Jak często słyszycie od kogoś, że kocha zwierzęta? Chyba w 90% przypadków za tym stwierdzeniem nie kryje się nic więcej, jak tylko to, że ten ktoś kocha swojego pieska lub kotka, ewentualnie chciałby go mieć, a nie ma. Albo jeździ na koniach, czy trzyma żółwia w terrarium. Czy to naprawdę ma coś wspólnego z miłością do zwierzątek? Kiedy byłam mała, urządzałam straszne histerie, błagając mamę, żeby kupiła mi pieska. Moja mama w tym jednym przypadku nigdy w życiu nie dała mi się przebłagać, bo od zawsze była przedstawicielką poglądu, że jakiekolwiek zwierzę w mieszkaniu w bloku to męczarnia i dla zwierzęcia, i dla właściciela. Jak trochę podrosłam, zrozumiałam jej punkt widzenia. Nie wierzę w to, że te wszystkie pieski i kotki trzymane na 60m2 są szczęśliwe! (no chyba że zakładamy, że ignorance is bliss ;p) A najbardziej irracjonalne jest to, że oczywiście takich przypadków, jak ja, jest cała masa, tylko że mamy nie zawsze są tak nieustępliwe, często spełniają życzenia swojej pociechy i przynoszą do domu zwierzątko. Przez pierwszy tydzień, no może miesiąc, zwierzątko jest hołubione przez malucha, a przez całą resztę życia zajmuje się nim mama czy tata. (Niedawno, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, to w dniach, kiedy lekcje zaczynałam o 7.10, w okolicach szóstej rano chodziłam na autobus i często pokpiwałam sobie w duchu z tych biednych właścicieli psów, którzy bez względu na porę, pogodę i temperaturę MUSIELI chodzić na spacer z pieskiem, żeby się wysikał… wyobraźcie sobie: szósta rano w grudniu, jeszcze jest ciemno, zimno jak cholera, na ulicy leży śnieg, na dodatek pada też, takie mokre coś o konsystencji pomiędzy deszczem a śniegiem, wieje wiatr, ja przedzieram się do autobusu i w ciągu dziesięciominutowego spaceru za każdym razem spotykam co najmniej czworo ludzi z pieskami… czysty masochizm!:) aha, no i czy tym pieskom nie jest zimno? jak ulicą idzie pan i prowadzi jamnika, to czy ten cieniutki, kusy sweterek na jamniku rzeczywiście robi mu jakąś różnicę?)

To było tak tytułem wstępu, a teraz przechodzę do tego, co sprowokowało mnie do napisania tej notki. Otóż byl to widok ślicznych ptaszków:D (bez skojarzeń;p) na gałęzi jarzębiny rosnącej pod oknem mojego mieszkania. Moja mama przyszła i powiedziała do mnie: „Gile!” na co moim pierwszym skojarzeniem było „Gil Shaham” - taki skrzypek – ale zaraz się zorientowałam i poszłam z mamą podziwiać gile. Siedziało ich tam chyba ze cztery, jedna samiczka i jeszcze dwie sikoreczki z żółtymi brzuszkami – zupełnie tak jak na angielskiej kartce bożonarodzeniowej! Zastanawiałyśmy się, czy może nie dać im czegoś do jedzenia, ale gdybyśmy otworzyły okno, to zaraz byśmy je spłoszyły, bo to bliziutko, a poza tym o parę drzew nieopodal i tak siedziały wredne wrony, które tylko czyhają na jedzenie, więc gile w starciu z nimi nie miałyby szans. (Teraz, kiedy to piszę, moja mama właśnie przyszła z najświeższym niusem z okolicy, że wrony wystraszyły gile i teraz same siedzą pod oknem! No i jak tu lubić wrony, panie Młynarski?) Te ptaszki były naprawdę niesamowicie śliczne, czy można, ach, czy można przejść obok nich obojętnie?;p jak czyni to, o zgrozo, cała masa ludzi… Po prostu lubimy tylko takie zwierzątka jak pieski i kotki (a kotki to chyba i tak mniej), które da się oswoić, które się łaszą i trzyma się je w domu z miłym poczuciem, że należą tylko do nas… a takie śliczne ptaszki mamy głęboko gdzieś! (No chyba że trzymamy w klatce kanarka albo inną papugę, co jest również okrutne i bezsensowne.) Wiecie, że koszenie trawników jest bardzo złe, jesli chodzi o wróbelki? Bo one w tych trawnikach znajdują sobie nasionka i je wydziobują, natomiast gdy trawnik jest regularnie koszony, to nie ma na to szans! A wróbla populacja się zmniejsza z dnia na dzień… Natomiast hit zostawiam na koniec: podobno kiedyś w Warszawie pojawiło się stado orłów bielików… i nikt nie zauważył!!

PS No czy to CUDO nie jest śliczne?:D

Update: DIALOGI RODZINNE
Mama, wkurzając się, że nic nie robię: Zaraz ci dam kosmicznego kopa!
Ja: A co to, Star Wars?

Mama, wkurzając się, że nic nie robię, tylko siedzę w mojej e-szafie, czyli szafiarskim blogu: Słyszysz, ile pracowała Bacewiczówna?
Ja: Ale za to Kartezjusz leżał codziennie do dwunastej w łóżku!
Mama: Ale przynajmniej coś wymyślał! (po chwili namysłu) a nikt wielki nie siedział w szafie!
Ja: Tołstoj siedział!

LOL:) Lew Tołstoj podobno naprawdę zamykał się w szafie i siedział tam, podsłuchując nastoletnie panienki, żeby wiedzieć, o czym pisać:D