kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2008

    W powieści szukam przede wszystkim w miarę wiernego obrazu życia i być może dlatego nie lubię z reguły książek typu fantasy. Wydaje mi się, że tam chodzi tylko o sam przebieg akcji, a chociaż lubię wciągające historie, to nie są one tym, czego przede wszystkim oczekuję od książki. Dlatego też zupełnie nie biorą mnie niestworzone historie w stylu Coelho – jego dwie albo trzy książki przeczytałam dawno temu i nie podobały mi się, mam z nich tylko jakieś niewyraźne wspomnienia o dziewczynie tańczącej nago w nocy w szpitalu psychiatrycznym, czy coś w tym stylu – chodzi mi o to, że ja w sumie nie wierzę, że coś takiego mogło się stać. Chociaż z drugiej strony jest to chyba raczej kwestia sposobu pisania niż samych opisywanych wydarzeń, bo np. Nick Hornby opisuje w swoich książkach naprawdę dziwne rzeczy, a jednak jakoś w nie wierzę. (Niezamierzone spotkanie czworga potencjalnych samobójców na dachu jednego budynku? facet, który posuwa swoją chęć zbawiania świata aż do manii?) Różnica pomiędzy Coelho a Hornbym polega chyba na tym, że u Hornby’ego to, co wynika z tych niestworzonych historii, wydaje mi się mieć szczerszy wydźwięk, niż w wypadku Coelho. Czyli, że czuję, że Hornby jest szczery w tym, co pisze, czego brakuje mi u Coelho. A najbardziej to lubię taką prozę w stylu Jane Austen, czyli książki, które to niby nic, a jednak – mało opisów, dużo dialogów i można z tego pić jak z krynicy wiedzy o człowieku (o proszę jakie ładne banalnie brzmiące zdanie ;D) Długie, szczegółowe opisy szczególnie mnie nie pociągają, bo chociaż staram się doceniać ich wartość literacką, to nie mam dużo wyobraźni plastycznej i nie potrafię sobie wyobrazić jakiegoś ślicznego widoku czy opisywanego człowieka. Co do ludzi, to najbardziej lubię, kiedy autor rzuci garstkę elementarnych wiadomości o bohaterze i ewentualnie szczególne cechy jego wyglądu, jeśli to ma być jakiś typ charakterystyczny, ale wszelkie dalsze informacje na nic mi się nie przydają, ponieważ niestety i tak nie umiem sobie tego wyobrazić, natomiast najlepiej przyswajam sobie ludzi poprzez dialogi i uwielbiam pisarzy, którzy „rozumieją” tę moją predylekcję. Do takich pisarzy należy Jane Austen, która miała fantastyczne ucho do dialogu, co najlepiej wychodzi, kiedy czyta się jej książki w oryginale.

    A piszę te wszystkie bzdurki, bo od dłuższego czasu próbuję rozgryźć, jaki jest clue moich sympatii i antypatii literackich (według klasyka [;D;p] Johna Graya to typowe dla kobiet - my dopiero w procesie wywnętrzniania się dochodzimy powoli do tego, co właściwie czujemy) a poza tym dlatego również, że niedawno wzięłam do ręki fantastyczną książkę, której autorem jest taki Pan, co nazywał się Henryk Mann, a tytuł jej to „W krainie pieczonych gołąbków”, i książka ta zalicza się właśnie do mojej ulubionej kategorii – dużo w niej życia i od razu widać, że facet był strasznie spostrzegawczy i wyczulony na te wszystkie niuanse i konwenanse rządzące berlińskim fin-de-sieclowym towarzystwem (już nie mówiąc o tym, że był dowcipny, co zawsze się liczy na plus). To jest taka kopalnia wiedzy o ludziach i czytając takie książki raz po raz dochodzę do wniosku, że czegoś takiego w życiu bym nie potrafiła napisać, i jak dużo potrzeba, żeby być dobrym pisarzem! I ciągle wydaje mi się, że dobry pisarz powinien być przede wszystkim spostrzegawczy i natchnienie czerpać nie z głowy, a z życia, bo człowiek to jest fascynująca kreatura:)

    Harolda Pintera (facet jest angielskim dramaturgiem i noblistą sprzed dwóch czy trzech lat, czy coś…) zapytano kiedyś, od czego zaczyna pisanie dramatu, i on odpowiedział coś takiego: „Wyobrażam sobie dwoje ludzi siedzących w jednym pokoju.” Clue: „wyobrażam”, nie „wymyślam”! Chyba jednym z ostatecznych celów sztuki jest dowiedzieć się czegoś, czyli prawdy, o człowieku, czyli o sobie.

    Za kolejny potok pseudointelektualnego bajdurzenia przeprasza po raz kolejny podpadnięta miłośnikom Paolo Coelho

    Jakoś ostatnio nie wiem, co pisać na tym moim blogu kochanym… Wpadają mi czasem do głowy tematy na notki, ale pomiędzy takimi momentami, a momentami kiedy wreszcie mam czas usiąść do kompa, mija czasu na tyle, żebym zdążyła zapomnieć, co też takiego strasznie ważnego chciałam tu napisać:)

    No w każdym razie, co to ja… Wieki temu poznałam takiego kolegę, który był wielkim fanem Kuby Wojewódzkiego oraz Eminema. (To było w szóstej klasie podstawówki.) Generalnie nieźle się dogadywaliśmy, ale była to raczej znajomość na zasadzie „kto się czubi, ten się lubi”. Między innymi uwielbialiśmy demonstracyjnie demonstrować swoją pogardę dla gustów drugiej strony. Tzn. często prowadziliśmy takie oto rozmowy:
    Kolega: Eminem rządzi.
    Ja: Mozart rządzi.
    Kolega: Eminem rządzi.
    Ja: Mozart rządzi.
    I tak aż do znudzenia.
    Albo:
    Kolega: Wojewódzki rządzi.
    Ja: Nie rządzi.
    Kolega: Rządzi.
    Ja: Nie rządzi.
    I takowoż aż do znudzenia.
    Jak widzicie, nie były one specjalnie kształcące:)

    Jak już zdążyliście się domyślić, w tym okresie byłam zdecydowaną przeciwniczką Kuby Wojewódzkiego oraz Eminema. ;p Czyli ogólnie rzecz biorąc szeroko pojętej kultury masowej. (To mi właściwie zostało, ale teraz już tak tego demonstracyjnie nie demonstruję, bo nie chcę zrażać do siebie ludzi :) Eminema dalej nie lubię, a właściwie ignoruję, i to skutecznie, bo zdaję się ostatnio mniej o nim słyszeć, chociaż nie wiem, czy to nie sprawa faktu, że jego sława zmalała ostatnio, czy coś w tym guście. (O ile Eminema ignoruje się dosyć łatwo, to niestety np. Dody już tak łatwo się nie da. Krew mię zalewa, kiedy słyszę na przykład choćby, że Doda dostaje 20 000 zł za udział w programie Gwiazdy tańczą na lodzie, bo jeśli na tym ma polegać misja telewizji publicznej… o tempora, o mores!:p) Natomiast całkowicie zmieniłam stosunek do Kuby Wojewódzkiego. Zaczęłam oglądać jego show (nie regularnie, ale też nie rzadko) i całkiem go polubiłam. Owszem, czasami zachowuje się trochę… głupio, ale nie można mu odmówić bystrości umysłu. No niektóre teksty ma po prostu zabójcze:D Kłopot w tym, że jak taki facet jak on prowadzi talk show, to i tak zdominuje cały program, i te wszystkie gwiazdy i gwiazdeczki, które do Kuby przychodzą, nieczęsto mają do powiedzenia coś bardziej interesującego/dowcipnego niż on. On jest po prostu taki „szybki i wściekły”, czy raczej „szybki i głośny”, i takiego to nie przegadasz. Przeważnie:) bo miesiąc temu przypadkiem włączyłam telewizor i na TVNie leciał właśnie Kuba Wojewódzki Show, przy czym ożywiłam się bardziej niż normalnie, bo na kanapie ujrzałam mojego ukochanego Artura Andrusa.

    Artur Andrus jest dla mnie aktualnie absolutnie miłościwie nam panującym numerem jeden na polskiej scenie kabaretowej. No dobra, przyznam się szczerze: totalnie nie orientuję się w tym, kto jest kim na polskiej scenie kabaretowej i zupełnie mnie ta scena nie interesuje; po prostu kiedy czasem trafiam na jakiś kabaret, to przeważnie moje pierwsze wrażenie jest: głośne i głupie. (Znam tylko trochę skeczy Ani Mru Mru, bo moja przyjaciółka – fanka urządzała mi maratony przed kompem, niektóre ich teksty mi się podobają, ale ogólnie nie rzuca mną o ścianę z podziwu. Lubię za to Starszych Panów:) już nie wspominając o fakcie, że w ogóle lubię starszych panów, z wzajemnością, co jest wdzięcznym tematem żartów wśród moich znajomych;p) Być może przez takie ostracy – eee – ostracystyczne – eee – ostracyzujące – eee – nieważne… być może przez MOJE podejście nie wiem o jakichś perełkach kabaretowych, które sobie gdzieś tam działają, ale jeśli Wy wiecie, to proszę bardzo o komentarze polecające:) natomiast jest jeden facet, którego dowcipy zawsze mnie śmieszą, i jest to właśnie Artur Andrus. Moja miłość do niego zaczęła się właściwie od zakupu płytki Grupy MoCarta, na której jest parodia piosenki Skaldów „Prześliczna wiolonczelistka” – nazywa się to „Paskudny wiolonczelista”, jest strasznie śmieszne, i tekst do tego napisał i wykonywa przy akompaniamencie Grupy MoCarta właśnie Artur Andrus. Potem jego nazwisko jeszcze parę razy obiło mi się o uszy, a regularnie zaczęłam go oglądać ponad rok temu, kiedy trafiłam na niego w Szkle Kontaktowym na TVN24. Ponad rok temu, pamiętacie może, w telewizji było strasznie wesoło, bo wtedy była jeszcze koalicja Pis – LPR – Samoobrona, potem się rozpadła, były też pamiętne konferencje ministra Ziobry i inne wesołe akcje, i niemal każdego dnia było coś śmiesznego do komentowania, z czego redaktorzy Szkła Kontaktowego robili doskonały użytek, i zapałałam sympatią do tego programu. No a komentarze Artura Andrusa zawsze podobały mi się najbardziej i po dziś dzień jest on moim ulubionym panem ze Szkła:D (ostatnio zasłyszany tekst: nie pamiętam już w związku z czym, było coś o sportach i padło hasło o uprawianiu Nordic walking. Na co Artur Andrus powiedział, że on też uprawia, taką odmianę tego sportu – Slavic sitting:D)

    No i wracając do tematu… (o ile to w ogóle ma jakiś temat:D) odcinek, w którym u Wojewódzkiego wystąpił Artur Andrus, był normalnie zabójczy i lepszego chyba nie oglądałam. Otóż Artur Andrus jako jedyny nie dał się Kubie przegadać, nie gadał banałów, za to gadał dużo śmiesznych rzeczy. Na przykład: Kuba się go pyta, czy ma żonę, a on odpowiada: „Własną – nie.”:) Jeśli akurat ktoś się bardzo zaciekawi, to można wejść o tu: O TU , tam jest trochę filmików z tego programu. Poczucie humoru Artura Andrusa idealnie trafia w mój gust i ponieważ absolutnie nie przeszkadza mi to, że, jak on sam twierdzi, jest pierdołą, ponieważ ja również czasami, albo nawet trochę częściej, daję ludziom podstawy do zaliczenia mnie do tego gatunku, bardzo chętnie wyszłabym za niego za mąż:D

    Kto się mniej więcej orientuje w ostatnich politycznych wydarzeniach, wie, o czym ten tytuł. (Swoją drogą nie pochodzi on z inwencji kompozytora, czyli że mojej, tylko z smsów ze Szkła Kontaktowego;p) Dla niezorientowanych streszczenie: wczoraj i dzisiaj ma miejsce szczyt UE w Brukseli, na który poleciała polska delegacja w osobach premiera i dwóch ministrów. Prezydent również bardzo chciał jechać, natomiast nie chciał tego bardzo rząd i starał się nie dopuścić do tego wszelkimi środkami, z których najbardziej drastycznym była odmowa samolotu rządowego, żeby prezydent nie miał czym się do Brukseli dostać;] Lechu jednak nie dał sobie w kaszę dmuchać i wypożyczył sobie samolot z LOTu, za który zapłacono (oczywiście z pieniędzy podatników, czyli naszych) niecałe 250 000 zł. Co to dla nas! Dalej był suspens, bo jak już prezydent do Brukseli doleciał, to nie wiadomo było, czy go wpuszczą na salę obrad, bo do tego trzeba mieć jakieś specjalne przepustki czy PINy, a dla prezydenta takowa nie była przewidziana. No ale francuski prezydent Sarkozy przywitał naszego grzecznie i wprowadził na salę. (Nasz rząd cały czas podkreśla, że jako gościa, a nie członka polskiej delegacji.) Potem panowie chyba cały czas się do siebie nieszczerze uśmiechali, Lechu poklepał Donka triumfująco po pleckach, natomiast w końcu doszło do eskalacji napięcia i gdy prezydent zdecydował się w pewnym momencie opuścić salę obrad, żeby zrobić miejsce dla ministra finansów (tam, zdaje się, mogą być naraz tylko dwie osoby z delegacji), powiedział premierowi, że chce być poinformowany o tym, o czym teraz będzie się mówić, na co w odpowiedzi usłyszał „Chcieć to sobie możesz”. Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień:)

    Zdecydowanie nie jestem fanką Lecha Kaczyńskiego, ale chcę czy nie chcę, jest on prezydentem Polski i należy mu się jakiś szacunek, no słowo honoru, nasz premier zachowuje się jak przedszkolak… ale swoją drogą jak większość społeczeństwa nie uważam, żeby prezydent musiał być obecny na tym szczycie. Wina w tym idiotycznym konflikcie leży po obu stronach, które wręcz prześcigają się w nieuprzejmościach, natomiast jest strasznie zabawne śledzić to wszystko, po prostu to jest jak wciągający brazylijski serial!:D (chwilowo u nas w domu TVN 24 chodzi prawie cały czas *lol) Najśmieszniejsza z wczorajszych wypowiedzi to dla mnie wczorajsze konferencje prasowe prezydenta i premiera. Najpierw wyszedł prezydent i uśmiechnięty mówił o tym, że doskonale współpracuje z premierem, popiera go we wszystkich kwestiach i absolutnie nie ma między nimi jakiejkolwiek różnicy zdań. Potem przyszedł premier, posępny i poważny, a kiedy zapytano go o współpracę z prezydentem, odpowiedział, że nie będzie w ogóle komentować, a w końcu powiedział coś, co mniej więcej znaczyło, że prezydent im tam przeszkadza, i poza tym zupełnie się z nimi nie zgadza w fundamentalnych kwestiach. Z czego wynika, że najistotniejsza różnica zdań pomiędzy prezydentem a premierem jest taka, że premier uważa, że ona istnieje, a prezydent uważa, że jej nie ma. Lol;D

    Znowu przepraszam, że znowu tak długo nic nie pisałam, po prostu miałam strasznie napięty okres w życiu. Chwilowo natomiast uprawiam dolce far niente, chociaż nie całkiem takie niente, bo dostałam mnóstwo ślicznych, trudnych rzeczy do grania na skrzypcach, więc nie narzekam na brak zajęć. Rozważam też możliwość ścięcia włosów na całkiem krótko (chwilowo są za ramiona), chociaż zdaje mi się, że spotka się to jedynie z entuzjazmem mojej mamy ;p swoją drogą czemu, ach czemu krótkie włosy uznawane są za mało dziewczęce, za to po ulicach chodzą przeważnie dziewczyny z zapuszczonymi, szarymi, niechlujnymi kudełkami zwisającymi im gdzieś tak do łopatek? Wydaje mi się, że strasznie mało jest dziewczyn, które naprawdę dobrze wyglądają w długich, rozpuszczonych włosach i ja do nich chyba nie należę:)


    • RSS