kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2009

    …jesteście pierwszym oficerem na statku pełnym ludzi (ośmiuset pasażerów), który płynie na rejs po Pacyfiku. Którejś nocy podczas rejsu zauważacie cichy hałas, dla niewprawnego ucha niesłyszalny, ale dla was od razu jest jasne, że coś jest nie tak z mechaniką statku. Idziecie i sprawdzacie co, i po zejściu pod pokład stwierdzacie, że sytuacja jest tak niebezpieczna, że od zatonięcia statku dzielą was własciwie tylko MINUTY. Dajecie znać kapitanowi, nikt nie wie za bardzo, co ma robić. Konsylium zebrane naprędce z kapitana i dwóch mechaników dochodzi do wniosku, że jest za mało czasu (i za mało szalup), żeby organizować akcję ratunkową, skoro i tak wszyscy zaraz utoną, to nie ma co budzić ludzi i wywoływać paniki na statku… (makabryczne, co?) Kapitan jest tchórzem i natychmiast rzuca się sam do szalupy, żeby ratować własny tyłek. Pomagają mu w tym mechanicy. Wy stoicie jak skamieniali i zupełnie nie macie pojęcia, co zrobić. Miga wam w głowie tylko jedna myśl: Ośmiuset ludzi – sześć szalup… ośmiuset ludzi – sześć szalup… kątem oka śledzicie zmagania kapitana z łódką, która nie chce się oderwać z zamocowań – gdyby sytuacja nie była tak groźna, wyglądałoby to groteskowo. Krzyczą na was i proszą o pomoc, ale wy nie chcecie przykładać ręki do czegoś tak h a n i e b n e g o, jak zwiewanie kapitana z własnego okrętu. W końcu udaje się im „uruchomić” szalupę i wskakują do niej od razu. Jeden z mechaników zostaje jednak na statku, jakby nie zdążył wskoczyć do szalupy. Potykacie się o niego… i okazuje się, że nie żyje. Z dołu dochodzą do was krzyki: Skacz, idioto! Skacz, na co czekasz! I w końcu… nie wiecie sami, jak to się stało, ale… skaczecie. Prosto do szalupy. I żałujecie tego przez resztę życia.

    Na tym zasadza się akcja rewelacyjnej powieści Josepha Conrada „Lord Jim”. Opowiedziałam tu właściwie sam początek książki, więc mam nadzieję, że raczej Was zachęciłam, niż zniechęciłam, do lektury. (Sama zresztą tyle wiedziałam, kiedy zaczynałam to czytać.) Ten obłędny pisarz jest chyba niedoceniany, bardzo niesłusznie! Podziwiam go jeszcze bardziej za to, że chociaż był Polakiem, pisał po angielsku. Okej, to brzmi trochę bezsensownie, zresztą Nałkowska, chyba, nawet zrobiła mu z tego zarzut, bo ostatecznie to dosyć niepatriotyczne, ale pomyślcie: opanować obcy język do tego stopnia, żeby posługiwać się nim, jak swoim własnym, i na dodatek jeszcze tworzyć w nim taką sztukę? A podobno nawet Anglicy uważali go za świetnego stylistę!

    Tymczasem zrobiła się nam z powrotem zima i gryzę się w język, że kiedykolwiek chciałam, żeby była już wiosna. Na polu (tak, na polu! urodziłam się na wschodzie i nic tego nie zmieni!:D) jest cudowna, obłędna, najpiękniejsza na świecie zima. To aż przerażające, jak śliczna potrafi być przyroda!

    PS Aha! Moi kochani, bardzo dziękuję Wam za odzew! od razu mi lepiej!:D

    Piszę tę notkę, ponieważ w tym tygodniu jestem i będę strasznie zajęta i zmęczona:) (oczywiście! co się robi, kiedy nie można pozwolić sobie na tracenie czasu? pytanie retoryczne.) Podłapałam (dzięki swojemu nauczycielowi skrzypiec) drugi raz w życiu fuchę w rzeszowskiej orkiestrze i przedpołudnia spędzam na próbach, a popołudnia spędzam na ćwiczeniu tego, co mam grać, żeby nie odstawiać chały:) mniej więcej tak wygląda mój grafik, zaznaczę jeszcze, że kiedy kończy się o 13 próba, idę do najgorszego fast-fooda na świecie, McDonalda, coby się pokrzepić na ciele. Dzisiaj siedziałam tam, wcinając frytki (wyjątkowo nieprzesolone), i śledząc niusy migające na tym dużym telewizorze. W pewnym momencie wyłowiłam informację o tym, że planowane jest, zdaje się, wysłanie GROMu czy innych jakichś agentów do Pakistanu, żeby złapali tych talibańskich terrorystów, którzy przedwczoraj ucięli głowę polskiemu geologowi. I w tym momencie ten surrealizm życia, jak lubię to nazywać, uderzył mnie z całą mocą. Jak to jest!? Ja siedzę sobie w McDonaldzie i wcinam frytki, zadowolona, zdrowa, otoczona ludźmi, których to ani trochę nie rusza, że gdzieś na drugim końcu świata bestialsko mordują człowieka!

    Strasznie się tym przejęłam. To chyba gorsze, tak czekać na śmierć (i w końcu się doczekać), niż zginąć w walce, w jakiejś strzelaninie, czy nawet na wojnie? Chyba w chwili porwania ci dranie zabili na miejscu trzy osoby, tylko tego geologa porwali. I od września trzymali go tam w jakiejś ciemnej norze, w górach, grożąc mu śmiercią… zresztą, grożąc całemu światu jego śmiercią! Postawię wam tutaj to pytanie, które już chyba z tysiąc razy stawiano, czy naprawdę nie dało się nic zrobić? Wyobraźcie sobie, że jesteście na jego miejscu, jakie to musi być okropne! Jakie on miał okropne życie przez te ostatnie kilka miesięcy, i jak tragicznie zakończone!

    To naprawdę przechodzi moje pojęcie. Naturalnie w grę wchodzi tutaj wychowanie, talibańskie „pranie mózgów” etc., ale nie mogę uwierzyć w to, że człowiek może się tak podle zachowywać w stosunku do drugiego człowieka! Czy my naprawdę uważamy, że mamy prawo sądzić o tym, czy ktoś zasługuje na życie, czy nie? Czy my naprawdę uważamy, że mamy prawo komuś je odbierać? To przecież zwykła ludzka empatia, inteligencja emocjonalna, cokolwiek! Jak człowiek może być tak wyprany z emocji, żeby drugiemu uciąć głowę? Zresztą (może niesłusznie, nie wiem?) wydaje mi się, że nawet kara śmierci, nawet za najokropniejsze rzeczy, jakich można się dopuścić, to za dużo… dożywocie owszem, niech sobie taka gnida-morderca gnije w więzieniu przez resztę swoich dni i rozmyśla, niech go dręczą wyrzuty sumienia (w końcu prędzej czy później jakieś muszą się pojawić, co?), ale wydaje mi się, że nie my sami obdarzyliśmy się życiem i nie do nas należy je odbierać. (Morderca nie ma racji – ok, to strasznie brzmiący eufemizm mówić że ktoś nie ma racji, odbierając komuś życie, ale wiecie o co mi chodzi, nie? – a więc morderca nie ma racji, odbierając komuś życie, a my, my nie bądźmy tacy sami!)

    A na koniec po tym dramatycznym poście coś prozaicznego. Ciekawa jestem, ile właściwie osób wchodzi na tego bloga? Pomijając wejścia z wyszukiwarek na różne hasła, zastanawiałam się, ile osób regularnie (czy od czasu do czasu) go odwiedza. Naturalnie zaczęłam się zastanawiać, bo byłam sfrustrowana małą ilością komentarzy!;p (a tym bardziej po analizie tego, jak wypadają statystyki na moim drugim, szafiarskim blogu. Prowadzę go na WordPressie i tam na panelu administracyjnym są różne ciekawe statystyki, między innymi ile jest do tego bloga przekierowań i skąd. I wychodzi na to, że z TEGO, kajusowego bloga jest około dziesięciu przekierowań dziennie. Zakładam, że tylko część osób, która tu wchodzi, klika w link do szafiarskiego bloga, więc dodałam sobie w głowie jeszcze kilka wejść; po czym kilka odjęłam, bo część osób wchodzi tu przypadkowo i pewnie zaraz wychodzi, i z tego wszystkiego wyszło mi… no właśnie, nic mi nie wyszło i strasznie się zaplątałam!;p)

    Dlatego proszę wszystkich, którzy rzeczywiście od czasu do czasu bądź częściej tu zaglądają, o zostawienie komentarza! Z czystej babskiej ciekawości, ile Was będzie:) (mam nadzieję, że nie zrobicie mi psikusa i nie okaże się, że pod tą notką będzie malutko komentarzy, albo w ogóle ich nie będzie!;p)

    A na koniec tej (znowu, sorry!) przydługawej notki coś ślicznego do posłuchania (to gram teraz w orkiestrze:):
    http://www.youtube.com/watch?v=pyMHv5b2V_0

    Jak często słyszycie od kogoś, że kocha zwierzęta? Chyba w 90% przypadków za tym stwierdzeniem nie kryje się nic więcej, jak tylko to, że ten ktoś kocha swojego pieska lub kotka, ewentualnie chciałby go mieć, a nie ma. Albo jeździ na koniach, czy trzyma żółwia w terrarium. Czy to naprawdę ma coś wspólnego z miłością do zwierzątek? Kiedy byłam mała, urządzałam straszne histerie, błagając mamę, żeby kupiła mi pieska. Moja mama w tym jednym przypadku nigdy w życiu nie dała mi się przebłagać, bo od zawsze była przedstawicielką poglądu, że jakiekolwiek zwierzę w mieszkaniu w bloku to męczarnia i dla zwierzęcia, i dla właściciela. Jak trochę podrosłam, zrozumiałam jej punkt widzenia. Nie wierzę w to, że te wszystkie pieski i kotki trzymane na 60m2 są szczęśliwe! (no chyba że zakładamy, że ignorance is bliss ;p) A najbardziej irracjonalne jest to, że oczywiście takich przypadków, jak ja, jest cała masa, tylko że mamy nie zawsze są tak nieustępliwe, często spełniają życzenia swojej pociechy i przynoszą do domu zwierzątko. Przez pierwszy tydzień, no może miesiąc, zwierzątko jest hołubione przez malucha, a przez całą resztę życia zajmuje się nim mama czy tata. (Niedawno, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, to w dniach, kiedy lekcje zaczynałam o 7.10, w okolicach szóstej rano chodziłam na autobus i często pokpiwałam sobie w duchu z tych biednych właścicieli psów, którzy bez względu na porę, pogodę i temperaturę MUSIELI chodzić na spacer z pieskiem, żeby się wysikał… wyobraźcie sobie: szósta rano w grudniu, jeszcze jest ciemno, zimno jak cholera, na ulicy leży śnieg, na dodatek pada też, takie mokre coś o konsystencji pomiędzy deszczem a śniegiem, wieje wiatr, ja przedzieram się do autobusu i w ciągu dziesięciominutowego spaceru za każdym razem spotykam co najmniej czworo ludzi z pieskami… czysty masochizm!:) aha, no i czy tym pieskom nie jest zimno? jak ulicą idzie pan i prowadzi jamnika, to czy ten cieniutki, kusy sweterek na jamniku rzeczywiście robi mu jakąś różnicę?)

    To było tak tytułem wstępu, a teraz przechodzę do tego, co sprowokowało mnie do napisania tej notki. Otóż byl to widok ślicznych ptaszków:D (bez skojarzeń;p) na gałęzi jarzębiny rosnącej pod oknem mojego mieszkania. Moja mama przyszła i powiedziała do mnie: „Gile!” na co moim pierwszym skojarzeniem było „Gil Shaham” - taki skrzypek – ale zaraz się zorientowałam i poszłam z mamą podziwiać gile. Siedziało ich tam chyba ze cztery, jedna samiczka i jeszcze dwie sikoreczki z żółtymi brzuszkami – zupełnie tak jak na angielskiej kartce bożonarodzeniowej! Zastanawiałyśmy się, czy może nie dać im czegoś do jedzenia, ale gdybyśmy otworzyły okno, to zaraz byśmy je spłoszyły, bo to bliziutko, a poza tym o parę drzew nieopodal i tak siedziały wredne wrony, które tylko czyhają na jedzenie, więc gile w starciu z nimi nie miałyby szans. (Teraz, kiedy to piszę, moja mama właśnie przyszła z najświeższym niusem z okolicy, że wrony wystraszyły gile i teraz same siedzą pod oknem! No i jak tu lubić wrony, panie Młynarski?) Te ptaszki były naprawdę niesamowicie śliczne, czy można, ach, czy można przejść obok nich obojętnie?;p jak czyni to, o zgrozo, cała masa ludzi… Po prostu lubimy tylko takie zwierzątka jak pieski i kotki (a kotki to chyba i tak mniej), które da się oswoić, które się łaszą i trzyma się je w domu z miłym poczuciem, że należą tylko do nas… a takie śliczne ptaszki mamy głęboko gdzieś! (No chyba że trzymamy w klatce kanarka albo inną papugę, co jest również okrutne i bezsensowne.) Wiecie, że koszenie trawników jest bardzo złe, jesli chodzi o wróbelki? Bo one w tych trawnikach znajdują sobie nasionka i je wydziobują, natomiast gdy trawnik jest regularnie koszony, to nie ma na to szans! A wróbla populacja się zmniejsza z dnia na dzień… Natomiast hit zostawiam na koniec: podobno kiedyś w Warszawie pojawiło się stado orłów bielików… i nikt nie zauważył!!

    PS No czy to CUDO nie jest śliczne?:D

    Update: DIALOGI RODZINNE
    Mama, wkurzając się, że nic nie robię: Zaraz ci dam kosmicznego kopa!
    Ja: A co to, Star Wars?

    Mama, wkurzając się, że nic nie robię, tylko siedzę w mojej e-szafie, czyli szafiarskim blogu: Słyszysz, ile pracowała Bacewiczówna?
    Ja: Ale za to Kartezjusz leżał codziennie do dwunastej w łóżku!
    Mama: Ale przynajmniej coś wymyślał! (po chwili namysłu) a nikt wielki nie siedział w szafie!
    Ja: Tołstoj siedział!

    LOL:) Lew Tołstoj podobno naprawdę zamykał się w szafie i siedział tam, podsłuchując nastoletnie panienki, żeby wiedzieć, o czym pisać:D


    • RSS