… się zdarzają. Pisałam już o tym, że dzięki mojemu ticzerowi wkręciłam się do Filharmonii Rzeszowskiej na tzw. doangażowanego, nie? No więc wkręciłam się na tyle, że udało mi się grać na trzech koncertach z rzędu, czyli przez trzy tygodnie z rzędu. Wstawałam o szóstej, jechałam do Filharmonii ćwiczyć (nauczyć się takiego programu koncertowego to nie jest tak mało roboty, bo wszystkiego musiałam się uczyć zupełnie od nowa), oczywiście codziennie była próba (9-13), potem szłam na obiadek, a jak sobie odpoczęłam, to znowu zabierałam się do grania i czasem wychodziłam z filharmonii nawet koło 21 (a w domu byłam na 22). Było to poniekąd dosyć zabawne, ponieważ wszyscy portierzy myśleli, że ja się tam w tych filharmonicznych salach ćwiczeniowych zarzynam na śmierć od rana do nocy! Naturalnie, że musiałam grać dużo, no ale przecież nie bez przerw ]:-> No ale wracając do tematu: po jakimś czasie się wycwaniłam i zaczęłam zostawiać skrzypce na portierni, żeby nie musieć ich na darmo nosić do domu i z powrotem przynosić rano. No i pewnego pięknego dnia przyszłam do filharmonii, zaglądam na portiernię, a tu… moich skrzypiec NIE MA! Na dodatek tego dnia nie chciało mi się rano wstać i przyjechałam na próbę „na styk”. Rozumiecie, taki suspens! Chodzę naokoło, zaglądam we wszystkie kąty, portier szuka razem ze mną, i nic, a czas mija… w końcu pan portier, Herlock Sholmes, rozwiązał zagadkę i powiedział mi, że moje skrzypce najprawdopodobniej znajdują się w NOWEJ SARZYNIE (dla niezorientowanych, mniej więcej ponad godzinę drogi z Rzeszowa)…….

Otóż sytuacja wyglądała tak: muzycy z Filharmonii jechali rano na tzw. audycje muzyczne do jakiejś szkoły w Nowej Sarzynie. Poprosili kierowcę, żeby zabrał z portierni instrumenty do samochodu – no to on zabrał… WŁĄCZNIE Z MOIM. To był rzeczywiście najbardziej idiotyczny zbieg okoliczności na świecie. No bo tak: ja mogłam być mądrzejsza i wziąć skrzypce ze sobą do domu, portier z nocnej zmiany powinien był uprzedzić tego „rannego”, że leżą na portierni moje skrzypce, kierowca mógł się zapytać, co dokładnie ma wziąć, zamiast hurmem brać wszystko… Później okazało się, że rzeczywiście miałam wyjątkowego pecha, bo a) audycje odbywają się przeważnie w Rzeszowie i w takim wypadku mogłabym swój instrument odzyskać w pięć minut, b) normalnie z muzykami jeździł inny kierowca, który wiedział, na jakich instrumentach ONI grają, i nie brałby, co popadnie. Bądź co bądź, sytuacja wyglądała nieciekawie, bo miałam chyba jakieś niecałe 20 minut do rozpoczęcia próby, a pan kierowca ogłosił swój przyjazd najwcześniej na 11! Nie mogłam po prostu przecież nie przyjść na próbę, co bym powiedziała? „Przepraszam, ale nie mogę dzisiaj brać udziału w próbie, bo moje skrzypce są w Nowej Sarzynie”? Na szczęście nie spanikowałam do reszty i zachowałam na tyle przytomności umysłu, żeby dorwać kumpelę i pożyczyć od niej skrzypce na czas próby… kiedy po południu odzyskałam swoje skrzypy, jeszcze nigdy w życiu ich tak nie kochałam!:D

Jaki z tego morał? „Nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm”!:p