kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy w kategorii: Bez kategorii

    A rozstać się będę musiała, bo wyjeżdżam sobie na kurs muzyczny. Co prawda tylko na dziesięć dni, więc pewnie nie zauważycie;) no ale pożegnać się wypada! Przez ostatni tydzień miałam w głowie całą masę tematów na notki, od dyskusji literackich przez Janusza Palikota do ekologii, ale wszystkie mi jakoś chwilowo powypadały z głowy, więc…

    a jednak nie! coś sobie, na Wasze nieszczęście, przypomniałam. To znaczy na Wasze nieszczęście, bo znowu będę narzekać! (Właściwie chyba 3/4 notek na tym blogu moglabym otagować hasłem „narzekania”.) Denerwuje mnie mianowicie totalne i coraz bardziej dające mi się we znaki nieuświadomienie ekologiczne naszego społeczeństwa. Ostatnio przejawia się to między innymi tym, że z mojego blokowego śmietniska pozabierano co do jednego pojemniki służące segregacji śmieci (wszyściutkie kosze na plastik, szkło i makulaturę poszły się paść) i – co z tego, że u nas w domu skrupulatnie segreguje się śmieci, skoro nie ma ich potem gdzie wyrzucić! Naprawdę nie wiem, gdzie teraz będziemy wyrzucać to wszystko, a było tego trochę – naprawdę krew się we mnie burzy, kiedy mam wrzucić plastikową butelkę do zwykłego kosza – a na całym, słowo honoru, na całym moim osiedlu nie ma teraz ani jednego pojemnika na plastiki! No czy to jest naprawdę XXI wiek i kraj, który należy do Unii Europejskiej!? Gdzie ja mam wyrzucać te śmieci, może będzie trzeba jeździć z nimi do Warszawy? ;[

    Ok, sfrustrowana Kaja przechodzi do punktu drugiego… od małego wychowana byłam w olbrzymim poszanowaniu dla drzewek, kwiateczków, robaczków itp. itd. Babcia powtarzała mi, że jak się łamie gałęzie, to drzewo to boli, potem podrosłam i czytałam wiersze Gałczyńskiego, który wołał „Kochajcie wróbelka, do jasnej cholery!”, już jako małe dziecko patrzyłam, jak mama wygania z domu osy zamiast rozwalać je kapciem i jak szkoda jej wypędzać pająki na dwór w zimie, żeby nie zamarzły (O mamo, czy ja właśnie napisałam „na dwór”? jako galicjanka powinnam pisać „na pole”… ;p). A btw, najlepszy numer był, jak z tatą sprzątałam jego stary, wiejski dom i zgarnęliśmy do odkurzacza chyba z 50 pająków, całe stado pająków, tych na cienkich nóżkach… a potem tata otworzył odkurzacz, wyjął tę torbę, co jest w środku, wyszedł na zewnątrz i wysypał pająki na trawę… :D żywe oczywiście:D ale to była taka mała dygresja, a cały mój ten wywód sprowadza się do tego, że bardzo cenię sobie ciche, spokojne i zielone otoczenie, i bardzo lubię mieć wokół domu drzewa. Naturalnie mieszkam w bloku i ktoś mógłby pomyśleć, że to dosyć wygórowane życzenie, ale do niedawna było z tym bardzo dobrze. Moje osiedle znajduje się na skraju miasta i mam z okna całkiem ładny widok na domki, ogródki i nawet zalesione wzgórze. Jest tu bardzo cicho, samochodów prawie w ogóle nie słychać, a w lecie budzi mnie śpiew ptaków! Przed naszym blokiem znajduje się trawnik i boisko, ten trawnik jest od strony naszej klatki, a na trawniku rosły trzy piękne, duże drzewa – wierzby płaczące, które cudownie zacieniały mi okno - no dobra, żeby nie było za poetycko, okno i tak mam normalnie zacienione, ale na te wierzby patrzyło się z okna bardzo przyjemnie! – już nie mówiąc o tym, ile myśmy się, dzieci z dworca Zoo… ee, to nie ta książka… ;p – dzieci z naszego bloku, ile myśmy się bawili pod tymi wierzbami! Ileż wspomnień!:D

    No i co… no i pewnego pięknego marcowego dnia wracałam do domu z wyjazdu, a tu patrzę – a po dwóch wierzbach pozostała tylko dziura w ziemi. Zostawiono jedną, najmniejszą. A wszystko to po to, żeby przed blokiem zrobić parking dla samochodów, który nota bene jest podwójny, tzn. mieszczą się na nim dwa rzędy aut – tylko po cholerę, ja się pytam, skoro tyle aut nie może tam stać na raz, bo wtedy samochody z tylnego rzędu nie mają jak wyjechać? Bo parking jest równoległy do ulicy. Dwa równoległe do ulicy rzędy aut! Oczywiście niemożliwe. Ergo: połowa miejsca przeznaczonego na parking się marnuje. Ergo: jakby ci kretyni, którzy planowali ten parking (zazwyczaj nie używam mocnych słów, ale czasem ja też się denerwuję…) trochę pomyśleli, zanim zrobią, to tych dwóch wierzb wcale nie trzeba by było wycinać. A tak zamiast drzew mamy przed blokiem beton. Wrr! Już nie mówiąc o tym, że dla wprawy ostatnio powycinano wszystkie inne wierzby w okolicach mojego bloku. Na zero. Zawsze cieszyłam się z tego, że mieszkam na ślicznym, zielonym osiedlu, no i już się nie mam z czego cieszyć. Dzisiaj z kolei idę z mamą do miasta na zakupy, a rzadko to robię, bo odkąd poszłam do liceum do Rzeszowa, moje życie toczy się głównie tam;) – więc idę, patrzę, i coś mi jakoś inaczej niż zwykle wygląda, jakoś pustawo… naturalnie, bo wycięto trzy wielkie, stare platany, które rosły przy głównej ulicy! przy czym odsłonięto brzydką, brzydką kamienicę, tzn. budynek, który właściwie nie zasługuje na to miano, bo jest, czy ja to już mówiłam? brzydki. O ile w ogóle tam coś posadzą, będą to pewnie tak modne teraz mini kloniki z kopułką liści o średnicy metra, których w ogóle nie widać. Nie no, jakoś w Paryżu całe ulice obsadzone są platanami i nikt ich nie wycina! Czy to tylko Polacy są tacy głupi? Najwyraźniej… eeeeeech ;p

    Być może jestem za bardzo nakręcona i za późno już jest, żebym za pomocą logicznego, wypunktowanego wywodu udowodniła swoje racje, to jest taki bluzg raczej, ale jest już prawie pierwsza w nocy, a ja jutro jadę na drugi koniec Polski! A więc trudno – i lecę się zbierać – do zobaczenia:)

    PS Kuzynka mojej mamy ma śliczną, maleńką małą dziewczynkę. Ostatnio ta dziewczynka śniła się mamie… w śnie w pewnym momencie znalazła się w jakimś wielkim garze, po czym zrobił się z niej pieróg, a mama zastanawiała się, z czym go podać… *LOL*

    Taki wniosek ostatnio wysnułam, bo przydarzyła mi się historia, a właściwie historyjka – nic szczególnie ekscytującego, ale żeby Was troszkę podręczyć, opiszę to i tak:)

    Jak powszechnie wiadomo, na skrzypcach gra się przy użyciu strun:D niestety rzeczone struny co jakiś czas się zużywają i trzeba je systematycznie wymieniać. Ja swoje zamawiam przez internet w Związku Polskich Artystów Lutników – jakoś tak wydaje mi się najprościej. Te struny, które teraz mam założone na skrzypcach, właściwie powinnam już była zmienić, ale akurat nie miałam zapasowego kompletu (o zgrozo), więc po świętach wysłałam maila do ZPALu z zamówieniem na dwa komplety strun. Nie uprzedziłam o tym mojej mamy, i wczoraj po południu, kiedy nie było mnie w domu, moja biedna rodzicielka otworzyła drzwi komuś, kto ku jej przerażeniu zaczął jej wciskać towar za ponad dwieście złotych!;p no ale cóż – zapłaciła, co miała zapłacić, a potem chwyciła za telefon i zrelacjonowała mi całą historię. Kiedy wymieniła cenę, wydało mi się to podejrzanie mało – spodziewałam się de facto dwa razy większej sumy! (tak jest, skrzypce to droga zabawka… ;p) no ale zaczęłam podejrzewać jakąś miłą niespodziankę w postaci wyprzedaży, promocji czy rabatu dla stałych klientów ;p (tak jest, jestem optymistką ;p) Niestety kiedy przyszłam do domu i otworzyłam paczuszkę, okazało się, że po prostu ktoś zapomniał sobie o tym, że zamówiłam dwa komplety, a nie jeden – przysłano mi tylko cztery struny. Troszkę się wkurzyłam…

    Naturalnie nie był to żaden dramat, bo dostałam w końcu jeden nowy komplet strun, mogłam je bez problemu zmienić i grać dalej. Tyle tylko, że i tak potrzeba mi zapasowych (btw, ostatnio na popisie w szkole muzycznej pierwszy raz w życiu urwała mi się struna na scenie! zmieniłam i grałam dalej… ale trauma!;p), a poza tym nie uśmiechało mi się płacić dodatkowo za nadprogramową przesyłkę (w sumie to tylko 15 złotych, ale chodzi o zasadę!;p). Napisałam więc do ZPALu mail, nad którym zastanawiałam się chyba z pół godziny, jak też to go ułożyć, żeby nie było bezczelnie, ale żeby sobie nie pomyśleli, że to pisze jakaś sierota, którą można sobie olać. W rezultacie wyszedł mi więc taki stonowany foch – ale jednak foch! w którym ośmieliłam się nawet zażyczyć sobie, aby koszty kolejnej przesyłki pokrył ZPAL. Odpowiedź dostałam jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później, bardzo miłą – w mailu przepraszano mnie, podano powód pomyłki i obiecano mi wysłać drugi komplet strun jeszcze tego samego dnia, z przesyłką na koszt ZPAL… Szczerze powiedziawszy, nie liczyłam na to, że ten mój mail rzeczywiście coś zdziała!;p Wniosek: należy zawsze mówić, jeśli coś nam się nie podoba… (niby oczywisty, ale dla mnie, szczerze mówiąc, nie tak bardzo!;p)

    PS Lubię czytać horoskopy, ale z nich jednak naprawdę jest szajs! W swoim horoskopie na dziś miałam tak: „Staniesz się niezwykle odważny, ambitny i niecierpliwy. Silny wpływ planet Mars i Jowisz dobrze wróży tym sprawom, które wymagają refleksu i mocnych nerwów. Dziś łatwo uporasz się z tym, co innym ludziom sprawia kłopot lub trudność. Przychylne ci znaki zodiaku to Bliźnięta i Lew, sprzyjająca pora dnia to popołudnie, a szczęśliwa liczba to 5.” I co? Dzisiaj na orkiestrze w szkole muzycznej (naturalnie po południu) graliśmy Małą Suitę Lutosławskiego. Jest tam jedno takie miejsce, gdzie drugie skrzypce i altówki grają coś, czego trochę nie mogą załapać i cały czas się w tym miejscu sypią. Nasz dyrygent (który, nota bene, uczy mnie skrzypiec i ochrzanił mnie dzisiaj za brudne skrzypce i stare, zgrane, niezmienione struny ;p) w celu zademonstrowania poprawnego wykonania tego wrednego miejsca, usadził już kiedyś kolegę skrzypka i mnie w – odpowiednio – drugich skrzypcach i altówkach i kazał nam grać ich partie… demonstracja udała się wtedy niestety tylko częściowo, ponieważ mi nie zawsze udawało się wejść tam gdzie trzeba:D dzisiaj drugie skrzypce i altówki znowu się sypały, dyrygent powtórzył swój numer z przesadzaniem nas i demonstrowaniem, ja znowu wylądowałam w altówkach… patrzałam w te nuty błędnym wzrokiem, nie za bardzo rejestrując, co tam właściwie jest napisane, i znowu się nie łapałam przez połowę czasu xD no i co oni mi w tym horoskopie chrzanią, że dzisiaj się łatwo uporam z tym, co innym ludziom sprawia trudność! Panie, z czym do ludzi! ;p

    Mam nadzieję, że wszyscy spędzili sylwestra w fajny sposób i wkroczyli w Nowy Rok 2009 z optymistycznym nastawieniem do życia i zapałem do działania! (ja, niestety, wkroczyłam z lekkim kacem, wskutek czego wszystkie moje ambitne plany realizuję dopiero od dzisiaj ;p)

    Ponieważ – o zgrozo – nie mam o czym pisać, a nie chcę przerywać dobrej passy, która ostatnio przejawia się na moim blogu tym, że nie zostawiłam go dłużej niż na 10 dni od ponad miesiąca, wrzucę Wam tu parę filmików z gościem, który nazywa się Maxim Vengerov, jest niesamowitym, oczywiście bardzo znanym skrzypkiem, i robi na mnie olbrzymie wrażenie ;DD

    (okej… hmm może jednak wrzucę tu tylko linki? chciałam wstawić od razu filmiki, ale to narusza moje poczucie estetyki, zepsułoby mi layout ;DD)

    Pierwszy: fragment miniatury skrzypcowej skomponowanej przez Fritza Kreislera, która nazywa się ”Chiński tamburyn” ;DD TU
    Drugi: strasznie śmieszna miniaturka skrzypcowa, która polega na tym, że gra się ją bez smyczka, i fragment słynnej „Wokalizy” Rachmaninowa, TU
    Trzeci: kolejny skrzypcowy hit, Etiuda w formie walca – Camille Saint-Saens, też fragment - hehe btw zwróćcie uwagę na mimikę ;DD TU
    Czwarty: żeby nie było, że podrzucam Wam same utworki pod publiczkę, tutaj fragmenty z sesji nagraniowej jednego z najbardziej znanych i najpiękniejszych koncertów skrzypcowych, D-dur L. van Beethovena TU
    Piąty: Maxim we własnej osobie gra, śpiewa i mówi, czyli masterclass, czyli lekcja z udziałem publiczności z Maximem w charakterze nauczyciela, utwór na tym filmiku to Adagio z I Sonaty na skrzypce solo J.S.Bacha, czyli podstawa skrzypcowego repertuaru :) TU

    Ladies and gentlemen, this guy rocks!!
    (oh dear… better go and practice… ;pp)

    PS ostatnio strasznie spodobała mi się ta buźka: ;DD i namiętnie jej używam… mam nadzieję, że sobie czegoś nie pomyślicie! ;DD

    Tytuł „świątecznej” notki powtarza się na moim blogu chyba co roku, ale może mi to wybaczycie?:D w każdym razie ostatnia notka coś nie ma wzięcia, nie wiem, czy ze względu na tematykę, czy rozmiar;) więc czas ruszyć tyłek i złożyć moim ulubionym Czytelnikom życzenia świąteczne! (aha, i dziękuję za poparcie w sprawie Marii Peszek, poczułam się zdecydowanie lepiej:D)

    Czego by tu Wam życzyć? Może np. żeby Prezydent i Premier się zreflektowali i zaczęli prowadzić rozsądną politykę zamiast dawania sobie nawzajem prztyczków w nos, może żeby w trybie natychmiastowym zażegnano światowy kryzys finansowy, a może żeby walka z globalnym ociepleniem przyniosła w końcu jakieś skutki (chociaż nie wiadomo w końcu, czy grozi nam ocieplenie, czy ochłodzenie, więc może to za ryzykowne życzenie), może żeby kultura masowa nagle przestała być masowa, a może żeby nauczyciele w Polsce dostali podwyżki (ergo: żeby zawód nauczyciela stał się elitarny i tym sposobem nagle podniosłaby się drastycznie jakość edukacji), może żeby w sklepach zamiast masy drogich ciuchów, która się nikomu nie podoba, pojawiła się masa tanich i dobrej jakości ciuchów, które są naprawdę ładne (to tak dla dziewczyn), a może żeby –

    ojej… myślę o odpowiednich życzeniach dla chłopców i nasunęła mi się na myśl kolejna sprawa, która mnie denerwuje. Mianowicie już chyba od miesiąca na drodze do szkoły muzycznej codziennie mijam wielki plakat, reklamujący najnowszą książkę… Roberta Kubicy. Okej, doceniamy jego zasługi na polu motoryzacyjnym, Formuła 1 i tak dalej, ale nikt mi nie wmówi, że on potrafi pisać! Tymczasem ta jego „książka”, napisana, jak znam życie, w połowie przez jego managera albo kogoś w tym stylu, sprzeda się pewnie w ogromnej ilości egzemplarzy, Kubica zarobi na tym masę kasy, a inne, naprawdę ciekawe i mądre rzeczy będą leżeć miesiącami w księgarniach, jak leżały. A więc czego Wam, chłopcy, życzyć?:D …

    no dobra… ponieważ i tak zawsze najważniejszy jest dla nas własny żołądek:D, życzę Wam, aby wszystkie ciasta pieczone na Święta Wam się udały, żebyście dostali fajne prezenty, ale takie naprawdę fajne, a nie takie, które od razu odkłada się do szafy, aby tam sobie przez lata wegetowały w samotności, a przede wszystkim żebyście spędzili te święta w miłym, kochanym (np. przez siebie) towarzystwie! A sobie życzę, aby ktoś jeszcze czasem wszedł na tego bloga i coś niecoś skomentował:D

    PS Jeśli ktoś czuje się osłabiony umysłowo (tak jak np. ja), polecam lekturę K.I. Gałczyńskiego, który TUTAJ wyczerpująco i z dużą fachową wiedzą opisuje propozycje „Rozrywek świątecznych dla osłabionych umysłowo” :)

    (Nacisk kładę na słowo „dużych”, nie „dzieci” ;p) Kiedyś kupowało się u nas regularnie Przekrój, ale Przekrój się popsuł i przerzucono się wtedy na Politykę. Po jakimś czasie sterta przeczytanych Polityk tak nam narosła, że postanowiłyśmy z mamą tymczasowo spasować i już chyba od roku nie kupujemy regularnie w ogóle żadnych gazet. Postanowiłam więc nadrobić kulturalne oraz polityczne zaległości i niedawno kupiłam sobie najnowszy numer Polityki. I trochę się zawiodłam. Czy to możliwe, żeby Polityka się popsuła również? Ogólnie niby wszystko to samo, ale zniechęciły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, Kuba Wojewódzki, którego wcześniej tam nie było, ma teraz swoją rubrykę „Mea Pulpa” (swoją drogą tytuł śmieszny, co?) i jest to „kronika popkulturalna”. Po pierwsze, sama wcześniej pisałam o tym, że lubię Kubę Wojewódzkiego, ale Wojewódzki i Polityka? Dla mnie „Polityka” to jest wciąż gazeta taka o „poważna”, z miejscem na poczucie humoru typu, powiedzmy, Daniela Passenta, do którego Wojewódzki mi kompletnie nie pasuje. No dobra, drukuje tam też Mleczko, który jest już bardziej „posunięty” w stronę Wojewódzkiego, ale – i tu jest moje drugie ale – o czym ten Wojewódzki pisze, otóż on pisze mniej więcej o tym, o czym możemy poczytać sobie na Pudelku (tylko naturalnie nie w takim stylu). Po cholerę taka tematyka w Polityce? Zresztą nie ma w tej „Mea Pulpie” nic odkrywczego ani super świeżego, co by usprawiedliwiało obecność takiej rubryki w takiej gazecie, to wszystko jest pisane w ogranych już formułkach i nic a nic mnie to nie interesuje. Najbardziej chodzi mi o to, że człowiek czasem ma dość tych wszystkich Dodów i Edyt Herbuś, a tu one, okazuje się, czyhają na niego już i w czasopiśmie, w którym zupełnie nie spodziewał się ich znaleźć…

    Drugi mój zawód związany z Polityką jest taki, że najwyraźniej jestem jedyną osobą w tym państwie, która nie przepada za Marią Peszek. Z jej pierwszej płyty nawet spodobała mi się jedna piosenka, na tyle, żebym słuchała jej na okrągło przez parę dni, po czym mi się całkiem znudziła. Natomiast jej ostatnia płyta, która chyba wyszła parę miesięcy temu (?), przysporzyła jej strasznej popularności, bo teksty piosenek są głownie erotyczne i to dosyć ostro, i uważa się to wszystko za, cytuję za Polityką, „rzecz ze wszech miar wybitną, wyznaczającą nowe szlaki w muzyce i w tekstach”. Nominowano Marię Peszek do Paszportów Polityki i ogólnie wszyscy uważają ją za wielką artystkę. A ja… nie słuchałam tej płyty, ale po pary cytatach z tekstów piosenek chyba mi wystarczy. Nie podobają mi się one okrutnie, i wydaje mi się, że jeśli już ktoś musi pisać o seksie („czasami człowiek musi, inaczej się udusi”… ;p;p), to można to robić o wiele ładniej. No bo jeśli czytamy tak jak o tu, a potem porównamy to sobie o z choćby tym czy którymkolwiek erotykiem Leśmiana… to porównanie zdecydowanie nie wypada na korzyść Marii Peszek:) oczywiście nie wymagam od ludzi, żeby pisali tylko i wyłącznie tak jak Leśmian, ale teksty Marii Peszek, pełne „wzwodów’, „hujów” i tym podobnych, no po prostu mnie rażą.

    Cytat z bloga: „Część naszego zakłamanego społeczeństwa wprost wyłazi ze skóry, żeby opluć tę sympatyczną pannę jadem nienawiści. Peszek jest dla nich wulgarną, hołdującą prymitywnym instynktom grafomanką, epatującą tandetnymi rymami częstochowskimi pseudoartystką. Z tego powodu ta recenzja ukazuje się tak późno po premierze – musiałem oderwać się od tego szamba zapiekłej polskiej nienawiści, aby znów móc cieszyć się tą płytą. Która nie jest wulgarna, nie ma też nic wspólnego z pornografią czy obscenicznością. Śmieszy mnie oburzenie osób, którym przez usta nie przejdą takie słowa jak „siusiak” czy „cipka” (wymawiane z czułością), za to nie mają problemu z posługiwaniem się na co dzień słowami w rodzaju „kurwa”, „pizda”, „chuj”. Oto wspaniała polska podwójna moralność.” Hmm… mnie peszy i „kurwa”, i „cipka” :) Ale no dajcież spokój, jak te teksty mogą uchodzić za Sztukę, to ja nie wiem… jak dla mnie, to do grafomanii temu blisko;p naturalnie ja również jestem dość pruderyjna pod pewnymi względami i te teksty nie przypadły mi do serca również z tego powodu. Mogę sobie czytać taką Bridget Jones, w której słowo „seks” występuje z kosmiczną częstotliwością, a główna bohaterka wciąż ma ochotę się przespać z Danielem Cleaverem albo innym Markiem Darcym i nic a nic mnie to nie razi – bo Fielding nie wdaje się w szczegóły ;p

    Innym czasopismem, które ostatnio kupuję, jest Bluszcz, który wychodzi dopiero od trzech miesięcy (i, jako że jest to miesięcznik, obecny numer jest trzeci:p). Fajnie fajnie, czasopismo z aspiracjami, zamiast 150 stron obrazków ładnie poubieranych pań mamy same teksty literackie, opowiadania, wspomnienia itp. Tylko że niestety w praktyce wychodzi to trochę mniej ambitnie, bo Bluszcz promuje takie gwiazdy, jak nasz stary znajomy Janusz L. Wiśniewski, jak Jonathan Carroll (nie czytałam nic a nic jego książek i po przeczytaniu jego opowiadania wydrukowanego w Bluszczu doszłam do wniosku, że wcale nie mam na to ochoty;p), jak Paolo Coelho, oprócz tego zamieszcza masę opowiadań, które wartości literackiej nie mają zuupełnie żadnej. (Nie chcę, broń Boże, zostać jakimś self-proclaimed krytykiem literackim, ale niektóre z tych opowiadań to ja bym chyba potrafiła napisać lepiej, chociaż pisarka ze mnie żadna.) W każdym razie nie zniechęciło mnie to jeszcze i ciągle liczę na jakieś literackie objawienie. Napaliłam się całkiem na Ludzi z Innhaug skandynawskiej pisarki Anne Karin Elstad, to jest jedna z powieści drukowanych w Bluszczu po kawałku. Spodobał mi się jej styl pisania, taki po skandynawsku oszczędny, a przy tym byłam ciekawa, co też tam się może stać, bo to jakaś Norwegia, góry, pasterze, wieś, wydawało mi się, że jakieś fajne klimaty, i przeczytałam pierwsze dwa odcinki z przyjemnością, natomiast trzeci był już dla mnie stracony, z powodu opisu aktu seksualnego, do którego doszło pomiędzy młodą pasterką Oline a przybyłym do Norwegii szkockim bodajże pastorem Peterem Hamiltonem. No proszę Was: „On pieści ją delikatnie i tak długo, aż Oline zaczyna drżeć z podniecenia. ‚Chcę teraz, Peter, teraz!’ ‚Będę bardzo ostrożny, moja mała.’ Potem wchodzi w nią. Oline przyjmuje go z jękiem. ‚Nie boli cię?’ pyta mężczyzna niespokojnie. ‚Nie, nie myśl o tym’.” Aaaa… nie dość, że – poważnie – aż się wstydzę, jak czytam takie rzeczy, to jeszcze jest to wszystko opisane w jakiś zupełnie infantylny sposób. I znowu tak się fajnie zaczęło, a wszystko sprowadziło się do łóżka… ;p 

    czyli krótka notka objaśniająca. Wydaje mi się, że duża część osób odwiedzających tego bloga myśli, że „kajus” w nazwie kajus.blog.pl oznacza „kajuś”, tylko pisane z konieczności bez polskich liter. Otóż nie! Jest to jak najbardziej zwykły „kajus”. Oo taki:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Kajus
     . Nick wziął się stąd, że w gimnazjum moje psiapsiółki mówiły na mnie „kajetan”:) Następuje logiczne wytłumaczenie: kiedy w gimnazjum zakładałam tego bloga, wierna swojej ksywie „Kajetan I Wielki” chciałam mieć adres kajetan.blog.pl, ale taki był już zajęty. Ponieważ „kajetan” mi się bardzo podobał i chciałam, żeby adres bloga zawierał nick taki właśnie, albo podobny, a nie chciałam mieć w adresie żadnych cyferek ani innych kropek czy kresek, wybrałam drugą wersję męskiej odmiany mojego imienia, czyli właśnie „kajus”, i właściwie teraz się z tego cieszę, bo o ile „kajus” mi się dalej podoba, to „kajetan” już nie. Rzekłszy to, dodam jeszcze, że absolutnie nie mam nic przeciwko, kiedy ludzie mówią na mnie „kajuś”, raczej to lubię:) ale adres bloga nawiązuje raczej do starożytnej rzymskiej tradycji oraz cesarzów etc. i ślicznego, wzruszającego hasełka „Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja”, które na tym blogu nabiera nowego znaczenia, a po przeczytaniu tej notki – mam nadzieję, że czytelnicy nie posądzą mnie ani o transseksualizm, ani o rozdwojenie jaźni xD (jeśli kto nie rozumie moich skrótów myślowych, proszę się nie przejmować, bo to same głupoty!)

    PS Strasznie nie lubię Grzegorza Miecugowa! Ile razy oglądam Szkło Kontaktowe z nim (co ostatnio i tak nie zdarza się często), i ile razy jego partner powie coś dowcipnego, to on nigdy, NIGDY nie pochwyci dowcipu, tylko od razu wróci do tego, co sam miał do powiedzenia, nawet jeśli to jest jakaś idiotyczna i zupełnie nieinteresująca refleksja na temat jego czasów studenckich, która nikogo (no dobra, mnie) nie obchodzi.

    Skojarzenie dosyć luźne, bo właściwie nie Marcin powiedział, tylko Wyspiański, że nie trzeba mieć zbyt wygodnych mebli w domu, bo wtedy goście za długo siedzą i zabierają czas do pracy. Czasem na własnej skórze odczuwam prawdziwość tego twierdzenia! Kocham bardzo wszystkich moich fajnych znajomych, ale czasem siedzę w swoim własnym pokoju jak na szpilkach, bo jestem miłą sierotą, która nie umie powiedzieć: ‚słuchaj stara/stary, przepraszam, ale mam coś do zrobienia’, i absolutnie nie chcę, żeby ktoś czuł się wyrzucany z mojego domu, więc robię dobrą minę do złej gry i największa bezczelność, na jaką mnie stać, to – nie protestować, kiedy niefortunny gość w końcu zbiera się do wyjścia – a przez cały czas siedzę i myślę: ‚o jezu, ileż ja mam jeszcze do wyćwiczenia (na skrzypcach, hehe nie robię brzuszków ani nic z tych rzeczy… ;p), o jezu!’. Tyle tylko, że na szczęście takie sytuacje nie zdarzają się często, bo zazwyczaj jednak spotykam się z ludźmi poza domem, a zresztą w ogóle ostatnio spotykam się mało.

    O lyteraturze słów dwóch jakby ciąg dalszy: za co Wy właściwie lubicie fantasy?:p

    PS 29.11, godzina 22.30. Musiałam iść wynieść śmieci (wybaczcie mi ten prozaiczny zgrzycik) i pod blokiem natknęłam się na starszawego jegomościa, którego znam z widzenia, bo często wyprowadza psa na mojej trasie dom – autobus. Powiedziałam mu dobry wieczór, na co on mi odpowiedział i zapytał się mię, co o tej porze robię – wyłuszczyłam mu sprawę, i zauważyłam, że on też wypełnia obowiązki – oczywiście był z psem na spacerze. On mi przytaknął i zrobił sobie chyba taki skrót myślowy, że wypełnianie obowiązków=praca, bo powiedział mi mądre, filozoficzne zdanie, mianowicie że: Trzeba pracować, bo jak człowiek pracuje, to się uszlachetnia! a jak nie pracuje, tylko się leni, to taki gnoj chodzi… Tak powiedział:D:D

    Mój tata, który lubi jazz i dużo go słucha, lubi też mawiać, że Nat King Cole to był prawdziwy murzyński arystokrata. Kto zna jego piosenki, ten chyba się z tym zgodzi :) a kto nie zna, to mu powiem, że on (Nat King Cole, nie mój tata ;p) po prostu śpiewał niezwykle elegancko. Dzisiaj rano włączyłam sobie jego płytę, i wymyśliłam sobie, że właściwie to określenie mogłoby się zastosować równiez do Baracka Obamy ;)

    Jestem fanką Obamy, czyli tego pana, co został właśnie wybrany na nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. (Nie mylić ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej* :p) Ale w tym cała heca, że facet jest Mulatem! tzn. jego ojciec urodził się w Kenii, matka jest biała, poznali się na Hawajach, a zresztą w końcu i tak wzięli rozwód i mały Barack wychowywał się z matką. A teraz mieszaniec z rozbitej rodziny został prezydentem USA:) bardzo mnie to cieszy, bo oprócz tego, że Amerykanie udowodnili, że nie są rasistami, to jeszcze, że mają trochę rozsądku, bo kandydat na prezydenta z partii republikańskiej (Obama jest demokratą), John McCain, był no jakiś nietentego! Ok: tzn oglądałam chyba ze dwie debaty przedwyborcze pomiędzy McCainem i Obamą, i po obu dochodziłam do tych samych wniosków, tzn. że McCain nie miał w tych debatach zbyt wiele do powiedzenia, mówił raczej ogólniki i szeroko rozwodził się nad tym, jakie to on słuszne decyzje podejmuje, a jaki to Obama jest be, natomiast Obama próbował raczej sensownie i treściwie udzielać odpowiedzi na zadawane mu pytania. (Strasznie nie lubię, jak ktoś w ważnych sprawach międli niepotrzebnie jęzorem.) Poza tym ogólnie Obama podoba mi się, ponieważ ładnie mówi! Ton jego głosu, wyraz jego twarzy, to wszystko działa u mnie na plus, jego sposób bycia jest (uwaga, pean na cześć Obamy) szczery, bezpretensjonalny, ale przy tym elegancki. Już nie mówiąc o tym, że nawet jego sylwetka robi dobre wrażenie, bo jest szczupły, rusza się z gracją i nosi nienagannie skrojone garnitury ;p

    Dorzucę jeszcze tylko, że moja mama opowiadała mi, już nie wiem, gdzie to wysłuchała, pewnie w radiu, że wypowiadał się Zbigniew Brzeziński o Obamie: jeszcze w czasie trwania kampanii prezydenckiej Barack Obama poprosił go o spotkanie, i Brzeziński, mówił, że Obama wywarł na nim bardzo pozytywne wrażenie. Że w czasie tej rozmowy zadawał bardzo konkretne pytania, że był szczery, otwarty, a jednocześnie umiał zachować pewien dystans, jednym słowem, że ma taki elegancki sposób bycia – i że w ciągu tego półwiecza z wszystkich prezydentów USA, z którymi się spotykał, tylko dwóch zrobiło na nim tak dobre wrażenie: JF Kennedy… i Obama właśnie. (Żeby tylko Obama nie skończył tak samo jak Kennedy!…)

    Well… no to zobaczymy, cóż ten Obama zdziała :) ja mam na dodatek złośliwą satysfakcję, bo prawie wszystkie polonusy w USA głosowały na McCaina ;p;p;p

    —————–
    * MSZ przygotowało prezydentowi tekst depeszy gratulacyjnej dla Baracka Obamy, ale oczywiście Kancelaria Prezydenta nie mogła się powstrzymać, żeby nie położyć na nim łap, i wprowadziła parę poprawek, między innymi zamieniając „Stany Zjednoczone Ameryki” na „Stany Zjednoczone Ameryki Północnej”… TU można przeczytać, jeśli chcecie dokładnie sprawdzić, cóż to takiego ;p;p no więc mamy kolejny obciach na swoim koncie, chociaż może nie ma co się przejmować, skoro Nicolas Sarkozy w swojej depeszy gratulacyjnej podobno zrobił błąd w imieniu nowego prezydenta ;p
    Natomiast żeby było zabawniej, to p. Piotr Kownacki, minister z Kancelarii Prezydenta, po telefonie, który nasz prezydent otrzymał od Obamy zaraz po jego wygranej, rozpowiedział całemu światu, że Obama potwierdził obietnicę o tarczy antyrakietowej… co okazało się być nieprawdą i lapsusem naszych tłumaczy, i co Amerykanie natychmiast zdementowali. A teraz biedny Obama pewnie pluje sobie w brodę za uczynienie tego eleganckiego gestu… ;p

    Update z serii: Pomarańcze i mandarynki. Nasz dom zamienia się w prawdziwe The Good Life: teraz robię z mamą na zimę konfitury z dyni i pomarańczy – właśnie obrałam 10 pomarańczy i teraz ręce mi tak cudownie pachną!

    W powieści szukam przede wszystkim w miarę wiernego obrazu życia i być może dlatego nie lubię z reguły książek typu fantasy. Wydaje mi się, że tam chodzi tylko o sam przebieg akcji, a chociaż lubię wciągające historie, to nie są one tym, czego przede wszystkim oczekuję od książki. Dlatego też zupełnie nie biorą mnie niestworzone historie w stylu Coelho – jego dwie albo trzy książki przeczytałam dawno temu i nie podobały mi się, mam z nich tylko jakieś niewyraźne wspomnienia o dziewczynie tańczącej nago w nocy w szpitalu psychiatrycznym, czy coś w tym stylu – chodzi mi o to, że ja w sumie nie wierzę, że coś takiego mogło się stać. Chociaż z drugiej strony jest to chyba raczej kwestia sposobu pisania niż samych opisywanych wydarzeń, bo np. Nick Hornby opisuje w swoich książkach naprawdę dziwne rzeczy, a jednak jakoś w nie wierzę. (Niezamierzone spotkanie czworga potencjalnych samobójców na dachu jednego budynku? facet, który posuwa swoją chęć zbawiania świata aż do manii?) Różnica pomiędzy Coelho a Hornbym polega chyba na tym, że u Hornby’ego to, co wynika z tych niestworzonych historii, wydaje mi się mieć szczerszy wydźwięk, niż w wypadku Coelho. Czyli, że czuję, że Hornby jest szczery w tym, co pisze, czego brakuje mi u Coelho. A najbardziej to lubię taką prozę w stylu Jane Austen, czyli książki, które to niby nic, a jednak – mało opisów, dużo dialogów i można z tego pić jak z krynicy wiedzy o człowieku (o proszę jakie ładne banalnie brzmiące zdanie ;D) Długie, szczegółowe opisy szczególnie mnie nie pociągają, bo chociaż staram się doceniać ich wartość literacką, to nie mam dużo wyobraźni plastycznej i nie potrafię sobie wyobrazić jakiegoś ślicznego widoku czy opisywanego człowieka. Co do ludzi, to najbardziej lubię, kiedy autor rzuci garstkę elementarnych wiadomości o bohaterze i ewentualnie szczególne cechy jego wyglądu, jeśli to ma być jakiś typ charakterystyczny, ale wszelkie dalsze informacje na nic mi się nie przydają, ponieważ niestety i tak nie umiem sobie tego wyobrazić, natomiast najlepiej przyswajam sobie ludzi poprzez dialogi i uwielbiam pisarzy, którzy „rozumieją” tę moją predylekcję. Do takich pisarzy należy Jane Austen, która miała fantastyczne ucho do dialogu, co najlepiej wychodzi, kiedy czyta się jej książki w oryginale.

    A piszę te wszystkie bzdurki, bo od dłuższego czasu próbuję rozgryźć, jaki jest clue moich sympatii i antypatii literackich (według klasyka [;D;p] Johna Graya to typowe dla kobiet - my dopiero w procesie wywnętrzniania się dochodzimy powoli do tego, co właściwie czujemy) a poza tym dlatego również, że niedawno wzięłam do ręki fantastyczną książkę, której autorem jest taki Pan, co nazywał się Henryk Mann, a tytuł jej to „W krainie pieczonych gołąbków”, i książka ta zalicza się właśnie do mojej ulubionej kategorii – dużo w niej życia i od razu widać, że facet był strasznie spostrzegawczy i wyczulony na te wszystkie niuanse i konwenanse rządzące berlińskim fin-de-sieclowym towarzystwem (już nie mówiąc o tym, że był dowcipny, co zawsze się liczy na plus). To jest taka kopalnia wiedzy o ludziach i czytając takie książki raz po raz dochodzę do wniosku, że czegoś takiego w życiu bym nie potrafiła napisać, i jak dużo potrzeba, żeby być dobrym pisarzem! I ciągle wydaje mi się, że dobry pisarz powinien być przede wszystkim spostrzegawczy i natchnienie czerpać nie z głowy, a z życia, bo człowiek to jest fascynująca kreatura:)

    Harolda Pintera (facet jest angielskim dramaturgiem i noblistą sprzed dwóch czy trzech lat, czy coś…) zapytano kiedyś, od czego zaczyna pisanie dramatu, i on odpowiedział coś takiego: „Wyobrażam sobie dwoje ludzi siedzących w jednym pokoju.” Clue: „wyobrażam”, nie „wymyślam”! Chyba jednym z ostatecznych celów sztuki jest dowiedzieć się czegoś, czyli prawdy, o człowieku, czyli o sobie.

    Za kolejny potok pseudointelektualnego bajdurzenia przeprasza po raz kolejny podpadnięta miłośnikom Paolo Coelho

    Jakoś ostatnio nie wiem, co pisać na tym moim blogu kochanym… Wpadają mi czasem do głowy tematy na notki, ale pomiędzy takimi momentami, a momentami kiedy wreszcie mam czas usiąść do kompa, mija czasu na tyle, żebym zdążyła zapomnieć, co też takiego strasznie ważnego chciałam tu napisać:)

    No w każdym razie, co to ja… Wieki temu poznałam takiego kolegę, który był wielkim fanem Kuby Wojewódzkiego oraz Eminema. (To było w szóstej klasie podstawówki.) Generalnie nieźle się dogadywaliśmy, ale była to raczej znajomość na zasadzie „kto się czubi, ten się lubi”. Między innymi uwielbialiśmy demonstracyjnie demonstrować swoją pogardę dla gustów drugiej strony. Tzn. często prowadziliśmy takie oto rozmowy:
    Kolega: Eminem rządzi.
    Ja: Mozart rządzi.
    Kolega: Eminem rządzi.
    Ja: Mozart rządzi.
    I tak aż do znudzenia.
    Albo:
    Kolega: Wojewódzki rządzi.
    Ja: Nie rządzi.
    Kolega: Rządzi.
    Ja: Nie rządzi.
    I takowoż aż do znudzenia.
    Jak widzicie, nie były one specjalnie kształcące:)

    Jak już zdążyliście się domyślić, w tym okresie byłam zdecydowaną przeciwniczką Kuby Wojewódzkiego oraz Eminema. ;p Czyli ogólnie rzecz biorąc szeroko pojętej kultury masowej. (To mi właściwie zostało, ale teraz już tak tego demonstracyjnie nie demonstruję, bo nie chcę zrażać do siebie ludzi :) Eminema dalej nie lubię, a właściwie ignoruję, i to skutecznie, bo zdaję się ostatnio mniej o nim słyszeć, chociaż nie wiem, czy to nie sprawa faktu, że jego sława zmalała ostatnio, czy coś w tym guście. (O ile Eminema ignoruje się dosyć łatwo, to niestety np. Dody już tak łatwo się nie da. Krew mię zalewa, kiedy słyszę na przykład choćby, że Doda dostaje 20 000 zł za udział w programie Gwiazdy tańczą na lodzie, bo jeśli na tym ma polegać misja telewizji publicznej… o tempora, o mores!:p) Natomiast całkowicie zmieniłam stosunek do Kuby Wojewódzkiego. Zaczęłam oglądać jego show (nie regularnie, ale też nie rzadko) i całkiem go polubiłam. Owszem, czasami zachowuje się trochę… głupio, ale nie można mu odmówić bystrości umysłu. No niektóre teksty ma po prostu zabójcze:D Kłopot w tym, że jak taki facet jak on prowadzi talk show, to i tak zdominuje cały program, i te wszystkie gwiazdy i gwiazdeczki, które do Kuby przychodzą, nieczęsto mają do powiedzenia coś bardziej interesującego/dowcipnego niż on. On jest po prostu taki „szybki i wściekły”, czy raczej „szybki i głośny”, i takiego to nie przegadasz. Przeważnie:) bo miesiąc temu przypadkiem włączyłam telewizor i na TVNie leciał właśnie Kuba Wojewódzki Show, przy czym ożywiłam się bardziej niż normalnie, bo na kanapie ujrzałam mojego ukochanego Artura Andrusa.

    Artur Andrus jest dla mnie aktualnie absolutnie miłościwie nam panującym numerem jeden na polskiej scenie kabaretowej. No dobra, przyznam się szczerze: totalnie nie orientuję się w tym, kto jest kim na polskiej scenie kabaretowej i zupełnie mnie ta scena nie interesuje; po prostu kiedy czasem trafiam na jakiś kabaret, to przeważnie moje pierwsze wrażenie jest: głośne i głupie. (Znam tylko trochę skeczy Ani Mru Mru, bo moja przyjaciółka – fanka urządzała mi maratony przed kompem, niektóre ich teksty mi się podobają, ale ogólnie nie rzuca mną o ścianę z podziwu. Lubię za to Starszych Panów:) już nie wspominając o fakcie, że w ogóle lubię starszych panów, z wzajemnością, co jest wdzięcznym tematem żartów wśród moich znajomych;p) Być może przez takie ostracy – eee – ostracystyczne – eee – ostracyzujące – eee – nieważne… być może przez MOJE podejście nie wiem o jakichś perełkach kabaretowych, które sobie gdzieś tam działają, ale jeśli Wy wiecie, to proszę bardzo o komentarze polecające:) natomiast jest jeden facet, którego dowcipy zawsze mnie śmieszą, i jest to właśnie Artur Andrus. Moja miłość do niego zaczęła się właściwie od zakupu płytki Grupy MoCarta, na której jest parodia piosenki Skaldów „Prześliczna wiolonczelistka” – nazywa się to „Paskudny wiolonczelista”, jest strasznie śmieszne, i tekst do tego napisał i wykonywa przy akompaniamencie Grupy MoCarta właśnie Artur Andrus. Potem jego nazwisko jeszcze parę razy obiło mi się o uszy, a regularnie zaczęłam go oglądać ponad rok temu, kiedy trafiłam na niego w Szkle Kontaktowym na TVN24. Ponad rok temu, pamiętacie może, w telewizji było strasznie wesoło, bo wtedy była jeszcze koalicja Pis – LPR – Samoobrona, potem się rozpadła, były też pamiętne konferencje ministra Ziobry i inne wesołe akcje, i niemal każdego dnia było coś śmiesznego do komentowania, z czego redaktorzy Szkła Kontaktowego robili doskonały użytek, i zapałałam sympatią do tego programu. No a komentarze Artura Andrusa zawsze podobały mi się najbardziej i po dziś dzień jest on moim ulubionym panem ze Szkła:D (ostatnio zasłyszany tekst: nie pamiętam już w związku z czym, było coś o sportach i padło hasło o uprawianiu Nordic walking. Na co Artur Andrus powiedział, że on też uprawia, taką odmianę tego sportu – Slavic sitting:D)

    No i wracając do tematu… (o ile to w ogóle ma jakiś temat:D) odcinek, w którym u Wojewódzkiego wystąpił Artur Andrus, był normalnie zabójczy i lepszego chyba nie oglądałam. Otóż Artur Andrus jako jedyny nie dał się Kubie przegadać, nie gadał banałów, za to gadał dużo śmiesznych rzeczy. Na przykład: Kuba się go pyta, czy ma żonę, a on odpowiada: „Własną – nie.”:) Jeśli akurat ktoś się bardzo zaciekawi, to można wejść o tu: O TU , tam jest trochę filmików z tego programu. Poczucie humoru Artura Andrusa idealnie trafia w mój gust i ponieważ absolutnie nie przeszkadza mi to, że, jak on sam twierdzi, jest pierdołą, ponieważ ja również czasami, albo nawet trochę częściej, daję ludziom podstawy do zaliczenia mnie do tego gatunku, bardzo chętnie wyszłabym za niego za mąż:D


    • RSS