kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2008

    Tytuł „świątecznej” notki powtarza się na moim blogu chyba co roku, ale może mi to wybaczycie?:D w każdym razie ostatnia notka coś nie ma wzięcia, nie wiem, czy ze względu na tematykę, czy rozmiar;) więc czas ruszyć tyłek i złożyć moim ulubionym Czytelnikom życzenia świąteczne! (aha, i dziękuję za poparcie w sprawie Marii Peszek, poczułam się zdecydowanie lepiej:D)

    Czego by tu Wam życzyć? Może np. żeby Prezydent i Premier się zreflektowali i zaczęli prowadzić rozsądną politykę zamiast dawania sobie nawzajem prztyczków w nos, może żeby w trybie natychmiastowym zażegnano światowy kryzys finansowy, a może żeby walka z globalnym ociepleniem przyniosła w końcu jakieś skutki (chociaż nie wiadomo w końcu, czy grozi nam ocieplenie, czy ochłodzenie, więc może to za ryzykowne życzenie), może żeby kultura masowa nagle przestała być masowa, a może żeby nauczyciele w Polsce dostali podwyżki (ergo: żeby zawód nauczyciela stał się elitarny i tym sposobem nagle podniosłaby się drastycznie jakość edukacji), może żeby w sklepach zamiast masy drogich ciuchów, która się nikomu nie podoba, pojawiła się masa tanich i dobrej jakości ciuchów, które są naprawdę ładne (to tak dla dziewczyn), a może żeby –

    ojej… myślę o odpowiednich życzeniach dla chłopców i nasunęła mi się na myśl kolejna sprawa, która mnie denerwuje. Mianowicie już chyba od miesiąca na drodze do szkoły muzycznej codziennie mijam wielki plakat, reklamujący najnowszą książkę… Roberta Kubicy. Okej, doceniamy jego zasługi na polu motoryzacyjnym, Formuła 1 i tak dalej, ale nikt mi nie wmówi, że on potrafi pisać! Tymczasem ta jego „książka”, napisana, jak znam życie, w połowie przez jego managera albo kogoś w tym stylu, sprzeda się pewnie w ogromnej ilości egzemplarzy, Kubica zarobi na tym masę kasy, a inne, naprawdę ciekawe i mądre rzeczy będą leżeć miesiącami w księgarniach, jak leżały. A więc czego Wam, chłopcy, życzyć?:D …

    no dobra… ponieważ i tak zawsze najważniejszy jest dla nas własny żołądek:D, życzę Wam, aby wszystkie ciasta pieczone na Święta Wam się udały, żebyście dostali fajne prezenty, ale takie naprawdę fajne, a nie takie, które od razu odkłada się do szafy, aby tam sobie przez lata wegetowały w samotności, a przede wszystkim żebyście spędzili te święta w miłym, kochanym (np. przez siebie) towarzystwie! A sobie życzę, aby ktoś jeszcze czasem wszedł na tego bloga i coś niecoś skomentował:D

    PS Jeśli ktoś czuje się osłabiony umysłowo (tak jak np. ja), polecam lekturę K.I. Gałczyńskiego, który TUTAJ wyczerpująco i z dużą fachową wiedzą opisuje propozycje „Rozrywek świątecznych dla osłabionych umysłowo” :)

    (Nacisk kładę na słowo „dużych”, nie „dzieci” ;p) Kiedyś kupowało się u nas regularnie Przekrój, ale Przekrój się popsuł i przerzucono się wtedy na Politykę. Po jakimś czasie sterta przeczytanych Polityk tak nam narosła, że postanowiłyśmy z mamą tymczasowo spasować i już chyba od roku nie kupujemy regularnie w ogóle żadnych gazet. Postanowiłam więc nadrobić kulturalne oraz polityczne zaległości i niedawno kupiłam sobie najnowszy numer Polityki. I trochę się zawiodłam. Czy to możliwe, żeby Polityka się popsuła również? Ogólnie niby wszystko to samo, ale zniechęciły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, Kuba Wojewódzki, którego wcześniej tam nie było, ma teraz swoją rubrykę „Mea Pulpa” (swoją drogą tytuł śmieszny, co?) i jest to „kronika popkulturalna”. Po pierwsze, sama wcześniej pisałam o tym, że lubię Kubę Wojewódzkiego, ale Wojewódzki i Polityka? Dla mnie „Polityka” to jest wciąż gazeta taka o „poważna”, z miejscem na poczucie humoru typu, powiedzmy, Daniela Passenta, do którego Wojewódzki mi kompletnie nie pasuje. No dobra, drukuje tam też Mleczko, który jest już bardziej „posunięty” w stronę Wojewódzkiego, ale – i tu jest moje drugie ale – o czym ten Wojewódzki pisze, otóż on pisze mniej więcej o tym, o czym możemy poczytać sobie na Pudelku (tylko naturalnie nie w takim stylu). Po cholerę taka tematyka w Polityce? Zresztą nie ma w tej „Mea Pulpie” nic odkrywczego ani super świeżego, co by usprawiedliwiało obecność takiej rubryki w takiej gazecie, to wszystko jest pisane w ogranych już formułkach i nic a nic mnie to nie interesuje. Najbardziej chodzi mi o to, że człowiek czasem ma dość tych wszystkich Dodów i Edyt Herbuś, a tu one, okazuje się, czyhają na niego już i w czasopiśmie, w którym zupełnie nie spodziewał się ich znaleźć…

    Drugi mój zawód związany z Polityką jest taki, że najwyraźniej jestem jedyną osobą w tym państwie, która nie przepada za Marią Peszek. Z jej pierwszej płyty nawet spodobała mi się jedna piosenka, na tyle, żebym słuchała jej na okrągło przez parę dni, po czym mi się całkiem znudziła. Natomiast jej ostatnia płyta, która chyba wyszła parę miesięcy temu (?), przysporzyła jej strasznej popularności, bo teksty piosenek są głownie erotyczne i to dosyć ostro, i uważa się to wszystko za, cytuję za Polityką, „rzecz ze wszech miar wybitną, wyznaczającą nowe szlaki w muzyce i w tekstach”. Nominowano Marię Peszek do Paszportów Polityki i ogólnie wszyscy uważają ją za wielką artystkę. A ja… nie słuchałam tej płyty, ale po pary cytatach z tekstów piosenek chyba mi wystarczy. Nie podobają mi się one okrutnie, i wydaje mi się, że jeśli już ktoś musi pisać o seksie („czasami człowiek musi, inaczej się udusi”… ;p;p), to można to robić o wiele ładniej. No bo jeśli czytamy tak jak o tu, a potem porównamy to sobie o z choćby tym czy którymkolwiek erotykiem Leśmiana… to porównanie zdecydowanie nie wypada na korzyść Marii Peszek:) oczywiście nie wymagam od ludzi, żeby pisali tylko i wyłącznie tak jak Leśmian, ale teksty Marii Peszek, pełne „wzwodów’, „hujów” i tym podobnych, no po prostu mnie rażą.

    Cytat z bloga: „Część naszego zakłamanego społeczeństwa wprost wyłazi ze skóry, żeby opluć tę sympatyczną pannę jadem nienawiści. Peszek jest dla nich wulgarną, hołdującą prymitywnym instynktom grafomanką, epatującą tandetnymi rymami częstochowskimi pseudoartystką. Z tego powodu ta recenzja ukazuje się tak późno po premierze – musiałem oderwać się od tego szamba zapiekłej polskiej nienawiści, aby znów móc cieszyć się tą płytą. Która nie jest wulgarna, nie ma też nic wspólnego z pornografią czy obscenicznością. Śmieszy mnie oburzenie osób, którym przez usta nie przejdą takie słowa jak „siusiak” czy „cipka” (wymawiane z czułością), za to nie mają problemu z posługiwaniem się na co dzień słowami w rodzaju „kurwa”, „pizda”, „chuj”. Oto wspaniała polska podwójna moralność.” Hmm… mnie peszy i „kurwa”, i „cipka” :) Ale no dajcież spokój, jak te teksty mogą uchodzić za Sztukę, to ja nie wiem… jak dla mnie, to do grafomanii temu blisko;p naturalnie ja również jestem dość pruderyjna pod pewnymi względami i te teksty nie przypadły mi do serca również z tego powodu. Mogę sobie czytać taką Bridget Jones, w której słowo „seks” występuje z kosmiczną częstotliwością, a główna bohaterka wciąż ma ochotę się przespać z Danielem Cleaverem albo innym Markiem Darcym i nic a nic mnie to nie razi – bo Fielding nie wdaje się w szczegóły ;p

    Innym czasopismem, które ostatnio kupuję, jest Bluszcz, który wychodzi dopiero od trzech miesięcy (i, jako że jest to miesięcznik, obecny numer jest trzeci:p). Fajnie fajnie, czasopismo z aspiracjami, zamiast 150 stron obrazków ładnie poubieranych pań mamy same teksty literackie, opowiadania, wspomnienia itp. Tylko że niestety w praktyce wychodzi to trochę mniej ambitnie, bo Bluszcz promuje takie gwiazdy, jak nasz stary znajomy Janusz L. Wiśniewski, jak Jonathan Carroll (nie czytałam nic a nic jego książek i po przeczytaniu jego opowiadania wydrukowanego w Bluszczu doszłam do wniosku, że wcale nie mam na to ochoty;p), jak Paolo Coelho, oprócz tego zamieszcza masę opowiadań, które wartości literackiej nie mają zuupełnie żadnej. (Nie chcę, broń Boże, zostać jakimś self-proclaimed krytykiem literackim, ale niektóre z tych opowiadań to ja bym chyba potrafiła napisać lepiej, chociaż pisarka ze mnie żadna.) W każdym razie nie zniechęciło mnie to jeszcze i ciągle liczę na jakieś literackie objawienie. Napaliłam się całkiem na Ludzi z Innhaug skandynawskiej pisarki Anne Karin Elstad, to jest jedna z powieści drukowanych w Bluszczu po kawałku. Spodobał mi się jej styl pisania, taki po skandynawsku oszczędny, a przy tym byłam ciekawa, co też tam się może stać, bo to jakaś Norwegia, góry, pasterze, wieś, wydawało mi się, że jakieś fajne klimaty, i przeczytałam pierwsze dwa odcinki z przyjemnością, natomiast trzeci był już dla mnie stracony, z powodu opisu aktu seksualnego, do którego doszło pomiędzy młodą pasterką Oline a przybyłym do Norwegii szkockim bodajże pastorem Peterem Hamiltonem. No proszę Was: „On pieści ją delikatnie i tak długo, aż Oline zaczyna drżeć z podniecenia. ‚Chcę teraz, Peter, teraz!’ ‚Będę bardzo ostrożny, moja mała.’ Potem wchodzi w nią. Oline przyjmuje go z jękiem. ‚Nie boli cię?’ pyta mężczyzna niespokojnie. ‚Nie, nie myśl o tym’.” Aaaa… nie dość, że – poważnie – aż się wstydzę, jak czytam takie rzeczy, to jeszcze jest to wszystko opisane w jakiś zupełnie infantylny sposób. I znowu tak się fajnie zaczęło, a wszystko sprowadziło się do łóżka… ;p 

    czyli krótka notka objaśniająca. Wydaje mi się, że duża część osób odwiedzających tego bloga myśli, że „kajus” w nazwie kajus.blog.pl oznacza „kajuś”, tylko pisane z konieczności bez polskich liter. Otóż nie! Jest to jak najbardziej zwykły „kajus”. Oo taki:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Kajus
     . Nick wziął się stąd, że w gimnazjum moje psiapsiółki mówiły na mnie „kajetan”:) Następuje logiczne wytłumaczenie: kiedy w gimnazjum zakładałam tego bloga, wierna swojej ksywie „Kajetan I Wielki” chciałam mieć adres kajetan.blog.pl, ale taki był już zajęty. Ponieważ „kajetan” mi się bardzo podobał i chciałam, żeby adres bloga zawierał nick taki właśnie, albo podobny, a nie chciałam mieć w adresie żadnych cyferek ani innych kropek czy kresek, wybrałam drugą wersję męskiej odmiany mojego imienia, czyli właśnie „kajus”, i właściwie teraz się z tego cieszę, bo o ile „kajus” mi się dalej podoba, to „kajetan” już nie. Rzekłszy to, dodam jeszcze, że absolutnie nie mam nic przeciwko, kiedy ludzie mówią na mnie „kajuś”, raczej to lubię:) ale adres bloga nawiązuje raczej do starożytnej rzymskiej tradycji oraz cesarzów etc. i ślicznego, wzruszającego hasełka „Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja”, które na tym blogu nabiera nowego znaczenia, a po przeczytaniu tej notki – mam nadzieję, że czytelnicy nie posądzą mnie ani o transseksualizm, ani o rozdwojenie jaźni xD (jeśli kto nie rozumie moich skrótów myślowych, proszę się nie przejmować, bo to same głupoty!)

    PS Strasznie nie lubię Grzegorza Miecugowa! Ile razy oglądam Szkło Kontaktowe z nim (co ostatnio i tak nie zdarza się często), i ile razy jego partner powie coś dowcipnego, to on nigdy, NIGDY nie pochwyci dowcipu, tylko od razu wróci do tego, co sam miał do powiedzenia, nawet jeśli to jest jakaś idiotyczna i zupełnie nieinteresująca refleksja na temat jego czasów studenckich, która nikogo (no dobra, mnie) nie obchodzi.


    • RSS