A rozstać się będę musiała, bo wyjeżdżam sobie na kurs muzyczny. Co prawda tylko na dziesięć dni, więc pewnie nie zauważycie;) no ale pożegnać się wypada! Przez ostatni tydzień miałam w głowie całą masę tematów na notki, od dyskusji literackich przez Janusza Palikota do ekologii, ale wszystkie mi jakoś chwilowo powypadały z głowy, więc…

a jednak nie! coś sobie, na Wasze nieszczęście, przypomniałam. To znaczy na Wasze nieszczęście, bo znowu będę narzekać! (Właściwie chyba 3/4 notek na tym blogu moglabym otagować hasłem „narzekania”.) Denerwuje mnie mianowicie totalne i coraz bardziej dające mi się we znaki nieuświadomienie ekologiczne naszego społeczeństwa. Ostatnio przejawia się to między innymi tym, że z mojego blokowego śmietniska pozabierano co do jednego pojemniki służące segregacji śmieci (wszyściutkie kosze na plastik, szkło i makulaturę poszły się paść) i – co z tego, że u nas w domu skrupulatnie segreguje się śmieci, skoro nie ma ich potem gdzie wyrzucić! Naprawdę nie wiem, gdzie teraz będziemy wyrzucać to wszystko, a było tego trochę – naprawdę krew się we mnie burzy, kiedy mam wrzucić plastikową butelkę do zwykłego kosza – a na całym, słowo honoru, na całym moim osiedlu nie ma teraz ani jednego pojemnika na plastiki! No czy to jest naprawdę XXI wiek i kraj, który należy do Unii Europejskiej!? Gdzie ja mam wyrzucać te śmieci, może będzie trzeba jeździć z nimi do Warszawy? ;[

Ok, sfrustrowana Kaja przechodzi do punktu drugiego… od małego wychowana byłam w olbrzymim poszanowaniu dla drzewek, kwiateczków, robaczków itp. itd. Babcia powtarzała mi, że jak się łamie gałęzie, to drzewo to boli, potem podrosłam i czytałam wiersze Gałczyńskiego, który wołał „Kochajcie wróbelka, do jasnej cholery!”, już jako małe dziecko patrzyłam, jak mama wygania z domu osy zamiast rozwalać je kapciem i jak szkoda jej wypędzać pająki na dwór w zimie, żeby nie zamarzły (O mamo, czy ja właśnie napisałam „na dwór”? jako galicjanka powinnam pisać „na pole”… ;p). A btw, najlepszy numer był, jak z tatą sprzątałam jego stary, wiejski dom i zgarnęliśmy do odkurzacza chyba z 50 pająków, całe stado pająków, tych na cienkich nóżkach… a potem tata otworzył odkurzacz, wyjął tę torbę, co jest w środku, wyszedł na zewnątrz i wysypał pająki na trawę… :D żywe oczywiście:D ale to była taka mała dygresja, a cały mój ten wywód sprowadza się do tego, że bardzo cenię sobie ciche, spokojne i zielone otoczenie, i bardzo lubię mieć wokół domu drzewa. Naturalnie mieszkam w bloku i ktoś mógłby pomyśleć, że to dosyć wygórowane życzenie, ale do niedawna było z tym bardzo dobrze. Moje osiedle znajduje się na skraju miasta i mam z okna całkiem ładny widok na domki, ogródki i nawet zalesione wzgórze. Jest tu bardzo cicho, samochodów prawie w ogóle nie słychać, a w lecie budzi mnie śpiew ptaków! Przed naszym blokiem znajduje się trawnik i boisko, ten trawnik jest od strony naszej klatki, a na trawniku rosły trzy piękne, duże drzewa – wierzby płaczące, które cudownie zacieniały mi okno - no dobra, żeby nie było za poetycko, okno i tak mam normalnie zacienione, ale na te wierzby patrzyło się z okna bardzo przyjemnie! – już nie mówiąc o tym, ile myśmy się, dzieci z dworca Zoo… ee, to nie ta książka… ;p – dzieci z naszego bloku, ile myśmy się bawili pod tymi wierzbami! Ileż wspomnień!:D

No i co… no i pewnego pięknego marcowego dnia wracałam do domu z wyjazdu, a tu patrzę – a po dwóch wierzbach pozostała tylko dziura w ziemi. Zostawiono jedną, najmniejszą. A wszystko to po to, żeby przed blokiem zrobić parking dla samochodów, który nota bene jest podwójny, tzn. mieszczą się na nim dwa rzędy aut – tylko po cholerę, ja się pytam, skoro tyle aut nie może tam stać na raz, bo wtedy samochody z tylnego rzędu nie mają jak wyjechać? Bo parking jest równoległy do ulicy. Dwa równoległe do ulicy rzędy aut! Oczywiście niemożliwe. Ergo: połowa miejsca przeznaczonego na parking się marnuje. Ergo: jakby ci kretyni, którzy planowali ten parking (zazwyczaj nie używam mocnych słów, ale czasem ja też się denerwuję…) trochę pomyśleli, zanim zrobią, to tych dwóch wierzb wcale nie trzeba by było wycinać. A tak zamiast drzew mamy przed blokiem beton. Wrr! Już nie mówiąc o tym, że dla wprawy ostatnio powycinano wszystkie inne wierzby w okolicach mojego bloku. Na zero. Zawsze cieszyłam się z tego, że mieszkam na ślicznym, zielonym osiedlu, no i już się nie mam z czego cieszyć. Dzisiaj z kolei idę z mamą do miasta na zakupy, a rzadko to robię, bo odkąd poszłam do liceum do Rzeszowa, moje życie toczy się głównie tam;) – więc idę, patrzę, i coś mi jakoś inaczej niż zwykle wygląda, jakoś pustawo… naturalnie, bo wycięto trzy wielkie, stare platany, które rosły przy głównej ulicy! przy czym odsłonięto brzydką, brzydką kamienicę, tzn. budynek, który właściwie nie zasługuje na to miano, bo jest, czy ja to już mówiłam? brzydki. O ile w ogóle tam coś posadzą, będą to pewnie tak modne teraz mini kloniki z kopułką liści o średnicy metra, których w ogóle nie widać. Nie no, jakoś w Paryżu całe ulice obsadzone są platanami i nikt ich nie wycina! Czy to tylko Polacy są tacy głupi? Najwyraźniej… eeeeeech ;p

Być może jestem za bardzo nakręcona i za późno już jest, żebym za pomocą logicznego, wypunktowanego wywodu udowodniła swoje racje, to jest taki bluzg raczej, ale jest już prawie pierwsza w nocy, a ja jutro jadę na drugi koniec Polski! A więc trudno – i lecę się zbierać – do zobaczenia:)

PS Kuzynka mojej mamy ma śliczną, maleńką małą dziewczynkę. Ostatnio ta dziewczynka śniła się mamie… w śnie w pewnym momencie znalazła się w jakimś wielkim garze, po czym zrobił się z niej pieróg, a mama zastanawiała się, z czym go podać… *LOL*