…i chyba będzie rekordowo głupia, bo naszło mnie na rozważania z dziedziny damsko-męskiej. Zazwyczaj nie pisuję tu o moim życiu osobistym, czyli uczuciowym, bo wydaje mi się, że dla Was nie jest to jakieś super ciekawy temat - okej, no dobra, wydaje mi się raczej, że powinnam zmieniać świat poprzez pisanie tutaj non stop o tym, że trzeba segregować śmieci!;p ale czasami człowiek musi, inaczej się udusi, a więc…

…ogólnie moje ostatnie przemyśliwania sprowadzają się do tego, że a) biorąc pod uwagę to, jak rzadko zdarza mi się w kimś zakochać, a nawet bodajże tylko, że tak to ładnie określę, zauroczyć, cierpię chyba na jakąś kliniczną znieczulicę, b) chyba w dzieciństwie naczytałam się za dużo bajek, bo teraz moja postawa jest zupełnie godna jakiejś królewny rodem z braci Grimm, która najpierw zadaje delikwentom zagadki, robi odsiew (ewentualnie paru po drodze pozbawiając głowy, jak Turandot z opery Pucciniego… no dobra, może nie aż tak, pomimo wszystko jestem raczej pokojowo nastawiona do większości ludzi ;p), a potem, jak już zostanie jeden, to królewna przepuszcza go przez magiel prób, zmieniając się w różne takie węże, ognie, a na końcu chowając się w chatce na kurzej łapce, a delikwent musi udowodnić, że jest królewny wart. Więcej: że jest od niej sprytniejszy, mądrzejszy, silniejszy, i w ogóle królewna nie ma innej opcji, tylko zostać jego żoną. Rozumiecie, o co mi chodzi? ;) mi chyba facet musi po prostu udowodnić, że nie mogę bez niego żyć, bo ja nie jestem w stanie sama się o tym przekonać, za bardzo sobie cenię swoją niezależność… macie dla mnie jakieś rady?;pp

24 maja – UPDATE. Kult nazwiska?

Ostatnio w necie natknęłam się na internetowy numer czasopisma wydawanego przez studentów dziennikarstwa UW. (Wszystko dzięki szafiarkom – był tam artykuł o tej silnej grupie pod wezwaniem, do której zresztą i ja się kwalifikuję i któraś przedsiębiorcza szafiarka wyśledziła to i zamieściła link do artykułu na forum.) Nie przeglądałam tego czasopisma zbyt dokładnie, ale mam wrażenie, że nic odkrywczego tam nie było, brak jakichś tekstów naprawdę na poziomie, a dosłownie zmartwiałam, kiedy zobaczyłam króciutką recenzję książki Makuszyńskiego „Makuszyński dla dorosłych”. Nigdy tego nie czytałam, ale dla Makuszyńskiego zawsze miałam najgorętsze uwielbienie, a tu czytam, czytam, a autor recenzji bluzga na Makuszyńskiego jadem! Ok, może to za dużo napisane, ale w każdym razie tonem znawcy stwierdza, że mamy do czynienia z „parodią nie najwyższych lotów”, „niczym ambitnym, albo rozrywkowym na poziomie bez żenady”, „opowiadaniami, które każdy mógłby napisać” – skoro recenzent taki mądry, to niechże spróbuje napisać coś takiego, jak Makuszyński! Czyżby Makuszyński recenzenta zażenował? Proszę Państwa…

Widzicie, mam olbrzymią rewerencję dla nazwisk. Jeśli ktoś jest dla mnie – i nie tylko – autorytetem w dziedzinie literatury, tak jak Makuszyński, to będę bardziej szanować to, co on napisze, niż to, co napisze jakiś nieznany nikomu student. Ktoś może się obruszyć i stwierdzić, że to jest właściwie pewien rodzaj dyskryminacji: pewnie jest, ale może przekona Was to, co kiedyś znalazłam w książce Ludwika Jerzego Kerna, tego genialnego, dowcipnego człowieka, który kiedyś wziął paru swoich znajomych, zrobił z nimi naprawdę super ciekawe wywiady, a potem je zapisał, i tak powstały Pogaduszki, jedna z moich ukochanych książek, do której wracam bardzo często. Wywiad, o który mi chodzi, to był akurat wywiad z Marianem Eile, nieżyjącym już facetem, który przez prawie pół wieku redagował najlepsze pismo pod słońcem, czyli Przekrój (tzn najlepsze to ono było, póki on je redagował, teraz to już się nie wypowiadam :)), i Kern z Eilem rozmawiali właśnie o problemie nazwisk… obczajcie to (Eile wychodzi od „Wiadomości literackich”, w których pracował przed wojną):

„Otóż największym zarzutem oponentów było, że „Wiadomości” szermują nazwiskami, że Grydzewski [red. naczelny tychże Wiadomości Literackich] jest snobem i drukuje tylko ludzi z nazwiskami. To w pewnym stopniu przejąłem ja, z tym, że te nazwiska staraliśmy się sami wypracować. W Przekroju debiutowała plejada autorów. On też robił nazwiska, ale równocześnie obracał się w kręgu nazwisk, których nie musiał lansować, bo były wylansowane, na czele z Żeromskim i Conradem. Dlaczego? Wcale nie ze snobizmu, tylko z głębokiego przekonania, które ja też żywię. Młodzi awangardowi autorkowie mówią, że nieważne jest nazwisko, że liczą się argumenty. Otóż nieprawda. Argumenty się nie liczą, jeśli nie są poparte nazwiskiem. Jeśli o kimś, że jest dobrym żołnierzem, powie pan Pipsztycki, to to nie znaczy nic. Ale jeśli to samo powie generał de Gaulle, to jest szalona różnica. Jeśli ktoś zrobi świetny przekład z francuskiego i stwierdza to jakaś tam Kociubińska, to zdanie to nie ma wielkiej wartości. Natomiast, jeśli by to powiedział Boy – Żeleński, o… to już jest zupełnie inne zdanie. Jeśli moja dozorczyni mówi, że najlepszy na grypę jest biseptol, to ja mogę mieć wątpliwości, ale jak to samo mówi profesor Kirchmayer, to ma to inną wagę.”

I widzicie, zgadzam się z tym!;p dodajmy jeszcze do tego, że autor tej recenzji sili się na lekki, ironiczny dowcip w stylu Passenta czy in., ale wychodzi mu to nie za bardzo, właściwie to on tam w tej recenzji różne śmieszne rzeczy popisał, których chyba nie miał na myśli – no proszę bardzo, niech recenzent napisze takie opowiadanie, które według niego każdy mógłby napisać, zobaczymy, jak sobie poradzi! Albo mam dla niego inną, lepszą radę, niech najpierw popracuje nad stylem, bo w tej kwestii na razie raczkuje, a nie zaczyna od nieumiejętnego krytykowania ludzi, którzy styl mieli, i to jaki!

Dla zainteresowanych, tutaj link do gazetki. Recenzja z Makuszyńskiego znajduje się na stronie 11.