kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy w kategorii: Bez kategorii

    Nie mam ostatnio zupełnie głowy do pisania notek, może dlatego, że w moim życiu dzieje się za dużo i nawet jeszcze nie zdążyłam sobie wszystkiego dobrze przemyśleć, już nie mówiąc o opisywaniu (między innymi dostałam się na studia, na Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warrrrszawie… z pierwszą punktacją wśród skrzypków! yay!:D). Niemniej jednak ostatnio w naszym pięknym kraju jest na rzeczy coś, co przewraca mi wątpia i burzy krew, a mianowicie afera wokół powstającej właśnie ustawy medialnej. (Tak jest, wiedzieliście, że jak w końcu wrócę, to znajdę sobie jakiś powód do narzekania, co nie?:D zresztą pewien mój kumpel zauważył słusznie, że jak w końcu o tym napiszę, zaraz zobaczycie o czym, to wpisze się to bardzo ładnie w tradycję kultywowana na tym blogu z powodzeniem, mianowicie tradycję zbawiania świata w pojedynkę…) A więc, do rzeczy!

    Otóż wszystko sprowadza się do problemu funkcjonowania mojej ulubionej stacji radiowej, Drugiego Programu Polskiego Radia. Ich sytuacja finansowa systematycznie się pogarszała przez ostatni okres czasu, aż doprowadzono do sytuacji, w której nie mają oni pieniędzy dosłownie na nic. Radiowa Dwójka była patronem licznych festiwali muzycznych, z jej budżetu finansowano symfoniczną orkiestrę (nota bene, orkiestrę na świetnym poziomie) i parę innych znakomitych zespołów, 2010 rok został ogłoszony rokiem Chopinowskim (dwusetna rocznica urodzin), a oni nie są w stanie w żaden sposób dołożyć się do tej imprezy na wielką skalę, bo nie mają nawet pieniędzy na robienie audycji! Z ramówki znika kilka ciekawych pozycji, a dziennikarskie honoraria zmniejszyły się drastycznie – za zgodą zespołu oczywiście. Dziennikarze sami muszą płacić sobie za delegacje, tym podobne absurdy możnaby chyba wypisywać a wypisywać, a w tym momencie, jeśli nasza nowo powstająca ustawa wejdzie w życie, ustawa, która zakłada likwidację abonamentu, wygląda na to, że jeśli czegoś nie zrobimy, Dwójka padnie na całej linii. (Piszę oczywiście z perspektywy zwolenniczki płacenia abonamentu ;p).

    Widzicie, to jest świetne radio, na bardzo wysokim poziomie, i wcale nie tylko dla fanatyków muzyki poważnej! (jak ja… ;D) Tak naprawdę każdy Polak i Polka, którzy nazywają się kulturalnymi ludźmi, mogą tam znaleźć coś dla siebie, oferta programowa Dwójki jest naprawdę bardzo zróżnicowana. Plus, to radio w ogóle nie nadaje reklam (więc odpada jedno źródło finansowania…), dzięki czemu nie wściekamy się, kiedy co 10 minut ciekawa audycja przerywana jest jakimś parszywym reklamowym jazgotem. Za granicą, np. w Wielkiej Brytanii, takie instytucje utrzymują się (i, z tego co się orientuję, mają się świetnie) dzięki temu, że obowiązek płacenia abonamentu jest bardzo ściśle przestrzegany. I dzięki temu mamy BBC Symphony Orchestra, mamy Proms (to są takie doroczne koncerty, strasznie fajne i ogólnie szpaniaste, na które zapraszane są największe gwiazdy muzyki klasycznej, których liczba, jak właśnie dowiedziałam się z nieocenionej Wikipedii, ciągle wzrasta i w tym roku osiągnie rekordowy wynik 100 koncertów w ciągu ośmiu tygodni - a u nas liczba festiwali maleje z jakże prozaicznego powodu braku funduszy dla Dwójki;]), i różne inne fajne rzeczy…

    Dlatego wszystkich serdecznie namawiam, żeby płacili abonament, bo to chyba najmniej, co w tej sytuacji możemy zrobić, a oprócz tego, jeśli wierzycie w słuszność sprawy, możecie napisać o tym u siebie! Mój blog pewnie nie zwiększy drastycznie rozgłosu tej sprawy (co też na pewno by pomogło), ale jeśli połączymy siły… :D

    Poniżej wklejam oświadczenie pracowników radiowej Dwójki, a dokładniej rzecz biorąc jego screenshot z Facebooka. (Jeśli ktoś ma profil na Facebooku, to może osobiście dopisać się do akcji, pod tym adresem:
    http://www.facebook.com/home.php#/event.php?eid=95055122682
    ).

    Kultura w zagrożeniu...

    …i chyba będzie rekordowo głupia, bo naszło mnie na rozważania z dziedziny damsko-męskiej. Zazwyczaj nie pisuję tu o moim życiu osobistym, czyli uczuciowym, bo wydaje mi się, że dla Was nie jest to jakieś super ciekawy temat - okej, no dobra, wydaje mi się raczej, że powinnam zmieniać świat poprzez pisanie tutaj non stop o tym, że trzeba segregować śmieci!;p ale czasami człowiek musi, inaczej się udusi, a więc…

    …ogólnie moje ostatnie przemyśliwania sprowadzają się do tego, że a) biorąc pod uwagę to, jak rzadko zdarza mi się w kimś zakochać, a nawet bodajże tylko, że tak to ładnie określę, zauroczyć, cierpię chyba na jakąś kliniczną znieczulicę, b) chyba w dzieciństwie naczytałam się za dużo bajek, bo teraz moja postawa jest zupełnie godna jakiejś królewny rodem z braci Grimm, która najpierw zadaje delikwentom zagadki, robi odsiew (ewentualnie paru po drodze pozbawiając głowy, jak Turandot z opery Pucciniego… no dobra, może nie aż tak, pomimo wszystko jestem raczej pokojowo nastawiona do większości ludzi ;p), a potem, jak już zostanie jeden, to królewna przepuszcza go przez magiel prób, zmieniając się w różne takie węże, ognie, a na końcu chowając się w chatce na kurzej łapce, a delikwent musi udowodnić, że jest królewny wart. Więcej: że jest od niej sprytniejszy, mądrzejszy, silniejszy, i w ogóle królewna nie ma innej opcji, tylko zostać jego żoną. Rozumiecie, o co mi chodzi? ;) mi chyba facet musi po prostu udowodnić, że nie mogę bez niego żyć, bo ja nie jestem w stanie sama się o tym przekonać, za bardzo sobie cenię swoją niezależność… macie dla mnie jakieś rady?;pp

    24 maja – UPDATE. Kult nazwiska?

    Ostatnio w necie natknęłam się na internetowy numer czasopisma wydawanego przez studentów dziennikarstwa UW. (Wszystko dzięki szafiarkom – był tam artykuł o tej silnej grupie pod wezwaniem, do której zresztą i ja się kwalifikuję i któraś przedsiębiorcza szafiarka wyśledziła to i zamieściła link do artykułu na forum.) Nie przeglądałam tego czasopisma zbyt dokładnie, ale mam wrażenie, że nic odkrywczego tam nie było, brak jakichś tekstów naprawdę na poziomie, a dosłownie zmartwiałam, kiedy zobaczyłam króciutką recenzję książki Makuszyńskiego „Makuszyński dla dorosłych”. Nigdy tego nie czytałam, ale dla Makuszyńskiego zawsze miałam najgorętsze uwielbienie, a tu czytam, czytam, a autor recenzji bluzga na Makuszyńskiego jadem! Ok, może to za dużo napisane, ale w każdym razie tonem znawcy stwierdza, że mamy do czynienia z „parodią nie najwyższych lotów”, „niczym ambitnym, albo rozrywkowym na poziomie bez żenady”, „opowiadaniami, które każdy mógłby napisać” – skoro recenzent taki mądry, to niechże spróbuje napisać coś takiego, jak Makuszyński! Czyżby Makuszyński recenzenta zażenował? Proszę Państwa…

    Widzicie, mam olbrzymią rewerencję dla nazwisk. Jeśli ktoś jest dla mnie – i nie tylko – autorytetem w dziedzinie literatury, tak jak Makuszyński, to będę bardziej szanować to, co on napisze, niż to, co napisze jakiś nieznany nikomu student. Ktoś może się obruszyć i stwierdzić, że to jest właściwie pewien rodzaj dyskryminacji: pewnie jest, ale może przekona Was to, co kiedyś znalazłam w książce Ludwika Jerzego Kerna, tego genialnego, dowcipnego człowieka, który kiedyś wziął paru swoich znajomych, zrobił z nimi naprawdę super ciekawe wywiady, a potem je zapisał, i tak powstały Pogaduszki, jedna z moich ukochanych książek, do której wracam bardzo często. Wywiad, o który mi chodzi, to był akurat wywiad z Marianem Eile, nieżyjącym już facetem, który przez prawie pół wieku redagował najlepsze pismo pod słońcem, czyli Przekrój (tzn najlepsze to ono było, póki on je redagował, teraz to już się nie wypowiadam :)), i Kern z Eilem rozmawiali właśnie o problemie nazwisk… obczajcie to (Eile wychodzi od „Wiadomości literackich”, w których pracował przed wojną):

    „Otóż największym zarzutem oponentów było, że „Wiadomości” szermują nazwiskami, że Grydzewski [red. naczelny tychże Wiadomości Literackich] jest snobem i drukuje tylko ludzi z nazwiskami. To w pewnym stopniu przejąłem ja, z tym, że te nazwiska staraliśmy się sami wypracować. W Przekroju debiutowała plejada autorów. On też robił nazwiska, ale równocześnie obracał się w kręgu nazwisk, których nie musiał lansować, bo były wylansowane, na czele z Żeromskim i Conradem. Dlaczego? Wcale nie ze snobizmu, tylko z głębokiego przekonania, które ja też żywię. Młodzi awangardowi autorkowie mówią, że nieważne jest nazwisko, że liczą się argumenty. Otóż nieprawda. Argumenty się nie liczą, jeśli nie są poparte nazwiskiem. Jeśli o kimś, że jest dobrym żołnierzem, powie pan Pipsztycki, to to nie znaczy nic. Ale jeśli to samo powie generał de Gaulle, to jest szalona różnica. Jeśli ktoś zrobi świetny przekład z francuskiego i stwierdza to jakaś tam Kociubińska, to zdanie to nie ma wielkiej wartości. Natomiast, jeśli by to powiedział Boy – Żeleński, o… to już jest zupełnie inne zdanie. Jeśli moja dozorczyni mówi, że najlepszy na grypę jest biseptol, to ja mogę mieć wątpliwości, ale jak to samo mówi profesor Kirchmayer, to ma to inną wagę.”

    I widzicie, zgadzam się z tym!;p dodajmy jeszcze do tego, że autor tej recenzji sili się na lekki, ironiczny dowcip w stylu Passenta czy in., ale wychodzi mu to nie za bardzo, właściwie to on tam w tej recenzji różne śmieszne rzeczy popisał, których chyba nie miał na myśli – no proszę bardzo, niech recenzent napisze takie opowiadanie, które według niego każdy mógłby napisać, zobaczymy, jak sobie poradzi! Albo mam dla niego inną, lepszą radę, niech najpierw popracuje nad stylem, bo w tej kwestii na razie raczkuje, a nie zaczyna od nieumiejętnego krytykowania ludzi, którzy styl mieli, i to jaki!

    Dla zainteresowanych, tutaj link do gazetki. Recenzja z Makuszyńskiego znajduje się na stronie 11.

    Ludzie, serdecznie podziwiam Was za cierpliwość! Ostatnio piszę tutaj tylko, jak coś mnie wkurzy, wskutek czego moje notki to chyba niekończący się jeden wielki bluzg na rzeczywistość… To może chyba dawać trochę zafałszowany obraz mojej osobowości, bo w gruncie rzeczy charakter mam taki, że ze wszystkiego zawsze jestem zadowolona (no okej, może jednak wyłączając te momenty, kiedy idę wyrzucać śmieci i przyglądam się tym wszystkim plastikowym butelkom w kontenerach na „zwykłe” śmieci… wiedzieliście, że to napiszę, prawda? ;pp). W ogóle przepraszam, że ostatnio nic tu nie piszę, a to głównie ze względu na wydarzenie, z którego byłam tak zadowolona, że ho ho i w ogóle!

    Mianowicie rozchodzi się o to, że jako osobie, która kończy w tym roku średnią szkołę muzyczną, zaproponowano mi udział w koncercie dyplomantów. To jest taki doroczny koncert organizowany przez Filharmonię Rzeszowską, na którym gra kilkoro uczniów (dyplomantów, czyli takich, co robią dyplom, czytaj: kończą szkołę) powybieranych z regionu, zazwyczaj z orkiestrą, i w ogóle jest to szpan, fun etc. Zresztą chyba już tutaj zdarzyło mi się opisywać takie koncerty, w których brałam udział w charakterze publiczności, więc może co wytrwalsi czytelnicy kojarzą, o czym piszę xD no ale wracając do meritum, że tak powiem… granie na tym koncercie, z orkiestrą, to była norrrmalnie jedna z najcudowniejszych chwil w moim życiu! Przed próbami dosłownie umierałam ze strachu, ale jak już w wieczór koncertu znalazłam się na scenie, to czułam się po prostu fantastycznie (prawie jak Maxim Vengerov! no tak, w tym wypadku „prawie” zdecydowanie robi wielką różnicę… :D). Pochwalę się Wam w sekrecie, że dostałam owację na stojąco, a po koncercie poczułam się jak prawdziwa gwiazda (;ppp), odbierając chyba przez pół godziny gratulacje od znajomych różnego kalibru (jeśli moi znajomi różnego kalibru przypadkiem to czytają, to dziękuję Wam jeszcze raz, moje kochane misie pysie!) – a to wszystko piszę dlatego, żeby a) usprawiedliwić się, b) żebyście raz w życiu mieli okazję poczytać o czymś miłym:D a teraz znikam dalej ćwiczyć, bo niedługo egzaminy na studia!

    Jest taka książka Nicka Hornby’ego, The Good Life, która opowiada o cudownej i zabawnej przemianie pewnego wściekłego na wszystko człowieka w takiego „dobrodziejka”. Ten człowiek przed w.w. przemianą zajmuje się głównie pisywaniem do lokalnej gazety artykułów do kolumny pod tytułem The Angriest Man in Holloway, czyli Najwścieklejszy człowiek w Holloway, i, jak się może już domyślacie, pisze tę kolumnę o tym, co go wkurza, a jest tego niemało… (wstawiłabym tu fajny cytat, mówiący, o czym właściwie, ale nie mogę znaleźć książki! :[)no w każdym razie, myślę, że ja, idąc tym tropem, mogłabym się sama tytułować The Angriest Woman in Łańcut, bo czasami tak mnie wszystko niemożebnie irytuje!

    Dzisiaj na przykład jest to SĄSIAD. Otóż rzeczony sąsiad mieszka chyba piętro wyżej ode mnie (po „drugiej stronie” klatki schodowej) i ma zwyczaj popalać sobie papierosy. Oczywiście od samego palenia nigdy nic się nikomu nie stało (hehe), już wyrosłam z tego bardzo comme il faut krytykowania palenia, ale kiedy ten sąsiad, popalając sobie papieroski, siedzi sobie w oknie, a niedopałki wyrzuca a) prosto w ogródek, który kiedyś z mamą pracowicie skopałam i zasadziłam, b) na dach klatki schodowej, co powoduje, że ów dach jest obficie upstrzony niedopałkami, które już prawie zaczynają się układać we wzorki, to norrrmalnie krew się we mnie gotuje!

    Czy naprawdę wrażliwość przeciętnego Polaka kończy się za drzwiami jego domu? naturalnie, że na swoją własną podłogę ten pan takiego niedopałka by nigdy nie rzucił. Dlaczego mamy takie podwójne standardy?

    PS hit dnia!

    Dzisiaj dostałyśmy kartkę z wielkanocnymi życzeniami świątecznymi od dalekich krewnych. Sęk w tym, że była zaadresowana do mojej ś.p. babci!!
    A pod życzeniami znalazł się dopisek: Prosimy bardzo o podanie adresu.

    PIEKŁO? NIEBO? CZYŚCIEC??? :))

    Ostatnio mam fascynującą lekturę – przy okazji robienia porządków w domu mama znalazła kilka starych zeszytów, które należały do mojej babci (czyli mamy mojej mamy). Moja babcia, która umarła ponad rok temu, miała strasznie trudny charakter, a na dodatek pod koniec życia jej mózg działał już chyba coraz gorzej, bo nabrała różnych niesamowicie irytujących zwyczajów, ale pomimo to czasem mam wyrzuty sumienia, kiedy przypominam sobie różne sytuacje, w których mogłam być dla niej milsza! Bądź co bądź, to była zupełnie niesamowita osoba…

    Chciałabym napisać tu o niej więcej, bo bardzo, bardzo ją cenię, szczególnie teraz, o ironio (czy tak zawsze nie jest?), ale właściwie to chyba po prostu przepiszę tu ten pamiętnik. Myślę, że byłoby jej bardzo miło, gdyby wiedziała, że ktoś jeszcze może to przeczytać, tam są opisane rzeczy, które powinny coś znaczyć nie tylko dla naszej rodziny, ale i dla każdego Polaka. Te zapiski nie są duże objętościowo, ale i tak chyba będę je przepisywać fragmentami. W każdym razie napiszę jeszcze na koniec, że lektura tego pamiętnika bardzo mnie wzruszyła i przy czytaniu niektórych fragmentów ryczałam jak bóbr, i to jeszcze w autobusie!

    Podziwiam ją bardzo, bardzo, jej siłę charakteru, jej wolę walki, pęd do nauki i do pracy – miała niesłychanie ciężkie życie, najeżone trudnościami, dorastała w czasie drugiej wojny, i już samo to mogło jej całkowicie zrujnować życie, a jakby jeszcze tego było mało, miała mało pieniędzy, jej rodziców nie stać było na posłanie jej do szkoły i musiała uczyć się sama, ile mogła (a była bardzo ambitna i całe życie potem przez to cierpiała), na dodatek bracia i siostry umierali jej jedno po drugim – przeżywała to bardzo ciężko, i tak się zmagała z życiem, tak się zmagała z życiem!

    Pierwszy fragment jej wspomnień można przeczytać TU.

    Jestem jedną z tych (naiwnych?) osób, które uważają, że jakby ludzie więcej przejmowali się sztuką, to świat byłby lepszy. Podam Wam przykład ze swojej własnej dziedziny: czy ktoś słyszał kiedy o muzyku – mordercy? Jedynym niechlubnym wyjątkiem od tej reguły jest niejaki Gesualdo da Venosa, włoski szlachcic – kompozytor, który żył w epoce renesansu, i w przypływie szału i zazdrości, gdy nakrył swoją żonę z kochankiem, dosłownie zatłukł ich na śmierć (jakąś drewnianą pałką), a dziecko śpiące w kołysce zakołysał (sic) na śmierć. Ale to naprawdę jedynym! Btw, polecam strasznie zabawną książkę Davida Barbera „Bach, Beethoven i inne chłopaki”, z której zaczerpnęłam ten drastyczny szczegół. W każdym razie, jestem wyznawczynią tego znanego poglądu, że muzyka łagodzi obyczaje. Niedawno, jadąc autobusem do Rzeszowa, zapędziłam się prawie na sam tył (rzeczonego autobusu). Za mną siedzieli dwaj młodzieńcy o wygolonej głowie, marsowym obliczu, odziani w dres i słuchający hip-hopu (a dokładnie tej znanej piosenki, w której jest coś tam, coś tam… „drina goni kolejny drin”). Puścili sobie ten song na cały regulator, a mi uszy więdły, głównie zresztą z powodu ilości przekleństw, jakie tam padają. (Zresztą w ogóle obczaiłam sobie teraz ten tekst i totalnie się załamałam, czy tak ma wyglądać dobry tekst piosenki!? ;p) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że jak zaraz tego nie wyłączą, to się wkurzę i im coś powiem (są ludzie, których wkurza, kiedy współpasażer prowadzi rozmowę telefoniczną w przedziale pociągu, to ja nie mam prawa wkurzyć się takim megagłośnym i chamskim kawałkiem muzyki? ;p) Ale zrobiło się cicho. Po chwili dresy zaczęły rozmawiać, i wtedy już zupełnie przestałam żałować, że nic im nie powiedziałam – opowiadali sobie coś o jakichś akcjach, w których wszyscy nawzajem się tłukli, kopali (i w których oni dwaj oczywiście brali intensywnie udział), jeden z nich mówił, jak to ledwo uciekł, zanim jakaś ekipa zdążyła go skopać, itp, itd. No i tak sobie wtedy pomyślałam, jeśli świat tych gości sprowadza się do, cytuję:

    „Drina goni drin
    Wyjebałeś cale cin cin
    Jesteś taki już najebany skurwysyn
    Widzisz napisy
    Poprzestawiane na tych ścianach
    Wyjebałeś kurwa alkoholowy napój o smaku banana
    A ona najebana
    Tańczyła na stole
    A my napierdoleni o zesz kurwa ja pierdole
    Taki melanż że mogłem polec
    Ale nie poległem
    I stamtąd nie zbiegłem”

    …to co tu się dziwić?

    Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem ani przeciwniczką hip-hopu w ogóle (chociaż jego fanką też nie:)), ani też nie jestem święta i nie mówię, że nie lubię sobie czasem poimprezować, ale jakoś uświadomiono mnie, że są jeszcze inne rzeczy w życiu! A taki gościu, od małego wychowywany w środowisku, w którym normalne jest, że co wieczór ktoś się najebie, przeleci jakąś laskę, skopie kogoś, wybije mu zęby, idzie potem w świat i myśli, że tak powinno być…

    Wydaje mi się, że w tym „zmienianiu świata” bardzo mogłoby pomóc wykształcenie i „ukulturalnienie”, ale po pierwsze, jak tu wykształcić całe masy? a po drugie, skoro nawet taki wykształcony, zdawałoby się, człowiek jak Kamil Durczok, jak się wkurzy, to nie potrafi złożyć sensownego zdania bez powtarzanych trzykrotnie ‚kurwa’ i ‚wyjebać’ albo takich innych, to co tu się dziwić…

    Motto na dziś: „Z chamstwem trzeba walczyć siłom i godnościom osobistom!” ;p

    … się zdarzają. Pisałam już o tym, że dzięki mojemu ticzerowi wkręciłam się do Filharmonii Rzeszowskiej na tzw. doangażowanego, nie? No więc wkręciłam się na tyle, że udało mi się grać na trzech koncertach z rzędu, czyli przez trzy tygodnie z rzędu. Wstawałam o szóstej, jechałam do Filharmonii ćwiczyć (nauczyć się takiego programu koncertowego to nie jest tak mało roboty, bo wszystkiego musiałam się uczyć zupełnie od nowa), oczywiście codziennie była próba (9-13), potem szłam na obiadek, a jak sobie odpoczęłam, to znowu zabierałam się do grania i czasem wychodziłam z filharmonii nawet koło 21 (a w domu byłam na 22). Było to poniekąd dosyć zabawne, ponieważ wszyscy portierzy myśleli, że ja się tam w tych filharmonicznych salach ćwiczeniowych zarzynam na śmierć od rana do nocy! Naturalnie, że musiałam grać dużo, no ale przecież nie bez przerw ]:-> No ale wracając do tematu: po jakimś czasie się wycwaniłam i zaczęłam zostawiać skrzypce na portierni, żeby nie musieć ich na darmo nosić do domu i z powrotem przynosić rano. No i pewnego pięknego dnia przyszłam do filharmonii, zaglądam na portiernię, a tu… moich skrzypiec NIE MA! Na dodatek tego dnia nie chciało mi się rano wstać i przyjechałam na próbę „na styk”. Rozumiecie, taki suspens! Chodzę naokoło, zaglądam we wszystkie kąty, portier szuka razem ze mną, i nic, a czas mija… w końcu pan portier, Herlock Sholmes, rozwiązał zagadkę i powiedział mi, że moje skrzypce najprawdopodobniej znajdują się w NOWEJ SARZYNIE (dla niezorientowanych, mniej więcej ponad godzinę drogi z Rzeszowa)…….

    Otóż sytuacja wyglądała tak: muzycy z Filharmonii jechali rano na tzw. audycje muzyczne do jakiejś szkoły w Nowej Sarzynie. Poprosili kierowcę, żeby zabrał z portierni instrumenty do samochodu – no to on zabrał… WŁĄCZNIE Z MOIM. To był rzeczywiście najbardziej idiotyczny zbieg okoliczności na świecie. No bo tak: ja mogłam być mądrzejsza i wziąć skrzypce ze sobą do domu, portier z nocnej zmiany powinien był uprzedzić tego „rannego”, że leżą na portierni moje skrzypce, kierowca mógł się zapytać, co dokładnie ma wziąć, zamiast hurmem brać wszystko… Później okazało się, że rzeczywiście miałam wyjątkowego pecha, bo a) audycje odbywają się przeważnie w Rzeszowie i w takim wypadku mogłabym swój instrument odzyskać w pięć minut, b) normalnie z muzykami jeździł inny kierowca, który wiedział, na jakich instrumentach ONI grają, i nie brałby, co popadnie. Bądź co bądź, sytuacja wyglądała nieciekawie, bo miałam chyba jakieś niecałe 20 minut do rozpoczęcia próby, a pan kierowca ogłosił swój przyjazd najwcześniej na 11! Nie mogłam po prostu przecież nie przyjść na próbę, co bym powiedziała? „Przepraszam, ale nie mogę dzisiaj brać udziału w próbie, bo moje skrzypce są w Nowej Sarzynie”? Na szczęście nie spanikowałam do reszty i zachowałam na tyle przytomności umysłu, żeby dorwać kumpelę i pożyczyć od niej skrzypce na czas próby… kiedy po południu odzyskałam swoje skrzypy, jeszcze nigdy w życiu ich tak nie kochałam!:D

    Jaki z tego morał? „Nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm”!:p

    …jesteście pierwszym oficerem na statku pełnym ludzi (ośmiuset pasażerów), który płynie na rejs po Pacyfiku. Którejś nocy podczas rejsu zauważacie cichy hałas, dla niewprawnego ucha niesłyszalny, ale dla was od razu jest jasne, że coś jest nie tak z mechaniką statku. Idziecie i sprawdzacie co, i po zejściu pod pokład stwierdzacie, że sytuacja jest tak niebezpieczna, że od zatonięcia statku dzielą was własciwie tylko MINUTY. Dajecie znać kapitanowi, nikt nie wie za bardzo, co ma robić. Konsylium zebrane naprędce z kapitana i dwóch mechaników dochodzi do wniosku, że jest za mało czasu (i za mało szalup), żeby organizować akcję ratunkową, skoro i tak wszyscy zaraz utoną, to nie ma co budzić ludzi i wywoływać paniki na statku… (makabryczne, co?) Kapitan jest tchórzem i natychmiast rzuca się sam do szalupy, żeby ratować własny tyłek. Pomagają mu w tym mechanicy. Wy stoicie jak skamieniali i zupełnie nie macie pojęcia, co zrobić. Miga wam w głowie tylko jedna myśl: Ośmiuset ludzi – sześć szalup… ośmiuset ludzi – sześć szalup… kątem oka śledzicie zmagania kapitana z łódką, która nie chce się oderwać z zamocowań – gdyby sytuacja nie była tak groźna, wyglądałoby to groteskowo. Krzyczą na was i proszą o pomoc, ale wy nie chcecie przykładać ręki do czegoś tak h a n i e b n e g o, jak zwiewanie kapitana z własnego okrętu. W końcu udaje się im „uruchomić” szalupę i wskakują do niej od razu. Jeden z mechaników zostaje jednak na statku, jakby nie zdążył wskoczyć do szalupy. Potykacie się o niego… i okazuje się, że nie żyje. Z dołu dochodzą do was krzyki: Skacz, idioto! Skacz, na co czekasz! I w końcu… nie wiecie sami, jak to się stało, ale… skaczecie. Prosto do szalupy. I żałujecie tego przez resztę życia.

    Na tym zasadza się akcja rewelacyjnej powieści Josepha Conrada „Lord Jim”. Opowiedziałam tu właściwie sam początek książki, więc mam nadzieję, że raczej Was zachęciłam, niż zniechęciłam, do lektury. (Sama zresztą tyle wiedziałam, kiedy zaczynałam to czytać.) Ten obłędny pisarz jest chyba niedoceniany, bardzo niesłusznie! Podziwiam go jeszcze bardziej za to, że chociaż był Polakiem, pisał po angielsku. Okej, to brzmi trochę bezsensownie, zresztą Nałkowska, chyba, nawet zrobiła mu z tego zarzut, bo ostatecznie to dosyć niepatriotyczne, ale pomyślcie: opanować obcy język do tego stopnia, żeby posługiwać się nim, jak swoim własnym, i na dodatek jeszcze tworzyć w nim taką sztukę? A podobno nawet Anglicy uważali go za świetnego stylistę!

    Tymczasem zrobiła się nam z powrotem zima i gryzę się w język, że kiedykolwiek chciałam, żeby była już wiosna. Na polu (tak, na polu! urodziłam się na wschodzie i nic tego nie zmieni!:D) jest cudowna, obłędna, najpiękniejsza na świecie zima. To aż przerażające, jak śliczna potrafi być przyroda!

    PS Aha! Moi kochani, bardzo dziękuję Wam za odzew! od razu mi lepiej!:D

    Piszę tę notkę, ponieważ w tym tygodniu jestem i będę strasznie zajęta i zmęczona:) (oczywiście! co się robi, kiedy nie można pozwolić sobie na tracenie czasu? pytanie retoryczne.) Podłapałam (dzięki swojemu nauczycielowi skrzypiec) drugi raz w życiu fuchę w rzeszowskiej orkiestrze i przedpołudnia spędzam na próbach, a popołudnia spędzam na ćwiczeniu tego, co mam grać, żeby nie odstawiać chały:) mniej więcej tak wygląda mój grafik, zaznaczę jeszcze, że kiedy kończy się o 13 próba, idę do najgorszego fast-fooda na świecie, McDonalda, coby się pokrzepić na ciele. Dzisiaj siedziałam tam, wcinając frytki (wyjątkowo nieprzesolone), i śledząc niusy migające na tym dużym telewizorze. W pewnym momencie wyłowiłam informację o tym, że planowane jest, zdaje się, wysłanie GROMu czy innych jakichś agentów do Pakistanu, żeby złapali tych talibańskich terrorystów, którzy przedwczoraj ucięli głowę polskiemu geologowi. I w tym momencie ten surrealizm życia, jak lubię to nazywać, uderzył mnie z całą mocą. Jak to jest!? Ja siedzę sobie w McDonaldzie i wcinam frytki, zadowolona, zdrowa, otoczona ludźmi, których to ani trochę nie rusza, że gdzieś na drugim końcu świata bestialsko mordują człowieka!

    Strasznie się tym przejęłam. To chyba gorsze, tak czekać na śmierć (i w końcu się doczekać), niż zginąć w walce, w jakiejś strzelaninie, czy nawet na wojnie? Chyba w chwili porwania ci dranie zabili na miejscu trzy osoby, tylko tego geologa porwali. I od września trzymali go tam w jakiejś ciemnej norze, w górach, grożąc mu śmiercią… zresztą, grożąc całemu światu jego śmiercią! Postawię wam tutaj to pytanie, które już chyba z tysiąc razy stawiano, czy naprawdę nie dało się nic zrobić? Wyobraźcie sobie, że jesteście na jego miejscu, jakie to musi być okropne! Jakie on miał okropne życie przez te ostatnie kilka miesięcy, i jak tragicznie zakończone!

    To naprawdę przechodzi moje pojęcie. Naturalnie w grę wchodzi tutaj wychowanie, talibańskie „pranie mózgów” etc., ale nie mogę uwierzyć w to, że człowiek może się tak podle zachowywać w stosunku do drugiego człowieka! Czy my naprawdę uważamy, że mamy prawo sądzić o tym, czy ktoś zasługuje na życie, czy nie? Czy my naprawdę uważamy, że mamy prawo komuś je odbierać? To przecież zwykła ludzka empatia, inteligencja emocjonalna, cokolwiek! Jak człowiek może być tak wyprany z emocji, żeby drugiemu uciąć głowę? Zresztą (może niesłusznie, nie wiem?) wydaje mi się, że nawet kara śmierci, nawet za najokropniejsze rzeczy, jakich można się dopuścić, to za dużo… dożywocie owszem, niech sobie taka gnida-morderca gnije w więzieniu przez resztę swoich dni i rozmyśla, niech go dręczą wyrzuty sumienia (w końcu prędzej czy później jakieś muszą się pojawić, co?), ale wydaje mi się, że nie my sami obdarzyliśmy się życiem i nie do nas należy je odbierać. (Morderca nie ma racji – ok, to strasznie brzmiący eufemizm mówić że ktoś nie ma racji, odbierając komuś życie, ale wiecie o co mi chodzi, nie? – a więc morderca nie ma racji, odbierając komuś życie, a my, my nie bądźmy tacy sami!)

    A na koniec po tym dramatycznym poście coś prozaicznego. Ciekawa jestem, ile właściwie osób wchodzi na tego bloga? Pomijając wejścia z wyszukiwarek na różne hasła, zastanawiałam się, ile osób regularnie (czy od czasu do czasu) go odwiedza. Naturalnie zaczęłam się zastanawiać, bo byłam sfrustrowana małą ilością komentarzy!;p (a tym bardziej po analizie tego, jak wypadają statystyki na moim drugim, szafiarskim blogu. Prowadzę go na WordPressie i tam na panelu administracyjnym są różne ciekawe statystyki, między innymi ile jest do tego bloga przekierowań i skąd. I wychodzi na to, że z TEGO, kajusowego bloga jest około dziesięciu przekierowań dziennie. Zakładam, że tylko część osób, która tu wchodzi, klika w link do szafiarskiego bloga, więc dodałam sobie w głowie jeszcze kilka wejść; po czym kilka odjęłam, bo część osób wchodzi tu przypadkowo i pewnie zaraz wychodzi, i z tego wszystkiego wyszło mi… no właśnie, nic mi nie wyszło i strasznie się zaplątałam!;p)

    Dlatego proszę wszystkich, którzy rzeczywiście od czasu do czasu bądź częściej tu zaglądają, o zostawienie komentarza! Z czystej babskiej ciekawości, ile Was będzie:) (mam nadzieję, że nie zrobicie mi psikusa i nie okaże się, że pod tą notką będzie malutko komentarzy, albo w ogóle ich nie będzie!;p)

    A na koniec tej (znowu, sorry!) przydługawej notki coś ślicznego do posłuchania (to gram teraz w orkiestrze:):
    http://www.youtube.com/watch?v=pyMHv5b2V_0

    Jak często słyszycie od kogoś, że kocha zwierzęta? Chyba w 90% przypadków za tym stwierdzeniem nie kryje się nic więcej, jak tylko to, że ten ktoś kocha swojego pieska lub kotka, ewentualnie chciałby go mieć, a nie ma. Albo jeździ na koniach, czy trzyma żółwia w terrarium. Czy to naprawdę ma coś wspólnego z miłością do zwierzątek? Kiedy byłam mała, urządzałam straszne histerie, błagając mamę, żeby kupiła mi pieska. Moja mama w tym jednym przypadku nigdy w życiu nie dała mi się przebłagać, bo od zawsze była przedstawicielką poglądu, że jakiekolwiek zwierzę w mieszkaniu w bloku to męczarnia i dla zwierzęcia, i dla właściciela. Jak trochę podrosłam, zrozumiałam jej punkt widzenia. Nie wierzę w to, że te wszystkie pieski i kotki trzymane na 60m2 są szczęśliwe! (no chyba że zakładamy, że ignorance is bliss ;p) A najbardziej irracjonalne jest to, że oczywiście takich przypadków, jak ja, jest cała masa, tylko że mamy nie zawsze są tak nieustępliwe, często spełniają życzenia swojej pociechy i przynoszą do domu zwierzątko. Przez pierwszy tydzień, no może miesiąc, zwierzątko jest hołubione przez malucha, a przez całą resztę życia zajmuje się nim mama czy tata. (Niedawno, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, to w dniach, kiedy lekcje zaczynałam o 7.10, w okolicach szóstej rano chodziłam na autobus i często pokpiwałam sobie w duchu z tych biednych właścicieli psów, którzy bez względu na porę, pogodę i temperaturę MUSIELI chodzić na spacer z pieskiem, żeby się wysikał… wyobraźcie sobie: szósta rano w grudniu, jeszcze jest ciemno, zimno jak cholera, na ulicy leży śnieg, na dodatek pada też, takie mokre coś o konsystencji pomiędzy deszczem a śniegiem, wieje wiatr, ja przedzieram się do autobusu i w ciągu dziesięciominutowego spaceru za każdym razem spotykam co najmniej czworo ludzi z pieskami… czysty masochizm!:) aha, no i czy tym pieskom nie jest zimno? jak ulicą idzie pan i prowadzi jamnika, to czy ten cieniutki, kusy sweterek na jamniku rzeczywiście robi mu jakąś różnicę?)

    To było tak tytułem wstępu, a teraz przechodzę do tego, co sprowokowało mnie do napisania tej notki. Otóż byl to widok ślicznych ptaszków:D (bez skojarzeń;p) na gałęzi jarzębiny rosnącej pod oknem mojego mieszkania. Moja mama przyszła i powiedziała do mnie: „Gile!” na co moim pierwszym skojarzeniem było „Gil Shaham” - taki skrzypek – ale zaraz się zorientowałam i poszłam z mamą podziwiać gile. Siedziało ich tam chyba ze cztery, jedna samiczka i jeszcze dwie sikoreczki z żółtymi brzuszkami – zupełnie tak jak na angielskiej kartce bożonarodzeniowej! Zastanawiałyśmy się, czy może nie dać im czegoś do jedzenia, ale gdybyśmy otworzyły okno, to zaraz byśmy je spłoszyły, bo to bliziutko, a poza tym o parę drzew nieopodal i tak siedziały wredne wrony, które tylko czyhają na jedzenie, więc gile w starciu z nimi nie miałyby szans. (Teraz, kiedy to piszę, moja mama właśnie przyszła z najświeższym niusem z okolicy, że wrony wystraszyły gile i teraz same siedzą pod oknem! No i jak tu lubić wrony, panie Młynarski?) Te ptaszki były naprawdę niesamowicie śliczne, czy można, ach, czy można przejść obok nich obojętnie?;p jak czyni to, o zgrozo, cała masa ludzi… Po prostu lubimy tylko takie zwierzątka jak pieski i kotki (a kotki to chyba i tak mniej), które da się oswoić, które się łaszą i trzyma się je w domu z miłym poczuciem, że należą tylko do nas… a takie śliczne ptaszki mamy głęboko gdzieś! (No chyba że trzymamy w klatce kanarka albo inną papugę, co jest również okrutne i bezsensowne.) Wiecie, że koszenie trawników jest bardzo złe, jesli chodzi o wróbelki? Bo one w tych trawnikach znajdują sobie nasionka i je wydziobują, natomiast gdy trawnik jest regularnie koszony, to nie ma na to szans! A wróbla populacja się zmniejsza z dnia na dzień… Natomiast hit zostawiam na koniec: podobno kiedyś w Warszawie pojawiło się stado orłów bielików… i nikt nie zauważył!!

    PS No czy to CUDO nie jest śliczne?:D

    Update: DIALOGI RODZINNE
    Mama, wkurzając się, że nic nie robię: Zaraz ci dam kosmicznego kopa!
    Ja: A co to, Star Wars?

    Mama, wkurzając się, że nic nie robię, tylko siedzę w mojej e-szafie, czyli szafiarskim blogu: Słyszysz, ile pracowała Bacewiczówna?
    Ja: Ale za to Kartezjusz leżał codziennie do dwunastej w łóżku!
    Mama: Ale przynajmniej coś wymyślał! (po chwili namysłu) a nikt wielki nie siedział w szafie!
    Ja: Tołstoj siedział!

    LOL:) Lew Tołstoj podobno naprawdę zamykał się w szafie i siedział tam, podsłuchując nastoletnie panienki, żeby wiedzieć, o czym pisać:D


    • RSS