I chyba dużo będzie o filmie. Razem z Anią (
http://moomineq.ownlog.com
) obejrzałyśmy ostatnio nową ekranizację powieści Forstera „Pokój z widokiem” (tzn. Ania wyszperała ją na niezawodnym youtube :) i obie nas ta nowa ekranizacja niesamowicie wprost zbulwersowała. Żeby wyjaśnić sprawę, muszę zacząć od szczelenia peaniku na cześć pierwszej i jdynej słusznej ekranizacji tej powieści, uczynionej w latach 80tych przez niejakiego Jamesa Ivory. Pierwsza jej zaleta to rewelacyjni aktorzy – młodziutka Helena Bonham – Carter, która nie dość, że jest niesamowicie cudownie ładna, to jeszcze naprawdę potrafi grać, do pary miała gościa (blondyna! ostatnio mam fazę na blondynów ;p), który nazywał się Julian Sands i był przystojny i grał cudownie, do tego był jeszcze Daniel Day – Lewis, który grał obłędnie, w roli ciotki głównej bohaterki Maggie Smith, która jest cudowna i nadawała się do swojej roli idealnie, lekko zbzikowaną autorkę kiczowatych powieści grała Judi Dench, również rewelacyjna, i mogłabym tak wymieniać dalej wszytkich po kolei, i każdą rolą wypadałoby opatrzyć odpowiednim entuzjastycznym wykrzyknikiem – obsada była cudowna. Scenarzysta zachował się rozsądnie i postarał się zostawić jak najwięcej dialogów w postaci oryginalnej albo bliskiej oryginałowi (a ta powieść Forstera jest świetna, ale nie będę tu opisywać jej treści, bo może to zabrzmieć kiczowato). Dalej, mieli tam chyba kogoś cudownego od zdjęć. Część akcji toczy się we Florencji, a część w Anglii na wsi. (‚Wsi spokojna, wsi wesoła…’, wieś angielska to jest totalnie coś! proszę kojarzyć od razu z dużymi domami zamieszkiwanymi od lat przez kolejne pokolenia tych samych szacownych rodzin, dużymi, pięknymi domami otoczonymi olbrzymimi, ślicznymi ogrodami.) Takie cudowne, piękne miejsca są oczywiście piękne same w sobie, ale trzeba umieć jeszcze to piękno odpowiednio na filmie przekazać. Tym gościom od filmu udało się to zrobić rewelacyjnie, film jest chyba piękniejszy od samej Florencji.

Jest tam taki plac, który nazywa się chyba Plaza della Signoria? (być może strzeliłam tu byka, ale nie chce mi się sprawdzać ;p) i stoją na nim piękne posągi. W tym filmie pokazane są no po prostu niesamowicie! Albo scena, kiedy Lucy (to jest właśnie ta główna) chodzi po kościele Santa Croce. Albo scena, Boże mój, co to za scena, to jest scena filmowa wszech czasów – ale tej sceny nie da się opisać, trzeba ją obejrzeć. Lucy chodzi sobie po podflorenckim wzgórzu i wpada na George’a (łóóóóóó!). Scena jest po prostu niesamowicie wizualnie piękna, można patrzeć i paść oczy cudnym widokiem. Do tego idealnie dobrana muzyka – arie z włoskich oper! z dramaturgią i tyi wszystkimi crescendami idealnie dobranymi do przebiegu akcji. Pod tę moją ukochaną scenę wszechczasów podłożona jest aria z Pucciniego, śpiewana przez Kiri te Kanawa, która ma totalnie najsłodszy głos ze wszystkich znanych mi śpiewaczek operowych; i ta niesamowita kombinacja obrazu, słowa i dźwięku tworzy po prostu no nie waham się użyć słowa tego no ARCYDZIEŁO!

Wydaje mi się, że w tym właśnie tkwi siła filmu, że może ze sobą połączyć, idealnie stopić jedno, drugie i trzecie – i wtedy, jak wszystkie te rzeczy są na absolutnie najwyższym poziomie, wtedy powstaje ta cała Czysta Forma i uczucia metafizyczne i wszystko.

Kłopot z obecnymi filmami jest taki, że nie ma dobrych scenariuszy, nie ma dobrych aktorów, nie ma dobrych kamerzystów (chociaż to może łatwiej spotkać niż resztę, np. w najnowszej Dumie i Uprzedzeniu jedyne, co mi się podobało chyba bez zastrzeżeń, to właśnie zdjęcia – do wszystkiego innego można się było przyczepić); nie ma dobrej muzyki do filmów, tylko jakieś szmirowate piosenki, nie ma kogoś, kto umie ogarnąć to wszystko i zrobić z filmu prawdziwe dzieło sztuki. Ta stara ekranizacja „Pokoju z widokiem” jest dopracowana do najmniejszych szczegółów, wszystko tam zachwyca. Króciutka wstaweczka fortepianu pomiędzy dwoma scenami, wyraz twarzy dorożkarza, takie tam bzdety. (Godne uwagi jest to, że tam każda najmniejsza rólka jest cudownie zagrana.) W mojej ukochanej scenie, patrz wyżej, sam początek to jest dorożkarz palący cygaro; ale on tak to cygaro pali, że z tego się robi arcysymfonia. Takie totalne włoskie dolce far niente! (zawsze kiedy oglądam tę scenę, dostaję dreszczy! ;p)

Natomiast nowa wersja, zacznijmy od tego, że jest po prostu brzydka. Grają tam brzydcy ludzie, zupełnie nieefektowni (nie mam absolutnie nic przeciwko brzydkim ludziom :D, zresztą sama nie jestem jakimśtam kanonem piękna, ale taki brzydki człowiek musi mieć w sobie tę iskierkę, która sprawia, że chce się go słuchać – nie ma nic gorszego niż człowiek brzydki i na dodatek nieciekawy. Niestety w obecnym przemyśle fimowym przeważającą większość stanowią dwie kategorie aktorów: brzydcy i nieciekawi oraz ładni i nieciekawi. Z dwojga złego, nie wiem, które gorsze!). Film ma brzydkie sceny. Piękna Florencja pokazana jest jak jakiś podeszczowy koszmar, śliczny, ciepły dom w Anglii to jakiś ponury retrohorror. Aha, aktorzy grają nowomodnie, co też mnie wkurza, czy doprawdy darcie się na cały głos to jedyny sposób ukazania wewnętrznego skomplikowania bohaterki? Lucy, gdy jest zła, wydziera się na matkę i trzaska drzwiami. No już widzę, jak taka panna z początku wieku (dwudziestego) mogła się tak zachować. (Poza tym w ogóle wydaje mi się, że we współczesnym filmie i teatrze jest za dużo krzyku, niesłusznie traktowanego jako uniwersalne narzędzie do przekazywania wszystkich emocji. Czyli gdzie nie pójdę, tam się drą, drą, drą,bo to takie emocjonalne i nieskrępowane i w ogóle łóó, a ja jako dziecko z wrażliwymi uszami mam tego raczej dość.)

Poza tym, co mnie już najzupełniej zirytowało, Lucy w nowej ekranizacji to no dosłownie puszczalska! Całuje się z tym swoim Georgem gdzie popadnie i jeszcze uważa to za rzecz całkowicie naturalną i miłą (chociaż, podkreślam, jest zaręczona z innym. Tzn. sytuacja jest neico bardziej skomplikowana, ale to trzeba do tego obejrzeć lub/tudzież przeczytać :) btw serdecznie polecam!!). Na dodatek charaktery ujęte są niewłaściwie, np. sztywniacki narzeczony Lucy jest całkiem luźny i miły, a co gorsza, dorobiono idiotyczne, melodramatyczne zakończenie, takie oto: normalnie rzecz dzieje się na początku dwudziestego wieku, a w nowym filmie uwzględniono to, że facet, z którym ostatecznie Lucy wyląduje, poszedł na wojnę i został zabity! No szok. W trampkach. A po śmierci męża Lucy przyjeżdża do Florencji i chodzi po wspólnie niegdyś zwiedzanych miejscach, po czym wybiera się na sentymentalny piknik z dorożkarzem. Aaaargh.

Często wydaje mi się, że powszechnie uważany za kiczowaty i w złym guście oraz nierealny happy end to może raczej oznaka dystansu autora do swojej powieści. Popatrzmy chociaż na Dumę i Uprzedzenie i na Trędowatą (zgłębiam nieco ten temat w mojej prezentacji maturalnej ;]). Duma i Uprzedzenie to powieść tak kosmicznie daleka od kiczu, jak Trędowata kiczu jest bliska, a jednak w tej pierwszej mamy happy end, a w tej drugiej nie! Popisywanie się efektownymi opisami śmierci bohaterek i bohaterów, wylewanie gorzkich łez, jest dla mnie raczej sztuczką prowadzącą do łatwiejszego wzruszenia czytelnika, a zdrowe, naturalne szczęśliwe zakończenie jestem w stanie przyjąć bez zastrzeżeń. (może dlatego, że z natury jestem optymistką i nie dla mnie topienie się w chlanipacy* – haha mój ulubiony neologizm z cyklu Children’s corner :D)

Już i tak napisałam dostatecznie długą notkę, dlatego inne moje pseudointeligenckie rozważania na temat X Muzy oraz dialog, jaki przeprowadziłam z Anią na temat w.w. dwóch ekranizacji, który oszczędnie acz treściwie ujmuje istotę rzeczy, zostawię na następny mój blogowy blurb :)

————-
* ‚chlanipacy’ – w otchłani rozpaczy, patrz: John Habberton, Wakacje bez mamy (:)