Mama, wkurzając się, że nic nie robię, tylko siedzę w mojej e-szafie, czyli szafiarskim blogu: Słyszysz, ile pracowała Bacewiczówna?
    Ja: Ale za to Kartezjusz leżał codziennie do dwunastej w łóżku!
    Mama: Ale przynajmniej coś wymyślał! (po chwili namysłu) a nikt wielki nie siedział w szafie!
    Ja: Tołstoj siedział!

    LOL:) Lew Tołstoj podobno naprawdę zamykał się w szafie i siedział tam, podsłuchując nastoletnie panienki, żeby wiedzieć, o czym pisać:D

    A rozstać się będę musiała, bo wyjeżdżam sobie na kurs muzyczny. Co prawda tylko na dziesięć dni, więc pewnie nie zauważycie;) no ale pożegnać się wypada! Przez ostatni tydzień miałam w głowie całą masę tematów na notki, od dyskusji literackich przez Janusza Palikota do ekologii, ale wszystkie mi jakoś chwilowo powypadały z głowy, więc…

    a jednak nie! coś sobie, na Wasze nieszczęście, przypomniałam. To znaczy na Wasze nieszczęście, bo znowu będę narzekać! (Właściwie chyba 3/4 notek na tym blogu moglabym otagować hasłem „narzekania”.) Denerwuje mnie mianowicie totalne i coraz bardziej dające mi się we znaki nieuświadomienie ekologiczne naszego społeczeństwa. Ostatnio przejawia się to między innymi tym, że z mojego blokowego śmietniska pozabierano co do jednego pojemniki służące segregacji śmieci (wszyściutkie kosze na plastik, szkło i makulaturę poszły się paść) i – co z tego, że u nas w domu skrupulatnie segreguje się śmieci, skoro nie ma ich potem gdzie wyrzucić! Naprawdę nie wiem, gdzie teraz będziemy wyrzucać to wszystko, a było tego trochę – naprawdę krew się we mnie burzy, kiedy mam wrzucić plastikową butelkę do zwykłego kosza – a na całym, słowo honoru, na całym moim osiedlu nie ma teraz ani jednego pojemnika na plastiki! No czy to jest naprawdę XXI wiek i kraj, który należy do Unii Europejskiej!? Gdzie ja mam wyrzucać te śmieci, może będzie trzeba jeździć z nimi do Warszawy? ;[

    Ok, sfrustrowana Kaja przechodzi do punktu drugiego… od małego wychowana byłam w olbrzymim poszanowaniu dla drzewek, kwiateczków, robaczków itp. itd. Babcia powtarzała mi, że jak się łamie gałęzie, to drzewo to boli, potem podrosłam i czytałam wiersze Gałczyńskiego, który wołał „Kochajcie wróbelka, do jasnej cholery!”, już jako małe dziecko patrzyłam, jak mama wygania z domu osy zamiast rozwalać je kapciem i jak szkoda jej wypędzać pająki na dwór w zimie, żeby nie zamarzły (O mamo, czy ja właśnie napisałam „na dwór”? jako galicjanka powinnam pisać „na pole”… ;p). A btw, najlepszy numer był, jak z tatą sprzątałam jego stary, wiejski dom i zgarnęliśmy do odkurzacza chyba z 50 pająków, całe stado pająków, tych na cienkich nóżkach… a potem tata otworzył odkurzacz, wyjął tę torbę, co jest w środku, wyszedł na zewnątrz i wysypał pająki na trawę… :D żywe oczywiście:D ale to była taka mała dygresja, a cały mój ten wywód sprowadza się do tego, że bardzo cenię sobie ciche, spokojne i zielone otoczenie, i bardzo lubię mieć wokół domu drzewa. Naturalnie mieszkam w bloku i ktoś mógłby pomyśleć, że to dosyć wygórowane życzenie, ale do niedawna było z tym bardzo dobrze. Moje osiedle znajduje się na skraju miasta i mam z okna całkiem ładny widok na domki, ogródki i nawet zalesione wzgórze. Jest tu bardzo cicho, samochodów prawie w ogóle nie słychać, a w lecie budzi mnie śpiew ptaków! Przed naszym blokiem znajduje się trawnik i boisko, ten trawnik jest od strony naszej klatki, a na trawniku rosły trzy piękne, duże drzewa – wierzby płaczące, które cudownie zacieniały mi okno - no dobra, żeby nie było za poetycko, okno i tak mam normalnie zacienione, ale na te wierzby patrzyło się z okna bardzo przyjemnie! – już nie mówiąc o tym, ile myśmy się, dzieci z dworca Zoo… ee, to nie ta książka… ;p – dzieci z naszego bloku, ile myśmy się bawili pod tymi wierzbami! Ileż wspomnień!:D

    No i co… no i pewnego pięknego marcowego dnia wracałam do domu z wyjazdu, a tu patrzę – a po dwóch wierzbach pozostała tylko dziura w ziemi. Zostawiono jedną, najmniejszą. A wszystko to po to, żeby przed blokiem zrobić parking dla samochodów, który nota bene jest podwójny, tzn. mieszczą się na nim dwa rzędy aut – tylko po cholerę, ja się pytam, skoro tyle aut nie może tam stać na raz, bo wtedy samochody z tylnego rzędu nie mają jak wyjechać? Bo parking jest równoległy do ulicy. Dwa równoległe do ulicy rzędy aut! Oczywiście niemożliwe. Ergo: połowa miejsca przeznaczonego na parking się marnuje. Ergo: jakby ci kretyni, którzy planowali ten parking (zazwyczaj nie używam mocnych słów, ale czasem ja też się denerwuję…) trochę pomyśleli, zanim zrobią, to tych dwóch wierzb wcale nie trzeba by było wycinać. A tak zamiast drzew mamy przed blokiem beton. Wrr! Już nie mówiąc o tym, że dla wprawy ostatnio powycinano wszystkie inne wierzby w okolicach mojego bloku. Na zero. Zawsze cieszyłam się z tego, że mieszkam na ślicznym, zielonym osiedlu, no i już się nie mam z czego cieszyć. Dzisiaj z kolei idę z mamą do miasta na zakupy, a rzadko to robię, bo odkąd poszłam do liceum do Rzeszowa, moje życie toczy się głównie tam;) – więc idę, patrzę, i coś mi jakoś inaczej niż zwykle wygląda, jakoś pustawo… naturalnie, bo wycięto trzy wielkie, stare platany, które rosły przy głównej ulicy! przy czym odsłonięto brzydką, brzydką kamienicę, tzn. budynek, który właściwie nie zasługuje na to miano, bo jest, czy ja to już mówiłam? brzydki. O ile w ogóle tam coś posadzą, będą to pewnie tak modne teraz mini kloniki z kopułką liści o średnicy metra, których w ogóle nie widać. Nie no, jakoś w Paryżu całe ulice obsadzone są platanami i nikt ich nie wycina! Czy to tylko Polacy są tacy głupi? Najwyraźniej… eeeeeech ;p

    Być może jestem za bardzo nakręcona i za późno już jest, żebym za pomocą logicznego, wypunktowanego wywodu udowodniła swoje racje, to jest taki bluzg raczej, ale jest już prawie pierwsza w nocy, a ja jutro jadę na drugi koniec Polski! A więc trudno – i lecę się zbierać – do zobaczenia:)

    PS Kuzynka mojej mamy ma śliczną, maleńką małą dziewczynkę. Ostatnio ta dziewczynka śniła się mamie… w śnie w pewnym momencie znalazła się w jakimś wielkim garze, po czym zrobił się z niej pieróg, a mama zastanawiała się, z czym go podać… *LOL*

    Taki wniosek ostatnio wysnułam, bo przydarzyła mi się historia, a właściwie historyjka – nic szczególnie ekscytującego, ale żeby Was troszkę podręczyć, opiszę to i tak:)

    Jak powszechnie wiadomo, na skrzypcach gra się przy użyciu strun:D niestety rzeczone struny co jakiś czas się zużywają i trzeba je systematycznie wymieniać. Ja swoje zamawiam przez internet w Związku Polskich Artystów Lutników – jakoś tak wydaje mi się najprościej. Te struny, które teraz mam założone na skrzypcach, właściwie powinnam już była zmienić, ale akurat nie miałam zapasowego kompletu (o zgrozo), więc po świętach wysłałam maila do ZPALu z zamówieniem na dwa komplety strun. Nie uprzedziłam o tym mojej mamy, i wczoraj po południu, kiedy nie było mnie w domu, moja biedna rodzicielka otworzyła drzwi komuś, kto ku jej przerażeniu zaczął jej wciskać towar za ponad dwieście złotych!;p no ale cóż – zapłaciła, co miała zapłacić, a potem chwyciła za telefon i zrelacjonowała mi całą historię. Kiedy wymieniła cenę, wydało mi się to podejrzanie mało – spodziewałam się de facto dwa razy większej sumy! (tak jest, skrzypce to droga zabawka… ;p) no ale zaczęłam podejrzewać jakąś miłą niespodziankę w postaci wyprzedaży, promocji czy rabatu dla stałych klientów ;p (tak jest, jestem optymistką ;p) Niestety kiedy przyszłam do domu i otworzyłam paczuszkę, okazało się, że po prostu ktoś zapomniał sobie o tym, że zamówiłam dwa komplety, a nie jeden – przysłano mi tylko cztery struny. Troszkę się wkurzyłam…

    Naturalnie nie był to żaden dramat, bo dostałam w końcu jeden nowy komplet strun, mogłam je bez problemu zmienić i grać dalej. Tyle tylko, że i tak potrzeba mi zapasowych (btw, ostatnio na popisie w szkole muzycznej pierwszy raz w życiu urwała mi się struna na scenie! zmieniłam i grałam dalej… ale trauma!;p), a poza tym nie uśmiechało mi się płacić dodatkowo za nadprogramową przesyłkę (w sumie to tylko 15 złotych, ale chodzi o zasadę!;p). Napisałam więc do ZPALu mail, nad którym zastanawiałam się chyba z pół godziny, jak też to go ułożyć, żeby nie było bezczelnie, ale żeby sobie nie pomyśleli, że to pisze jakaś sierota, którą można sobie olać. W rezultacie wyszedł mi więc taki stonowany foch – ale jednak foch! w którym ośmieliłam się nawet zażyczyć sobie, aby koszty kolejnej przesyłki pokrył ZPAL. Odpowiedź dostałam jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później, bardzo miłą – w mailu przepraszano mnie, podano powód pomyłki i obiecano mi wysłać drugi komplet strun jeszcze tego samego dnia, z przesyłką na koszt ZPAL… Szczerze powiedziawszy, nie liczyłam na to, że ten mój mail rzeczywiście coś zdziała!;p Wniosek: należy zawsze mówić, jeśli coś nam się nie podoba… (niby oczywisty, ale dla mnie, szczerze mówiąc, nie tak bardzo!;p)

    PS Lubię czytać horoskopy, ale z nich jednak naprawdę jest szajs! W swoim horoskopie na dziś miałam tak: „Staniesz się niezwykle odważny, ambitny i niecierpliwy. Silny wpływ planet Mars i Jowisz dobrze wróży tym sprawom, które wymagają refleksu i mocnych nerwów. Dziś łatwo uporasz się z tym, co innym ludziom sprawia kłopot lub trudność. Przychylne ci znaki zodiaku to Bliźnięta i Lew, sprzyjająca pora dnia to popołudnie, a szczęśliwa liczba to 5.” I co? Dzisiaj na orkiestrze w szkole muzycznej (naturalnie po południu) graliśmy Małą Suitę Lutosławskiego. Jest tam jedno takie miejsce, gdzie drugie skrzypce i altówki grają coś, czego trochę nie mogą załapać i cały czas się w tym miejscu sypią. Nasz dyrygent (który, nota bene, uczy mnie skrzypiec i ochrzanił mnie dzisiaj za brudne skrzypce i stare, zgrane, niezmienione struny ;p) w celu zademonstrowania poprawnego wykonania tego wrednego miejsca, usadził już kiedyś kolegę skrzypka i mnie w – odpowiednio – drugich skrzypcach i altówkach i kazał nam grać ich partie… demonstracja udała się wtedy niestety tylko częściowo, ponieważ mi nie zawsze udawało się wejść tam gdzie trzeba:D dzisiaj drugie skrzypce i altówki znowu się sypały, dyrygent powtórzył swój numer z przesadzaniem nas i demonstrowaniem, ja znowu wylądowałam w altówkach… patrzałam w te nuty błędnym wzrokiem, nie za bardzo rejestrując, co tam właściwie jest napisane, i znowu się nie łapałam przez połowę czasu xD no i co oni mi w tym horoskopie chrzanią, że dzisiaj się łatwo uporam z tym, co innym ludziom sprawia trudność! Panie, z czym do ludzi! ;p

    Tytuł „świątecznej” notki powtarza się na moim blogu chyba co roku, ale może mi to wybaczycie?:D w każdym razie ostatnia notka coś nie ma wzięcia, nie wiem, czy ze względu na tematykę, czy rozmiar;) więc czas ruszyć tyłek i złożyć moim ulubionym Czytelnikom życzenia świąteczne! (aha, i dziękuję za poparcie w sprawie Marii Peszek, poczułam się zdecydowanie lepiej:D)

    Czego by tu Wam życzyć? Może np. żeby Prezydent i Premier się zreflektowali i zaczęli prowadzić rozsądną politykę zamiast dawania sobie nawzajem prztyczków w nos, może żeby w trybie natychmiastowym zażegnano światowy kryzys finansowy, a może żeby walka z globalnym ociepleniem przyniosła w końcu jakieś skutki (chociaż nie wiadomo w końcu, czy grozi nam ocieplenie, czy ochłodzenie, więc może to za ryzykowne życzenie), może żeby kultura masowa nagle przestała być masowa, a może żeby nauczyciele w Polsce dostali podwyżki (ergo: żeby zawód nauczyciela stał się elitarny i tym sposobem nagle podniosłaby się drastycznie jakość edukacji), może żeby w sklepach zamiast masy drogich ciuchów, która się nikomu nie podoba, pojawiła się masa tanich i dobrej jakości ciuchów, które są naprawdę ładne (to tak dla dziewczyn), a może żeby –

    ojej… myślę o odpowiednich życzeniach dla chłopców i nasunęła mi się na myśl kolejna sprawa, która mnie denerwuje. Mianowicie już chyba od miesiąca na drodze do szkoły muzycznej codziennie mijam wielki plakat, reklamujący najnowszą książkę… Roberta Kubicy. Okej, doceniamy jego zasługi na polu motoryzacyjnym, Formuła 1 i tak dalej, ale nikt mi nie wmówi, że on potrafi pisać! Tymczasem ta jego „książka”, napisana, jak znam życie, w połowie przez jego managera albo kogoś w tym stylu, sprzeda się pewnie w ogromnej ilości egzemplarzy, Kubica zarobi na tym masę kasy, a inne, naprawdę ciekawe i mądre rzeczy będą leżeć miesiącami w księgarniach, jak leżały. A więc czego Wam, chłopcy, życzyć?:D …

    no dobra… ponieważ i tak zawsze najważniejszy jest dla nas własny żołądek:D, życzę Wam, aby wszystkie ciasta pieczone na Święta Wam się udały, żebyście dostali fajne prezenty, ale takie naprawdę fajne, a nie takie, które od razu odkłada się do szafy, aby tam sobie przez lata wegetowały w samotności, a przede wszystkim żebyście spędzili te święta w miłym, kochanym (np. przez siebie) towarzystwie! A sobie życzę, aby ktoś jeszcze czasem wszedł na tego bloga i coś niecoś skomentował:D

    PS Jeśli ktoś czuje się osłabiony umysłowo (tak jak np. ja), polecam lekturę K.I. Gałczyńskiego, który TUTAJ wyczerpująco i z dużą fachową wiedzą opisuje propozycje „Rozrywek świątecznych dla osłabionych umysłowo” :)

    (Nacisk kładę na słowo „dużych”, nie „dzieci” ;p) Kiedyś kupowało się u nas regularnie Przekrój, ale Przekrój się popsuł i przerzucono się wtedy na Politykę. Po jakimś czasie sterta przeczytanych Polityk tak nam narosła, że postanowiłyśmy z mamą tymczasowo spasować i już chyba od roku nie kupujemy regularnie w ogóle żadnych gazet. Postanowiłam więc nadrobić kulturalne oraz polityczne zaległości i niedawno kupiłam sobie najnowszy numer Polityki. I trochę się zawiodłam. Czy to możliwe, żeby Polityka się popsuła również? Ogólnie niby wszystko to samo, ale zniechęciły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, Kuba Wojewódzki, którego wcześniej tam nie było, ma teraz swoją rubrykę „Mea Pulpa” (swoją drogą tytuł śmieszny, co?) i jest to „kronika popkulturalna”. Po pierwsze, sama wcześniej pisałam o tym, że lubię Kubę Wojewódzkiego, ale Wojewódzki i Polityka? Dla mnie „Polityka” to jest wciąż gazeta taka o „poważna”, z miejscem na poczucie humoru typu, powiedzmy, Daniela Passenta, do którego Wojewódzki mi kompletnie nie pasuje. No dobra, drukuje tam też Mleczko, który jest już bardziej „posunięty” w stronę Wojewódzkiego, ale – i tu jest moje drugie ale – o czym ten Wojewódzki pisze, otóż on pisze mniej więcej o tym, o czym możemy poczytać sobie na Pudelku (tylko naturalnie nie w takim stylu). Po cholerę taka tematyka w Polityce? Zresztą nie ma w tej „Mea Pulpie” nic odkrywczego ani super świeżego, co by usprawiedliwiało obecność takiej rubryki w takiej gazecie, to wszystko jest pisane w ogranych już formułkach i nic a nic mnie to nie interesuje. Najbardziej chodzi mi o to, że człowiek czasem ma dość tych wszystkich Dodów i Edyt Herbuś, a tu one, okazuje się, czyhają na niego już i w czasopiśmie, w którym zupełnie nie spodziewał się ich znaleźć…

    Drugi mój zawód związany z Polityką jest taki, że najwyraźniej jestem jedyną osobą w tym państwie, która nie przepada za Marią Peszek. Z jej pierwszej płyty nawet spodobała mi się jedna piosenka, na tyle, żebym słuchała jej na okrągło przez parę dni, po czym mi się całkiem znudziła. Natomiast jej ostatnia płyta, która chyba wyszła parę miesięcy temu (?), przysporzyła jej strasznej popularności, bo teksty piosenek są głownie erotyczne i to dosyć ostro, i uważa się to wszystko za, cytuję za Polityką, „rzecz ze wszech miar wybitną, wyznaczającą nowe szlaki w muzyce i w tekstach”. Nominowano Marię Peszek do Paszportów Polityki i ogólnie wszyscy uważają ją za wielką artystkę. A ja… nie słuchałam tej płyty, ale po pary cytatach z tekstów piosenek chyba mi wystarczy. Nie podobają mi się one okrutnie, i wydaje mi się, że jeśli już ktoś musi pisać o seksie („czasami człowiek musi, inaczej się udusi”… ;p;p), to można to robić o wiele ładniej. No bo jeśli czytamy tak jak o tu, a potem porównamy to sobie o z choćby tym czy którymkolwiek erotykiem Leśmiana… to porównanie zdecydowanie nie wypada na korzyść Marii Peszek:) oczywiście nie wymagam od ludzi, żeby pisali tylko i wyłącznie tak jak Leśmian, ale teksty Marii Peszek, pełne „wzwodów’, „hujów” i tym podobnych, no po prostu mnie rażą.

    Cytat z bloga: „Część naszego zakłamanego społeczeństwa wprost wyłazi ze skóry, żeby opluć tę sympatyczną pannę jadem nienawiści. Peszek jest dla nich wulgarną, hołdującą prymitywnym instynktom grafomanką, epatującą tandetnymi rymami częstochowskimi pseudoartystką. Z tego powodu ta recenzja ukazuje się tak późno po premierze – musiałem oderwać się od tego szamba zapiekłej polskiej nienawiści, aby znów móc cieszyć się tą płytą. Która nie jest wulgarna, nie ma też nic wspólnego z pornografią czy obscenicznością. Śmieszy mnie oburzenie osób, którym przez usta nie przejdą takie słowa jak „siusiak” czy „cipka” (wymawiane z czułością), za to nie mają problemu z posługiwaniem się na co dzień słowami w rodzaju „kurwa”, „pizda”, „chuj”. Oto wspaniała polska podwójna moralność.” Hmm… mnie peszy i „kurwa”, i „cipka” :) Ale no dajcież spokój, jak te teksty mogą uchodzić za Sztukę, to ja nie wiem… jak dla mnie, to do grafomanii temu blisko;p naturalnie ja również jestem dość pruderyjna pod pewnymi względami i te teksty nie przypadły mi do serca również z tego powodu. Mogę sobie czytać taką Bridget Jones, w której słowo „seks” występuje z kosmiczną częstotliwością, a główna bohaterka wciąż ma ochotę się przespać z Danielem Cleaverem albo innym Markiem Darcym i nic a nic mnie to nie razi – bo Fielding nie wdaje się w szczegóły ;p

    Innym czasopismem, które ostatnio kupuję, jest Bluszcz, który wychodzi dopiero od trzech miesięcy (i, jako że jest to miesięcznik, obecny numer jest trzeci:p). Fajnie fajnie, czasopismo z aspiracjami, zamiast 150 stron obrazków ładnie poubieranych pań mamy same teksty literackie, opowiadania, wspomnienia itp. Tylko że niestety w praktyce wychodzi to trochę mniej ambitnie, bo Bluszcz promuje takie gwiazdy, jak nasz stary znajomy Janusz L. Wiśniewski, jak Jonathan Carroll (nie czytałam nic a nic jego książek i po przeczytaniu jego opowiadania wydrukowanego w Bluszczu doszłam do wniosku, że wcale nie mam na to ochoty;p), jak Paolo Coelho, oprócz tego zamieszcza masę opowiadań, które wartości literackiej nie mają zuupełnie żadnej. (Nie chcę, broń Boże, zostać jakimś self-proclaimed krytykiem literackim, ale niektóre z tych opowiadań to ja bym chyba potrafiła napisać lepiej, chociaż pisarka ze mnie żadna.) W każdym razie nie zniechęciło mnie to jeszcze i ciągle liczę na jakieś literackie objawienie. Napaliłam się całkiem na Ludzi z Innhaug skandynawskiej pisarki Anne Karin Elstad, to jest jedna z powieści drukowanych w Bluszczu po kawałku. Spodobał mi się jej styl pisania, taki po skandynawsku oszczędny, a przy tym byłam ciekawa, co też tam się może stać, bo to jakaś Norwegia, góry, pasterze, wieś, wydawało mi się, że jakieś fajne klimaty, i przeczytałam pierwsze dwa odcinki z przyjemnością, natomiast trzeci był już dla mnie stracony, z powodu opisu aktu seksualnego, do którego doszło pomiędzy młodą pasterką Oline a przybyłym do Norwegii szkockim bodajże pastorem Peterem Hamiltonem. No proszę Was: „On pieści ją delikatnie i tak długo, aż Oline zaczyna drżeć z podniecenia. ‚Chcę teraz, Peter, teraz!’ ‚Będę bardzo ostrożny, moja mała.’ Potem wchodzi w nią. Oline przyjmuje go z jękiem. ‚Nie boli cię?’ pyta mężczyzna niespokojnie. ‚Nie, nie myśl o tym’.” Aaaa… nie dość, że – poważnie – aż się wstydzę, jak czytam takie rzeczy, to jeszcze jest to wszystko opisane w jakiś zupełnie infantylny sposób. I znowu tak się fajnie zaczęło, a wszystko sprowadziło się do łóżka… ;p 


    • RSS