kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2009

    Jestem jedną z tych (naiwnych?) osób, które uważają, że jakby ludzie więcej przejmowali się sztuką, to świat byłby lepszy. Podam Wam przykład ze swojej własnej dziedziny: czy ktoś słyszał kiedy o muzyku – mordercy? Jedynym niechlubnym wyjątkiem od tej reguły jest niejaki Gesualdo da Venosa, włoski szlachcic – kompozytor, który żył w epoce renesansu, i w przypływie szału i zazdrości, gdy nakrył swoją żonę z kochankiem, dosłownie zatłukł ich na śmierć (jakąś drewnianą pałką), a dziecko śpiące w kołysce zakołysał (sic) na śmierć. Ale to naprawdę jedynym! Btw, polecam strasznie zabawną książkę Davida Barbera „Bach, Beethoven i inne chłopaki”, z której zaczerpnęłam ten drastyczny szczegół. W każdym razie, jestem wyznawczynią tego znanego poglądu, że muzyka łagodzi obyczaje. Niedawno, jadąc autobusem do Rzeszowa, zapędziłam się prawie na sam tył (rzeczonego autobusu). Za mną siedzieli dwaj młodzieńcy o wygolonej głowie, marsowym obliczu, odziani w dres i słuchający hip-hopu (a dokładnie tej znanej piosenki, w której jest coś tam, coś tam… „drina goni kolejny drin”). Puścili sobie ten song na cały regulator, a mi uszy więdły, głównie zresztą z powodu ilości przekleństw, jakie tam padają. (Zresztą w ogóle obczaiłam sobie teraz ten tekst i totalnie się załamałam, czy tak ma wyglądać dobry tekst piosenki!? ;p) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że jak zaraz tego nie wyłączą, to się wkurzę i im coś powiem (są ludzie, których wkurza, kiedy współpasażer prowadzi rozmowę telefoniczną w przedziale pociągu, to ja nie mam prawa wkurzyć się takim megagłośnym i chamskim kawałkiem muzyki? ;p) Ale zrobiło się cicho. Po chwili dresy zaczęły rozmawiać, i wtedy już zupełnie przestałam żałować, że nic im nie powiedziałam – opowiadali sobie coś o jakichś akcjach, w których wszyscy nawzajem się tłukli, kopali (i w których oni dwaj oczywiście brali intensywnie udział), jeden z nich mówił, jak to ledwo uciekł, zanim jakaś ekipa zdążyła go skopać, itp, itd. No i tak sobie wtedy pomyślałam, jeśli świat tych gości sprowadza się do, cytuję:

    „Drina goni drin
    Wyjebałeś cale cin cin
    Jesteś taki już najebany skurwysyn
    Widzisz napisy
    Poprzestawiane na tych ścianach
    Wyjebałeś kurwa alkoholowy napój o smaku banana
    A ona najebana
    Tańczyła na stole
    A my napierdoleni o zesz kurwa ja pierdole
    Taki melanż że mogłem polec
    Ale nie poległem
    I stamtąd nie zbiegłem”

    …to co tu się dziwić?

    Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem ani przeciwniczką hip-hopu w ogóle (chociaż jego fanką też nie:)), ani też nie jestem święta i nie mówię, że nie lubię sobie czasem poimprezować, ale jakoś uświadomiono mnie, że są jeszcze inne rzeczy w życiu! A taki gościu, od małego wychowywany w środowisku, w którym normalne jest, że co wieczór ktoś się najebie, przeleci jakąś laskę, skopie kogoś, wybije mu zęby, idzie potem w świat i myśli, że tak powinno być…

    Wydaje mi się, że w tym „zmienianiu świata” bardzo mogłoby pomóc wykształcenie i „ukulturalnienie”, ale po pierwsze, jak tu wykształcić całe masy? a po drugie, skoro nawet taki wykształcony, zdawałoby się, człowiek jak Kamil Durczok, jak się wkurzy, to nie potrafi złożyć sensownego zdania bez powtarzanych trzykrotnie ‚kurwa’ i ‚wyjebać’ albo takich innych, to co tu się dziwić…

    Motto na dziś: „Z chamstwem trzeba walczyć siłom i godnościom osobistom!” ;p

    … się zdarzają. Pisałam już o tym, że dzięki mojemu ticzerowi wkręciłam się do Filharmonii Rzeszowskiej na tzw. doangażowanego, nie? No więc wkręciłam się na tyle, że udało mi się grać na trzech koncertach z rzędu, czyli przez trzy tygodnie z rzędu. Wstawałam o szóstej, jechałam do Filharmonii ćwiczyć (nauczyć się takiego programu koncertowego to nie jest tak mało roboty, bo wszystkiego musiałam się uczyć zupełnie od nowa), oczywiście codziennie była próba (9-13), potem szłam na obiadek, a jak sobie odpoczęłam, to znowu zabierałam się do grania i czasem wychodziłam z filharmonii nawet koło 21 (a w domu byłam na 22). Było to poniekąd dosyć zabawne, ponieważ wszyscy portierzy myśleli, że ja się tam w tych filharmonicznych salach ćwiczeniowych zarzynam na śmierć od rana do nocy! Naturalnie, że musiałam grać dużo, no ale przecież nie bez przerw ]:-> No ale wracając do tematu: po jakimś czasie się wycwaniłam i zaczęłam zostawiać skrzypce na portierni, żeby nie musieć ich na darmo nosić do domu i z powrotem przynosić rano. No i pewnego pięknego dnia przyszłam do filharmonii, zaglądam na portiernię, a tu… moich skrzypiec NIE MA! Na dodatek tego dnia nie chciało mi się rano wstać i przyjechałam na próbę „na styk”. Rozumiecie, taki suspens! Chodzę naokoło, zaglądam we wszystkie kąty, portier szuka razem ze mną, i nic, a czas mija… w końcu pan portier, Herlock Sholmes, rozwiązał zagadkę i powiedział mi, że moje skrzypce najprawdopodobniej znajdują się w NOWEJ SARZYNIE (dla niezorientowanych, mniej więcej ponad godzinę drogi z Rzeszowa)…….

    Otóż sytuacja wyglądała tak: muzycy z Filharmonii jechali rano na tzw. audycje muzyczne do jakiejś szkoły w Nowej Sarzynie. Poprosili kierowcę, żeby zabrał z portierni instrumenty do samochodu – no to on zabrał… WŁĄCZNIE Z MOIM. To był rzeczywiście najbardziej idiotyczny zbieg okoliczności na świecie. No bo tak: ja mogłam być mądrzejsza i wziąć skrzypce ze sobą do domu, portier z nocnej zmiany powinien był uprzedzić tego „rannego”, że leżą na portierni moje skrzypce, kierowca mógł się zapytać, co dokładnie ma wziąć, zamiast hurmem brać wszystko… Później okazało się, że rzeczywiście miałam wyjątkowego pecha, bo a) audycje odbywają się przeważnie w Rzeszowie i w takim wypadku mogłabym swój instrument odzyskać w pięć minut, b) normalnie z muzykami jeździł inny kierowca, który wiedział, na jakich instrumentach ONI grają, i nie brałby, co popadnie. Bądź co bądź, sytuacja wyglądała nieciekawie, bo miałam chyba jakieś niecałe 20 minut do rozpoczęcia próby, a pan kierowca ogłosił swój przyjazd najwcześniej na 11! Nie mogłam po prostu przecież nie przyjść na próbę, co bym powiedziała? „Przepraszam, ale nie mogę dzisiaj brać udziału w próbie, bo moje skrzypce są w Nowej Sarzynie”? Na szczęście nie spanikowałam do reszty i zachowałam na tyle przytomności umysłu, żeby dorwać kumpelę i pożyczyć od niej skrzypce na czas próby… kiedy po południu odzyskałam swoje skrzypy, jeszcze nigdy w życiu ich tak nie kochałam!:D

    Jaki z tego morał? „Nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm”!:p


    • RSS