kajus blog

    Twój nowy blog

    Kto się mniej więcej orientuje w ostatnich politycznych wydarzeniach, wie, o czym ten tytuł. (Swoją drogą nie pochodzi on z inwencji kompozytora, czyli że mojej, tylko z smsów ze Szkła Kontaktowego;p) Dla niezorientowanych streszczenie: wczoraj i dzisiaj ma miejsce szczyt UE w Brukseli, na który poleciała polska delegacja w osobach premiera i dwóch ministrów. Prezydent również bardzo chciał jechać, natomiast nie chciał tego bardzo rząd i starał się nie dopuścić do tego wszelkimi środkami, z których najbardziej drastycznym była odmowa samolotu rządowego, żeby prezydent nie miał czym się do Brukseli dostać;] Lechu jednak nie dał sobie w kaszę dmuchać i wypożyczył sobie samolot z LOTu, za który zapłacono (oczywiście z pieniędzy podatników, czyli naszych) niecałe 250 000 zł. Co to dla nas! Dalej był suspens, bo jak już prezydent do Brukseli doleciał, to nie wiadomo było, czy go wpuszczą na salę obrad, bo do tego trzeba mieć jakieś specjalne przepustki czy PINy, a dla prezydenta takowa nie była przewidziana. No ale francuski prezydent Sarkozy przywitał naszego grzecznie i wprowadził na salę. (Nasz rząd cały czas podkreśla, że jako gościa, a nie członka polskiej delegacji.) Potem panowie chyba cały czas się do siebie nieszczerze uśmiechali, Lechu poklepał Donka triumfująco po pleckach, natomiast w końcu doszło do eskalacji napięcia i gdy prezydent zdecydował się w pewnym momencie opuścić salę obrad, żeby zrobić miejsce dla ministra finansów (tam, zdaje się, mogą być naraz tylko dwie osoby z delegacji), powiedział premierowi, że chce być poinformowany o tym, o czym teraz będzie się mówić, na co w odpowiedzi usłyszał „Chcieć to sobie możesz”. Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień:)

    Zdecydowanie nie jestem fanką Lecha Kaczyńskiego, ale chcę czy nie chcę, jest on prezydentem Polski i należy mu się jakiś szacunek, no słowo honoru, nasz premier zachowuje się jak przedszkolak… ale swoją drogą jak większość społeczeństwa nie uważam, żeby prezydent musiał być obecny na tym szczycie. Wina w tym idiotycznym konflikcie leży po obu stronach, które wręcz prześcigają się w nieuprzejmościach, natomiast jest strasznie zabawne śledzić to wszystko, po prostu to jest jak wciągający brazylijski serial!:D (chwilowo u nas w domu TVN 24 chodzi prawie cały czas *lol) Najśmieszniejsza z wczorajszych wypowiedzi to dla mnie wczorajsze konferencje prasowe prezydenta i premiera. Najpierw wyszedł prezydent i uśmiechnięty mówił o tym, że doskonale współpracuje z premierem, popiera go we wszystkich kwestiach i absolutnie nie ma między nimi jakiejkolwiek różnicy zdań. Potem przyszedł premier, posępny i poważny, a kiedy zapytano go o współpracę z prezydentem, odpowiedział, że nie będzie w ogóle komentować, a w końcu powiedział coś, co mniej więcej znaczyło, że prezydent im tam przeszkadza, i poza tym zupełnie się z nimi nie zgadza w fundamentalnych kwestiach. Z czego wynika, że najistotniejsza różnica zdań pomiędzy prezydentem a premierem jest taka, że premier uważa, że ona istnieje, a prezydent uważa, że jej nie ma. Lol;D

    Znowu przepraszam, że znowu tak długo nic nie pisałam, po prostu miałam strasznie napięty okres w życiu. Chwilowo natomiast uprawiam dolce far niente, chociaż nie całkiem takie niente, bo dostałam mnóstwo ślicznych, trudnych rzeczy do grania na skrzypcach, więc nie narzekam na brak zajęć. Rozważam też możliwość ścięcia włosów na całkiem krótko (chwilowo są za ramiona), chociaż zdaje mi się, że spotka się to jedynie z entuzjazmem mojej mamy ;p swoją drogą czemu, ach czemu krótkie włosy uznawane są za mało dziewczęce, za to po ulicach chodzą przeważnie dziewczyny z zapuszczonymi, szarymi, niechlujnymi kudełkami zwisającymi im gdzieś tak do łopatek? Wydaje mi się, że strasznie mało jest dziewczyn, które naprawdę dobrze wyglądają w długich, rozpuszczonych włosach i ja do nich chyba nie należę:)

    z Przerażeniem W Oczach przeczytałam artykuł na stronie portalu o2.pl, zatytułowany „Mam w d…e zabytki’ (
    http://wiadomosci.o2.pl/?s=512&t=11371
    ). Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że od takich artykulików w takich miejscach nie ma co wymagać wysokiego poziomu merytorycznego (ale foch co? :D), ale czytając to COŚ byłam zażenowana, zszokowana i w ogóle z….! Autor tego artykułu twierdzi, że normalny człowiek ma w rzeczonej dupie (skoro Stefania Grodzieńska nie boi się tego słowa, to ja też nie) wszystkie zabytki w tym kraju – m. in. wymieniony w tym artykule pałac w Łańcucie – krew się we mnie na to zagotowała – cytuję: „Oprowadzani po pałacu turyści umierają z nudów – wszystko, co się tam pokazuje, aby było atrakcyjne, wymaga atrakcyjnej anegdoty, dobrego komentarza i solidnego obiadu w przerwie. Tego niestety nie zapewni zamek-muzeum, bo musi przepuszczać przez siebie tysiące turystów miesięcznie, żeby zarobić na utrzymanie. Ludzie, którzy tych turystów oprowadzają, nie utrzymaliby się ze swojego opowiadania nigdzie poza Polską, bo tu są na etacie i przynudzają za państwowe, czyli nasze, pieniądze.” Moja mama oprowadzała po tym zamku i zdecydowanie NIE PRZYNUDZAŁA! Wychowałam się w tym zamku, chodząc z nią na wszystkie wycieczki, i powiadam wam, jesli ktoś nie umie docenić, jak śliczny jest pałac w Łańcucie, jest niewychowanym,niewykształconym matołem! wrr :[ a teraz spróbuję obronić tę tezę na gruncie argumentów: jeśli kogoś nadmiernie nudzą muzea (mówię - nadmiernie, bo w za dużej dawce mogą znudzić pewnie i największego erudytę), to nie znaczy, że jest normalnym zdrowym człowiekiem i mamy propagować taką postawę, tylko że jest niedouczony! a nie powinniśmy zniżać poziomu do ludzi, powinniśmy podciągać ludzi do poziomu! Poza tym autor tego artykułu chyba nie był w zamku w Łańcucie, bo opowiadanie anegdot to akurat to, co ci przewodnicy robią cały czas, a nawet jak trafi się na jakiegoś przewodnika - nudziarza, to ten zamek jest i tak na tyle ładny, żeby samo w sobie oglądanie go zrekompensowało brak ciekawego komentarza, a na solidny obiad w przerwie wystarczy wyjść z bramy głównej zamku i skierować swe kroki 10 metrów w lewo, do sąsiedniego skrzydła, gdzie jest naprawdę dobra (i tania) restauracja! A ci turyści, którzy umierają z nudów - no cóż, kogokolwiek się nie zapytam, czy podobało mu się w zamku, otrzymuję pozytywną, ENTUZJASTYCZNĄ odpowiedź (jestem już na tyle stara, żeby odróżnić konwersacyjne uprzejmości od autentycznego zachwytu). Jedna angielka, która od dwudziestu lat przyjeżdża tu uczyć na kursach muzycznych, co roku chodzi do zamku. Co roku od dwudziestu lat i jakoś jej się to nie nudzi :] poza tym Łańcut ma chyba najładniejszą bibliotekę z wszystkich pałaców w Polsce i pewnie największą, najbardziej efektowną salę balową, w której co lata odbywają się darmowe koncerty w ramachu kursów muzycznych! (no dobra, nie wiem czy rzecztywiście jest największa, ale w każdym razie zamek królewski w Warszawie na pewno ma mniejszą :D ha :D)

    A tak na poważnie, to oczywiście nie chodzi o to, żeby się licytować, jest masa ślicznych rezydencji w Polsce oprócz Łańcuta :). W każdym razie w Polsce oczywiście nie ma tak dużo pięknych pałaców etc., jak na przykład we Włoszech, więc jak zaprosimy tu Włochów, to docenią to, ale nie rzuci ich o ścianę, ale na Amerykanach (północnych i południowych) ciągle robi to olbrzymie wrażenie, na Hiszpanach, Portugalczykach, Niemcach, Francuzach pewnie też, więc czemu sami to lekceważymy i uważamy, że najlepszą rozrywką dla turysty będzie kufel piwa przed telewizorem w wygodnym hotelowym pokoju, z któego rzeczony turysta nawet nie wyściubi nosa, żeby zobaczyć coś ciekawego? Nie jestem przeciwniczką wczasów typu leżenie na brzuchu, sama za nimi zresztą przepadam i wyjazdy do ciepłych krajów kojarzą mi się raczej z drzemką na złocistym piaseczku niż objazdówą po Sycylii, ale nie bądźmy ignorantami!

    Zrobię poprawkę: oczywiście niektórzy przewodnicy są śmiertelnie nudni. Ale po pierwsze – oni nie są na etacie i nie oprowadzają za państwowe pieniądze. Oni za jakieś trzy godziny łażenia i gadania dostają pewnie ze 20 złotych, które wpływają do kasy z tego, co zapłacili za wejście turyści. Za takie pieniądze to oni mają prawo być nudni ;) no dobra żartuję *lol* ale po drugie jeśli ktoś nie rozumie jakiejś książki, to znaczy, że ma przestać być drukowana? jeśli ktoś nudził się na historii w szkole, to znaczy, że historia jest nudna? jeśli ktoś nudzi się podczas zwiedzania jakiegoś zamku, to znaczy, że ten zamek nic ciekawego nie przedstawia? NIE! to świadczy o ignorancji obywateli, bracia i siostry!

    Zezłoszczona chciałam skomentować ten artykuł na forum, ale gdy tam weszłam, zobaczyłam, że jest więcej osób myślących tak jak ja (i odgrażających się w mniej lub bardziej kulturalny sposób temu dziennikarzowi z Koziej Wólki), postanowiłam więc zostawić to im, a sama wypisać się wyłącznie tutaj. a teraz wracam do pracy… ;p

    Właśnie wróciłam z kursów muzycznych. (Występował tam licznie klasyczny typ artysty – muzyka cyganeryjnego, takiego, co to pije na umór, pali, klnie jak szewc, zarywa laski, a przy tym jest tak fajny, że nie sposób go nie lubić.) Jak sobie teraz przeczytałam ostatnią notkę, to doszłam do wniosku, że już więcej nie będę bajdurzyć w stylu rozwydrzonej pseudointelektualistki i będę pisać tylko, jak mam do napisania naprawdę coś interesującego. Tylko cholera nie wiem czy mam! ;p zawsze mam strasznie dużo w głowie, a potem siadam do kompa i to mi się jakoś wszystko rozmywa, i jakieś zupełnie nieciekawe to jest, i co wy będziecie o takich głupotach czytać. Teraz napiszę Wam coś fajnego:

    Byłam kiedyś na koncercie w rzeszowskiej filharmonii. W programie był koncert fortepianowy czeskiego kompozytora (Antonina Dvoraka). Wykonywał go czeski pianista (strasznie śmieszny, niesamowicie wysoki i chudy, ledwo zmieścił swoje nogi pod fortepianem). Na bis zagrał jakiś utwór innego czeskiego kompozytora (Bedricha Smetany). Poszłam potem do garderoby (pogadać z moim nauczycielem) i znajomy skrzypek z orkiestry mówi do mnie, że właściwie to na bis miał być Jożin z Bażin… ;p

    Ci moi nieliczni znajomi, którzy przeczytali moją ostatnią notkę, stwierdzili chyba, że mam coś z łokciem, tzn. z głową. Ok, piszę nową, niedługą i przedwyjazdową :)

    W notce gwoździem programu będą teksty siostrzyczki mojej psióły, która jest młodą dowcipną osóbką i której, jak każdemu, zdarza się powiedzieć coś śmiesznego :D

    Tekst Numer Jeden, będzie to właściwie fragment snu, który się jej przyśnił, a w którym to śnie mama naszego dziewczątka, cytuję, „wypycha ją z gniazda i woła: Leć, Olu, leć! Na co Ola odpowiada z właściwym sobie pragmatyzmem: Mamo, ale ja się jeszcze nie wyklułam!”

    Tekst Numer Dwa, właściwie powinien wylądować w podsłuchańcach, ale obiecałam, że będzie w notce: Ola (czyli nasze dziewczątko) i Koleżanka Oli idą razem i rozmawiają o pewnej dziewczynie, Koleżanka Oli opisuje ją jako „tę, która chodziła ze sztandarem”. na co Ola odpowiada: „Z kim chodziła??”

    Właściwie to powinnam teraz się pakować, bo jutro jadę na kursy muzyczne (dla odmiany w tej notce nie będzie kryptoreklamy kursów w Łańcucie, jak co roku… ;p), więc zamiast rozpisywać się rozlewnie moim starym zwyczajem na tematy różne i dziwne, chyba sobie pójdę… :(

    Napiszę jeszcze tylko: nie mogę się nadziwić geniuszowi Jane Austen. Za każdym razem, kiedy biorę jej książkę do ręki, odkrywam w niej coś zupełnie nowego. Z niej jest tak niesamowita pisarka, tak szalenie spostrzegawcza obserwatorka ludzi! Wydaje mi się, że to właśnie jest podstawą warsztatu pisarskiego – spostrzegawczość. Dlatego męczy mnie np. większość książek fantasy – one opierają się raczej na posuwaniu akcji do przodu i wymyślaniu jakichś fantastycznych, niesamowitych wydarzeń, które przykują uwagę czytelnika i go wciągną, niż na opisywaniu życia. Tak samo Coelho, znienawidzony przeze mnie Coelho, którego ku zgrozie moich niektórych przyjaciół nie omieszkam skrytykować przy każdej nadarzającej się okazji! ;p Austen operowała za to niesłychanie banalną materią – akcja jej książek, jakby ją pozbawić całego tego smakowitego stylu i fantastycznie wykreowanych postaci, ogranicza się do śniadań, obiadów, kolacji, spacerów, okazjonalnych wyjazdów do Londynu czy do Bath, od czasu do czasu jakaś dziewczyna zwiewa z jakimś facetem i jest skandal, no i oczywiście jest masa innych przyzwoitych ożenków. Ale to właśnie cała ta otoczka decyduje o wartości książek Austen, te komentarze narratora, te drobne, niby nic nie znaczące wypowiedzi. Jak się to czyta, nie można oprzeć się wrażeniu, że ona strasznie dużo wiedziała o ludziach. I to jest to, co tak naprawdę mnie w książce interesuje. (A jak się czyta to naprawdę dokładnie, to można naprawdę zachwycić się jej warsztatem pisarskim. Sama do tego nie doszłam, potrzebowałam do tego esejów Forstera :) A poza tym początek XIX wieku w Anglii to naprawdę był strasznie interesujący okres :) te wszystkie niuanse – konwenanse i esy floresy! (Dzisiaj, o zgrozo, zamiast ćwiczyć na skrzypcach, spędziłam pół dnia na czytaniu ‚Sense and Sensibility’.)

    Drodzy Czytelnicy!
    Przepraszam Was niniejszym za moją straszną blogową niesubordynację, czyli za zachowania blogowicza niegodne, czyli za zostawienie mojego bloga przez dwa miesiące na łaskę losu oraz za zaniedbywanie Waszych. Wszystko to ma niestety najzupełniej racjonalne wytłumaczenie w postaci nagromadzenia w moim życiu w ostatnich miesiącach dużej ilości kursów muzycznych, matur i egzaminów. Już prawie przeszłam tę kołomyję, został mi jeszcze tylko egzamin ze skrzypiec w szkole muzycznej, a potem… dalej gramy, i to ostrzej, nie będę tłumaczyć i zapeszać (jestem przesądna) ale proszę życzliwych o trzymanie kciuków :D

    Po namyśle zdecydowałam dodać do bloga stałą rubryczkę pod tytułem „Podsłuchańce”, w której będę umieszczać podsłuchane, czyli autentyczne, śmieszne teksty. Inspiracja po części z Szymborskiej (która wydała taką prześmieszną książeczkę z wierszykami, w której na końcu znajdują się własnie takie podsłuchane Podsłuchańce), a po części z życia, bo ostatnio udało mi się właśnie dużo takich podsłuchańców podsłuchać. Rubryczka pojawi się, jak tylko zrobię coś z layoutem bloga.

    Oczywiście przez te dwa miesiące działo się s t l a s n i e  d u z o i już sama nie wiem co mam pisać. Ostatnio śnią mi się psychodeliczne rzeczy. Moja babcia umarła w lutym – pamiętacie może, pisałam o tym, że wzięto ją do szpitala z udarem mózgu, no i w tydzień po tym umarła. Od tej pory śni mi się strasznie często. Na początku byłam trochę tymi snami przerażona (tzn. śniła mi się regularnie co tydzień przez jakiś miesiąc po swojej śmierci, a potem przestała mi się śnić, a ostatnio znowu zaczęła.) Śniło mi się, że babcia wstała z grobu i przyszła znowu do domu, i słyszałam we śnie, jak babcia chodzi po domu (takim charakterystycznym, wolnym, szurającym krokiem) i np. robi coś w kuchni albo w łazience. Potem się trochę oswoiłam z tymi snami, które z kolei zrobiły się całkiem surrealistyczne, bo jednocześnie śniłam – i zdawałam sobie sprawę z tego, że śnię! Np. ostatnio ucięłam sobie koło południa godzinną drzemkę (ci, którzy znają mnie lepiej, wiedzą, że spanie to czynność, którą mogę wykonywać o każdej porze dnia i nocy ;p) i śniło mi się tak: że się obudziłam, na tym samym miejscu na którym zasnęłam, po czym usłyszałam w.w. charakterystyczny, szurający krok i od razu się domyśliłam, że babcia wróciła. Wstałam z kanapy i popatrzyłam w okno, była noc, a ja pamiętałam, że zasnęłam w ciągu dnia – potem wzięłam zegarek do ręki i uświadomiłam sobie, że jest inna godzina, niż w rzeczywistości, i w ten sposób mój umysł w czasie trwania snu doszedł do wniosku, że śni! (sic!!) Potem coś tam, coś tam, no i przyszła babcia, która ze smutkiem powiedziała mi, że w zaswiatach każą jej uczyć się jakiejś melodii na skrzypcach i kiepsko jej to wychodzi – na co ja powiedziałam, Babciu, nic się nie martw, ja to zagram za Ciebie! i padłyśmy sobie z płaczem w objęcia. Wydaje mi się, że babcia próbuje mi po śmierci okazać sympatię! :) (ten uśmieszek na końcu, żeby nie wypadło zbyt poważnie i że jestem wariatką; ale wydaje mi się, że mogłabym uwierzyć w coś takiego…)

    Śnią mi się ostatnio też inne masakryczno – surrealistyczne rzeczy, np. kiedyś – jak ktoś chciał mnie zamordować, wrzucając podłączoną do prądu suszarkę do wanny, w której właśnie brałam kąpiel, ale podobno nie ma nic nudniejszego, niż opowiadanie ludziom swoich snów, so I’ll leave it at that. Dopiszę tylko jeszcze, jest to dla mnie szalenie zastanawiające, jak noce, podczas których śnią mi się koszmary, okazują się zawsze rano być nocami, podczas których zostawiłam swoje wielkie lustro, w którym odbija się moje łóżko, na widoku. Otóż w moim pokoju dokładnie naprzeciw mojego łóżka stoi wielka szafa z przesuwnymi drzwiami, na których znajduje się lustro. Koło szafy stoi parawan i na noc przeważnie zsuwam drzwi na jedną stronę, tak, aby lustrzane drzwi zostały zasłonięte przez ten parawan (nie będę się wdawać w szczegóły, bo nie chcę tego bardziej skomplikować, w każdym razie chodzi o to, że ten parawan zasłania lustro w nocy). Robię tak, bo naczytałam się książeczek o feng shui, która to starodawna chińska sztuka organizacji przestrzeni zabrania, aby łóżko i śpiąca w nim osoba odbijały się w nocy w lustrze, bo powoduje to napływ złej energii i zły sen. I wyobraźcie sobie, jakie to zabawne, że śnią mi się koszmary akurat wtedy, kiedy zostawiam lustro na widoku i moje łóżko się w nim odbija! I to wcale nie wypływa z mojego wewnętrznego przekonania o słuszności feng shui (czytaj: zostawiam lustro odsłonięte na noc i mój umysł, świadomy tego, jak gdyby „programuje się” na koszmary), bo zazwyczaj robię to przez roztargnienie i nie jestem tego świadoma, zasypiając, zauważam to dopiero rano. (to był akapit dla wszystkich, którzy właśnie urządzają swoje pokoje :)

    W przyszłości postaram się częściej tu zaglądać, ale oj nie wiem, jak to będzie… all I can say is I will do my best :) cheers guys!

    I chyba dużo będzie o filmie. Razem z Anią (
    http://moomineq.ownlog.com
    ) obejrzałyśmy ostatnio nową ekranizację powieści Forstera „Pokój z widokiem” (tzn. Ania wyszperała ją na niezawodnym youtube :) i obie nas ta nowa ekranizacja niesamowicie wprost zbulwersowała. Żeby wyjaśnić sprawę, muszę zacząć od szczelenia peaniku na cześć pierwszej i jdynej słusznej ekranizacji tej powieści, uczynionej w latach 80tych przez niejakiego Jamesa Ivory. Pierwsza jej zaleta to rewelacyjni aktorzy – młodziutka Helena Bonham – Carter, która nie dość, że jest niesamowicie cudownie ładna, to jeszcze naprawdę potrafi grać, do pary miała gościa (blondyna! ostatnio mam fazę na blondynów ;p), który nazywał się Julian Sands i był przystojny i grał cudownie, do tego był jeszcze Daniel Day – Lewis, który grał obłędnie, w roli ciotki głównej bohaterki Maggie Smith, która jest cudowna i nadawała się do swojej roli idealnie, lekko zbzikowaną autorkę kiczowatych powieści grała Judi Dench, również rewelacyjna, i mogłabym tak wymieniać dalej wszytkich po kolei, i każdą rolą wypadałoby opatrzyć odpowiednim entuzjastycznym wykrzyknikiem – obsada była cudowna. Scenarzysta zachował się rozsądnie i postarał się zostawić jak najwięcej dialogów w postaci oryginalnej albo bliskiej oryginałowi (a ta powieść Forstera jest świetna, ale nie będę tu opisywać jej treści, bo może to zabrzmieć kiczowato). Dalej, mieli tam chyba kogoś cudownego od zdjęć. Część akcji toczy się we Florencji, a część w Anglii na wsi. (‚Wsi spokojna, wsi wesoła…’, wieś angielska to jest totalnie coś! proszę kojarzyć od razu z dużymi domami zamieszkiwanymi od lat przez kolejne pokolenia tych samych szacownych rodzin, dużymi, pięknymi domami otoczonymi olbrzymimi, ślicznymi ogrodami.) Takie cudowne, piękne miejsca są oczywiście piękne same w sobie, ale trzeba umieć jeszcze to piękno odpowiednio na filmie przekazać. Tym gościom od filmu udało się to zrobić rewelacyjnie, film jest chyba piękniejszy od samej Florencji.

    Jest tam taki plac, który nazywa się chyba Plaza della Signoria? (być może strzeliłam tu byka, ale nie chce mi się sprawdzać ;p) i stoją na nim piękne posągi. W tym filmie pokazane są no po prostu niesamowicie! Albo scena, kiedy Lucy (to jest właśnie ta główna) chodzi po kościele Santa Croce. Albo scena, Boże mój, co to za scena, to jest scena filmowa wszech czasów – ale tej sceny nie da się opisać, trzeba ją obejrzeć. Lucy chodzi sobie po podflorenckim wzgórzu i wpada na George’a (łóóóóóó!). Scena jest po prostu niesamowicie wizualnie piękna, można patrzeć i paść oczy cudnym widokiem. Do tego idealnie dobrana muzyka – arie z włoskich oper! z dramaturgią i tyi wszystkimi crescendami idealnie dobranymi do przebiegu akcji. Pod tę moją ukochaną scenę wszechczasów podłożona jest aria z Pucciniego, śpiewana przez Kiri te Kanawa, która ma totalnie najsłodszy głos ze wszystkich znanych mi śpiewaczek operowych; i ta niesamowita kombinacja obrazu, słowa i dźwięku tworzy po prostu no nie waham się użyć słowa tego no ARCYDZIEŁO!

    Wydaje mi się, że w tym właśnie tkwi siła filmu, że może ze sobą połączyć, idealnie stopić jedno, drugie i trzecie – i wtedy, jak wszystkie te rzeczy są na absolutnie najwyższym poziomie, wtedy powstaje ta cała Czysta Forma i uczucia metafizyczne i wszystko.

    Kłopot z obecnymi filmami jest taki, że nie ma dobrych scenariuszy, nie ma dobrych aktorów, nie ma dobrych kamerzystów (chociaż to może łatwiej spotkać niż resztę, np. w najnowszej Dumie i Uprzedzeniu jedyne, co mi się podobało chyba bez zastrzeżeń, to właśnie zdjęcia – do wszystkiego innego można się było przyczepić); nie ma dobrej muzyki do filmów, tylko jakieś szmirowate piosenki, nie ma kogoś, kto umie ogarnąć to wszystko i zrobić z filmu prawdziwe dzieło sztuki. Ta stara ekranizacja „Pokoju z widokiem” jest dopracowana do najmniejszych szczegółów, wszystko tam zachwyca. Króciutka wstaweczka fortepianu pomiędzy dwoma scenami, wyraz twarzy dorożkarza, takie tam bzdety. (Godne uwagi jest to, że tam każda najmniejsza rólka jest cudownie zagrana.) W mojej ukochanej scenie, patrz wyżej, sam początek to jest dorożkarz palący cygaro; ale on tak to cygaro pali, że z tego się robi arcysymfonia. Takie totalne włoskie dolce far niente! (zawsze kiedy oglądam tę scenę, dostaję dreszczy! ;p)

    Natomiast nowa wersja, zacznijmy od tego, że jest po prostu brzydka. Grają tam brzydcy ludzie, zupełnie nieefektowni (nie mam absolutnie nic przeciwko brzydkim ludziom :D, zresztą sama nie jestem jakimśtam kanonem piękna, ale taki brzydki człowiek musi mieć w sobie tę iskierkę, która sprawia, że chce się go słuchać – nie ma nic gorszego niż człowiek brzydki i na dodatek nieciekawy. Niestety w obecnym przemyśle fimowym przeważającą większość stanowią dwie kategorie aktorów: brzydcy i nieciekawi oraz ładni i nieciekawi. Z dwojga złego, nie wiem, które gorsze!). Film ma brzydkie sceny. Piękna Florencja pokazana jest jak jakiś podeszczowy koszmar, śliczny, ciepły dom w Anglii to jakiś ponury retrohorror. Aha, aktorzy grają nowomodnie, co też mnie wkurza, czy doprawdy darcie się na cały głos to jedyny sposób ukazania wewnętrznego skomplikowania bohaterki? Lucy, gdy jest zła, wydziera się na matkę i trzaska drzwiami. No już widzę, jak taka panna z początku wieku (dwudziestego) mogła się tak zachować. (Poza tym w ogóle wydaje mi się, że we współczesnym filmie i teatrze jest za dużo krzyku, niesłusznie traktowanego jako uniwersalne narzędzie do przekazywania wszystkich emocji. Czyli gdzie nie pójdę, tam się drą, drą, drą,bo to takie emocjonalne i nieskrępowane i w ogóle łóó, a ja jako dziecko z wrażliwymi uszami mam tego raczej dość.)

    Poza tym, co mnie już najzupełniej zirytowało, Lucy w nowej ekranizacji to no dosłownie puszczalska! Całuje się z tym swoim Georgem gdzie popadnie i jeszcze uważa to za rzecz całkowicie naturalną i miłą (chociaż, podkreślam, jest zaręczona z innym. Tzn. sytuacja jest neico bardziej skomplikowana, ale to trzeba do tego obejrzeć lub/tudzież przeczytać :) btw serdecznie polecam!!). Na dodatek charaktery ujęte są niewłaściwie, np. sztywniacki narzeczony Lucy jest całkiem luźny i miły, a co gorsza, dorobiono idiotyczne, melodramatyczne zakończenie, takie oto: normalnie rzecz dzieje się na początku dwudziestego wieku, a w nowym filmie uwzględniono to, że facet, z którym ostatecznie Lucy wyląduje, poszedł na wojnę i został zabity! No szok. W trampkach. A po śmierci męża Lucy przyjeżdża do Florencji i chodzi po wspólnie niegdyś zwiedzanych miejscach, po czym wybiera się na sentymentalny piknik z dorożkarzem. Aaaargh.

    Często wydaje mi się, że powszechnie uważany za kiczowaty i w złym guście oraz nierealny happy end to może raczej oznaka dystansu autora do swojej powieści. Popatrzmy chociaż na Dumę i Uprzedzenie i na Trędowatą (zgłębiam nieco ten temat w mojej prezentacji maturalnej ;]). Duma i Uprzedzenie to powieść tak kosmicznie daleka od kiczu, jak Trędowata kiczu jest bliska, a jednak w tej pierwszej mamy happy end, a w tej drugiej nie! Popisywanie się efektownymi opisami śmierci bohaterek i bohaterów, wylewanie gorzkich łez, jest dla mnie raczej sztuczką prowadzącą do łatwiejszego wzruszenia czytelnika, a zdrowe, naturalne szczęśliwe zakończenie jestem w stanie przyjąć bez zastrzeżeń. (może dlatego, że z natury jestem optymistką i nie dla mnie topienie się w chlanipacy* – haha mój ulubiony neologizm z cyklu Children’s corner :D)

    Już i tak napisałam dostatecznie długą notkę, dlatego inne moje pseudointeligenckie rozważania na temat X Muzy oraz dialog, jaki przeprowadziłam z Anią na temat w.w. dwóch ekranizacji, który oszczędnie acz treściwie ujmuje istotę rzeczy, zostawię na następny mój blogowy blurb :)

    ————-
    * ‚chlanipacy’ – w otchłani rozpaczy, patrz: John Habberton, Wakacje bez mamy (:)

    No dobra, to napiszę nową ;p
    (ale na serio to proszę Was bardzo o wcielanie w życie ekologicznych zachowań! :D)

    Świąteczne porządki to jednak cudowna sprawa. W tym roku wyrzuciłam z mamą chyba z tonę rzeczy, w tym dobre 10 kilo makulatury w postaci starych gazet. Ostatecznie wysprzątałyśmy nasz tzw. duży pokój; przy systematycznym wywalaniu drzwiczek ze starej, paskudnej peerelowskiej meblościanki i wypełnianiu tak powstałych półek książkami dało to całkiem dobry efekt, postawiłyśmy sobie kwiaty na stole i energia płynie! Odkurzyłyśmy, pozbyłyśmy się wszystkich zbędnych gratów, starych mebli, i cieszymy się wolną przestrzenią – słowo daję, człowiek od razu czuje się dwa razy lepiej! A teraz przed nami remont jednego pokoju, więc będzie można dać upust swoim dzikim, głęboko skrywanym ciągotom dekoratorskim. (Wypatrzyłam już jeden fajno – bajerancki fotel, który kosztuje 900 zł ;] , ale jest cudowny – z kutego metalu i obciągnięty skórą (wielbłąda – sic!), wygląda niesamowicie i formą przypomina mrówę. [pomarzyć zawsze można xD])

    Zawsze wierzyłam w to całe feng shui, które mówi, że pierwszym krokiem na drodze do dobrego samopoczucia jest dokładne wysprzątanie mieszkania – wtedy energia zaczyna znowu płynąć, a nie gromadzić się po kątach i kisnąć. Te Chińczyki jednak, kurcza, znały się na rzeczy!

    Dzisiaj nie mam weny tfurczej, w głowie mi tylko sprzątanie, więc pójdę jeszcze pogrzebać w moim pokoju i zobaczyć, co by tu jeszcze dało się wyrzucić :D

    serdeczne życzenia świąteczne dla moich blogowych misiów pysiów!

    Zacznę z grubej rury: uważam to za absolutnie karygodne i amoralne, ile my, czyli społeczność ludzka, zużywamy plastikowych siatek! Oczywiście chciałam o tym napisać już od bardzo dawna, ale dzisiaj to we mnie, że tak powiem, wybuchło: otóż stałam w kolejce do kasy w beznadziejnym sklepie, który się nazywa Lidl, a przede mną stał facet, który zrobił Bardzo Duże Zakupy i potem wpakował je do Bardzo Dużej Ilości Plastikowych SIATEK. Wziął ich chyba z dziesięć, jak nie więcej. Chodzi mi o te tanie, cienkie torebki jednorazowego użytku. Których użył, aby przenieść rzeczy do bagażnika samochodu. Ilekroć widzę, jak ludzie niepotrzebnie zużywają tyle plastiku, krew mnie zalewa. Pomyślmy, ile razy, zabierając rzeczy ze sklepu, automatycznie pakujemy je w tę plastikową siatkę? a przecież czasem można po prostu wrzucić je do torby, można wziąć siatkę na zakupy z domu (np. materiałową, która ma dodatkowo tę przewagę, że się nie rwie); a jesli już musimy korzystać z plastikowych jednorazówek, to róbmy to kilkakrotnie (przecież nie drą się za pierwszym razem), a po zużyciu wyrzucajmy je nie do śmieci, ale do kontenerka na plastik! Bo: teraz będę walić liczby:

    1) plastik rozkłada się ponad 400 lat! to znaczy, że taka masa energii, ropy, i czego tam jeszcze, nie zostanie w ogóle odzyskana (chyba że natychmiast wywalimy plastik do recyklingu, ale bądźmy szczerzy, czy to w naszym kraju jest takie popularne? za każdym razem, kiedy chodzę wynieść śmieci do osiedlowego śmietniczka, widzę połowę kontenera na śmieci zapchaną plastikowymi butelkami, POMIMO TEGO, ŻE METR OBOK STOI KONTENER NA PLASTIK! no jak tu się nie załamać…)
    2) 1,8 mln – tyle torebek dziennie zużywają mieszkańcy Warszawy podczas zakupów. Większość z jednorazówek trafia na wysypiska śmieci. (jak podaje dziennik.pl, którego nie lubię, ale który chyba jest wiadygodnym źródłem)
    3) teraz odwołam się do Waszego poczucia gospodarności: 115 – tyle metrów może przejechać samochód na ropie, która została wykorzystana do wyprodukowania jednej foliowej torebki. Jednej – a popatrzcie wyżej, ile my ich zużywamy! (i sobie pomnóżcie xD) a potem boimy się, że ropa się skończy i będzie kryzys energetyczny…
    4) czy jesteście współczującymi istotami? 2 000 000 – tyle ptaków, ssaków morskich oraz ryb ginie rocznie na świecie od połkniętych plastikowych torebek - tak, to właśnie my przyczyniamy się do ich, nie waham się użyć tego słowa, zagłady!
    5) przypomnijmy sobie, ile torebek dziennie zużywają mieszkańcy Warszawy, i dowiedzmy się, że 10 proc. – to odsetek zużywanych dziennie torebek jednorazowych przez warszawiaków w skali kraju! czyli że dziennie w Polsce zużywa się 18 milionów torebek plastikowych; w takim razie musi rzucić nami o ścianę fakt, że
    6) 55 tys. ton – tyle odpadów tworzy się po wykorzystaniu 10 miliardów torebek. Wysiliłam mózg i z proporcji obliczyłam, że to oznacza, że w Polsce produkuje się CODZIENNIE 99 TON ŚMIECI! 99 tysięcy kilo śmieci! 36 tysięcy 135 ton śmieci rocznie! NO CZY TO PRZYZWOITE??????????

    Lubimy powtarzać, że Polska to biedny kraj, ekonomia siada, ale pamiętajmy, że jedną z przyczyn sukcesu ekonomicznego krajów zachodnich (mam tutaj na myśli właściwie te porządne, schludne i protestanckie) jest to, że w tych krajach nigdy w życiu nie dopuszcza się do tego, żeby coś się zmarnowało. W Wielkiej Brytanii segregowanie śmieci to czasem niemalże rodzinny rytuał. W Szwajcarii mają wszędzie całe kolekcje kontenerów na różne rodzaje śmieci, włącznie z pojemnikami na kompost. W Szwecji bodajże niezastosowanie się do jakichś, już nie pamiętam jakich, reguł segregacji śmieci, jest karane przez prawo!

    Chciałam jeszcze opowiedzieć moją ulubioną ekologiczną anegdotkę: w pierwszej klasie liceum byłam na wycieczce w Paryżu, z serii „zobaczyć wszystko, czyli nic”, czyli na ekspresowej objazdówie. (swoją drogą, wycieczkę wspominam bardzo miło :) Jednym z punktów programu był oczywiście Wersal, a zaraz po Wersalu zajechaliśmy do podwersalskiego hipermarketu, zresztą Leclerca, celem uzupełnienia prowiantu. Połaziliśmy sobie wesoło po w.w. hipermarkecie, stanęliśmy w kolejce, zapłaciliśmy, a kiedy przyszło do zabrania się jakoś z jedzeniem do autobusu, wszyscy zrobili wielkie oczy – bo nie było ani pół plastikowej siatki! i zaczęli się pytać kasjerek o plastikowe jednorazówki, po czym przyszła kolej kasjerek na zrobienie wielkich oczu. Oczywiście siatki były tylko takie duże i solidne, za które trzeba było płacić. Bo mądry francuski rząd zakazał siatek – jednorazówek w sklepach! to oczywiście całkowicie przechodziło nasze (polskie) pojęcie.

    I na koniec, pamiętajmy: nigdy w życiu nie mówmy ‚co z tego, że ja jeden/jedna wyrzucę to, co trzeba, tam, gdzie trzeba, skoro cały naród polski dokumentnie olewa segregowanie śmieci’ – chcesz zmieniać świat, zacznij od siebie! jak sami nie postępujemy tak, jak uważamy za słuszne, to czego tu wymagać od reszty świata? Oszczędnie korzystajmy z surowców naturalnych tudzież sztucznych, bądźmy pionierami segregacji śmieci! (ha!)

    do czego namawia bardzo niechcąca, aby Ziemia zmieniła się w jeden wielki syf, nawet jeśli to nastąpi setki lat po jej śmierci (i przepraszająca za pompatyczny miejscami oraz moralizatorski ton notki),

    Had I the heavens’ embroidered cloths,
    Enwrought with golden and silver light,
    The blue and the dim and the dark cloths
    Of night and light and the half-light,
    I would spread the cloths under your feet:
    But I, being poor, have only my dreams;
    I have spread my dreams under your feet;
    Tread softly, because you tread on my dreams.

    – William Butler Yeats

    Wszystkie rozsądne dzieci siedzą i uczą się do matury, a tymczasem moja cegła traktująca o historii muzyki ciągle pozostaje nieruszona. (Znaczy się przerobiłam rozdział „Starożytność”, który ma kilkadziesiąt stron co najwyżej.) Dałam sobie słowo, że od tej pory to będzie moja lektura, ale jakoś nie wytrzymuję i codziennie do snu dalej czytuję Bridgety Jonesy i pamiętniki Artura Rubinsteina. (Facet był niesamowitym, znakomitym pianistą, urodził się gdzieś pod koniec XIX wieku w Łodzi. W żydowskiej rodzinie – w dalszym ciągu nie przestaje mnie zadziwiać, ilu świetnych muzyków było Żydami. Z samych skrzypków: Jasza Heifetz, Jehudi Menuhin, Maxim Vengerov, Ida Haendel, Henryk Szeryng, Leopold Auer, Józef Joachim, Natan Milstein, Oskar Szumski, Fritz Kreisler miał ojca Żyda [i matkę katoliczkę!] – można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać… oczywiście poza nimi jest jeszcze masa pianistów, i innych istów, oraz cała gama literatów na przykład (akurat z malarstwem nie jestem tak obeznana, ale bez wahania można rzucić nazwisko np. Chagalla) – to zadziwiające, jaki niesamowicie płodny artystycznie jest ten naród! Czy jest sens w ogóle brać się za muzykę, jesli nie jest się Żydem? ;) Zresztą te pamiętniki to chyba lektura obowiązkowa wśród muzyków, gdzie nie pójdę, tam mi ktoś anegdoty z jego wspomnień opowiada. Facet był niesamowity! Ile ludzi on spotkał, znał Szymanowskiego, Kochańskiego, Witkacego (siadywali sobie w Zakopanem i gadali), Strawińskiego, i to blisko, całą francuską Wielką Szóstkę, Cocteau, Colette, Paula Claudela, którego znałam z tego słynnego powiedzonka ‚od muzyki piękniejsza jest tylko cisza’, Hektora Villa – Lobosa, nie pamiętam już zresztą tych wszystkich cudownych, wielkich ludzi, w towarzystwie których się obracał, pominęłam zresztą całą śmietankę arystokratyczną ówczesnej Europy, u której bywał (facet na przykład miał stałe zaproszenie do pewnej arystokratki, która miała piękny, wielki dom we Florencji bodajże *-*) – on po prostu, proszę Państwa, z ćwiczeniem się obijał, natomiast namiętnie bywał! Był strasznym imprezowiczem, a jak wydawał przyjęcia, to to było po prostu jedno wielkie ekstrawaganckie marzenie, do tego był niesłychanym smakoszem i totalnym flirciarzem – gdzie nie pojechał, to poderwał laskę. (Przy tym miał chyba w tej kwestii dość dobry gust.) Ale najbardziej zazdroszczę mu tego, o czym wspomniałam na początku, to znaczy – jego niesamowitych znajomych i przyjaciół. (Mój Boże, gdzie się podziali ci wszyscy ciekawi ludzie… ;p) A najlepsze jest to, on pisze tam coś takiego, że im większa publiczność, tym bardziej wzrasta jego zaufanie i poczucie bezpieczeństwa na scenie, że on w ogóle nie mial tremy! Hah…

    Dalej o muzyce: Gilles Apap, o którym pisałam z uwielbieniem jakiś czas temu, już mi się nieco przejadł. Oglądnęłam sobie te jego czarujące hinduskie filmiki na spokojnie, i chociaż dalej mnie ujmuje jego luz i pomysłowość, trochę mniej już sądzę o samej jego grze. W grudniu, zanim wyjechałam na sylwestra, cały czas słuchałam jego filmiku z youtube, tego, gdzie gra Bacha, Adagio (chyba?) z trzeciej sonaty, i tak mi się to spodobało, że aż się tego Adagia nauczyłam; potem, nie mogąc wziąć skrzypiec na wyjazd, wpakowałam sobie trochę różnych nagrań na mp3, przy czym poznałam to Adagio nieco lepiej i jestem w stanie trzeźwiej ocenić wykonanie Apapa - niestety spadło ono trochę w mojej estymie ;p

    Teraz może opiszę siebie w roli VIPa. Otóż jakieś dwa tygodnie temu? moja mama została zaproszona przez swoich prawicujących znajomych na kolację, w której miał brać udział Janusz Korwin – Mikke (z okazji swojego pobytu w Rzeszowie). Miała to być oczywiście kolacja prywatna, on, prawicujący znajomi i jeszcze kilku innych ich znajomych, pracowników naukowych albo polityków (było dość zabawne obserwować przy stole dwóch panów, których fizjognomie widywałam dotychczas jedynie na plakatach wyborczych. Jeden z nich to był bardzo miły i nas nawet odwiózł do domu :D), więc nie miałam skrupułów we wkręceniu się na imprezę. Bałam się troche i zakładałam z góry, że odzywać się raczej nie będę – jechałam tam tylko w celach obserwacyjnych. (Kogo, powiedzmy sobie szczerze, może interesować zdanie małolaty, i to nie do końca zorientowanej w polityce?) Kiedy weszłam z mamą do domu w.w. znajomych, pan domu powiedział od razu, chodźcie, mamy akurat dwa miejsca koło Korwina, i zostałam usadzona po lewej stronie naszej znakomitości wieczoru. Na początku mogłam jedynie obserwować jego zwyczaje jedzeniowe – mówili raczej inni, a on zajęty był spożywaniem – zauważyłam, że je straszne ilości masła. (Przebija nawet mnie!) Po jakimś czasie atmosfera się nieco rozluźniła, przy stole utworzyły się grupki, z których każda rozmawiała sobie we własnym zakresie, a moja mama zadała Korwinowi niezawodne pytanie, na które każdy rodzic na świecie odpowie chętnie i dużo, mianowicie, czym zajmują się jego dzieci? On łyknął przynętę. (Jedna z jego córek ma podobno jakiś rewelacyjny butik na Tamce w Warszawie.) Potem rozmowa zeszła na inne, równie mało zobowiążujące tematy, i prowadziłam z Korwinem pogawędkę towarzyską – lol. (Mamę zainteresowała rozmowa prowadzona w innym kółeczku i Korwin został cały dla mnie ;p) Taką wiecie o – zapytałam go na przykład, czy rzeczywiście chodził kiedyś po ulicy, pytając dziewczęta w wieku na oko studenckim, co to jest logarytm, i żadna nie wiedziała. Poprowadziło to do rozmowy na temat edukacji dziewcząt, i zgodziliśmy się oboje, że dziewczynom zupełnie wystarczyłaby nauka języków, muzyki, i tym podobnych rzeczy, a na przykład matematyka jest całkowicie zbędna, przecież od tego tylko cera się psuje! (To o cerze, to było jego hasło, nie moje ;p) Na koniec, żegnając się z nim, dygnęłam (w ogóle wszyscy na tym wieczorku całowali mnie w rękę i czułam się jak wielka dama, high society – nie jestem zupełnie nowoczesną kobietą, która uważa, że całowanie jej w rękę ubliża jej godności, wolę raczej staroświeckie, szarmanckie gesty ;p) – tak dla żartu, i ogólnie wieczór minął dużo milej, niż się tego spodziewałam. Generalnie Korwin uznany został przeze mnie za całkiem miłego i rozmownego, tyle tylko że cierpi na dość powszechną wśród ludzkości wadę, mianowicie trochę za bardzo lubi mówić. Ale że wybawił mnie tym samym z obowiązku podtrzymywania rozmowy i prowadził ją sam, a ja po prostu się uśmiechałam, śmiałam, potakiwałam i dziwiłam na przemian, oraz od czasu do czasu wtrącałam kilka słów czy zadawałam pytanie, jestem mu w sumie za to nawet wdzięczna. ;p

    To było z wydarzeń przeszłych, a z obecnych to dość smutno, ponieważ moja babcia jest w szpitalu, ma udar mózgu (nie może mówić i jest sparaliżowana), a jako osoba bardzo stara nie ma dużych szans, żeby wyjść z tego bez szwanku. (może to trochę melodramatycznie opisywać takie rzeczy na blogu, ale tak jakoś się z nim zżyłam ;p)

    PS Dzisiaj ostatnie dwa odcinki Idioty w telewizji, z tej okazji zamieszczę tu jeszcze kawał, który zwykł był opowiadać Stanisław Dygat, a który moja mama podsłuchała w radiu: taki mianowicie: Dostojewskiego wezwał do siebie pan Bóg i mówi: towarzyszu Dostojewski, piszecie takie okropnie, nieznośnie ponure książki, proszę natychmiast wrócić na ziemię i napisać coś pięknego! więc Dostojewski wrócił i napisał Braci Karamazow.

    Nie rozumiem tego kawału, bo nie czytałam Braci Karamazow, ale pomyślałam, że i tak go tu napiszę ;p

    PS2 Boże drogi, popatrzyłam się na trzy ostatnie notki – za każdym razem 6 komentarzy! trzy szóstki! ;p


    • RSS