…jesteście pierwszym oficerem na statku pełnym ludzi (ośmiuset pasażerów), który płynie na rejs po Pacyfiku. Którejś nocy podczas rejsu zauważacie cichy hałas, dla niewprawnego ucha niesłyszalny, ale dla was od razu jest jasne, że coś jest nie tak z mechaniką statku. Idziecie i sprawdzacie co, i po zejściu pod pokład stwierdzacie, że sytuacja jest tak niebezpieczna, że od zatonięcia statku dzielą was własciwie tylko MINUTY. Dajecie znać kapitanowi, nikt nie wie za bardzo, co ma robić. Konsylium zebrane naprędce z kapitana i dwóch mechaników dochodzi do wniosku, że jest za mało czasu (i za mało szalup), żeby organizować akcję ratunkową, skoro i tak wszyscy zaraz utoną, to nie ma co budzić ludzi i wywoływać paniki na statku… (makabryczne, co?) Kapitan jest tchórzem i natychmiast rzuca się sam do szalupy, żeby ratować własny tyłek. Pomagają mu w tym mechanicy. Wy stoicie jak skamieniali i zupełnie nie macie pojęcia, co zrobić. Miga wam w głowie tylko jedna myśl: Ośmiuset ludzi – sześć szalup… ośmiuset ludzi – sześć szalup… kątem oka śledzicie zmagania kapitana z łódką, która nie chce się oderwać z zamocowań – gdyby sytuacja nie była tak groźna, wyglądałoby to groteskowo. Krzyczą na was i proszą o pomoc, ale wy nie chcecie przykładać ręki do czegoś tak h a n i e b n e g o, jak zwiewanie kapitana z własnego okrętu. W końcu udaje się im „uruchomić” szalupę i wskakują do niej od razu. Jeden z mechaników zostaje jednak na statku, jakby nie zdążył wskoczyć do szalupy. Potykacie się o niego… i okazuje się, że nie żyje. Z dołu dochodzą do was krzyki: Skacz, idioto! Skacz, na co czekasz! I w końcu… nie wiecie sami, jak to się stało, ale… skaczecie. Prosto do szalupy. I żałujecie tego przez resztę życia.

Na tym zasadza się akcja rewelacyjnej powieści Josepha Conrada „Lord Jim”. Opowiedziałam tu właściwie sam początek książki, więc mam nadzieję, że raczej Was zachęciłam, niż zniechęciłam, do lektury. (Sama zresztą tyle wiedziałam, kiedy zaczynałam to czytać.) Ten obłędny pisarz jest chyba niedoceniany, bardzo niesłusznie! Podziwiam go jeszcze bardziej za to, że chociaż był Polakiem, pisał po angielsku. Okej, to brzmi trochę bezsensownie, zresztą Nałkowska, chyba, nawet zrobiła mu z tego zarzut, bo ostatecznie to dosyć niepatriotyczne, ale pomyślcie: opanować obcy język do tego stopnia, żeby posługiwać się nim, jak swoim własnym, i na dodatek jeszcze tworzyć w nim taką sztukę? A podobno nawet Anglicy uważali go za świetnego stylistę!

Tymczasem zrobiła się nam z powrotem zima i gryzę się w język, że kiedykolwiek chciałam, żeby była już wiosna. Na polu (tak, na polu! urodziłam się na wschodzie i nic tego nie zmieni!:D) jest cudowna, obłędna, najpiękniejsza na świecie zima. To aż przerażające, jak śliczna potrafi być przyroda!

PS Aha! Moi kochani, bardzo dziękuję Wam za odzew! od razu mi lepiej!:D