Wszystkie rozsądne dzieci siedzą i uczą się do matury, a tymczasem moja cegła traktująca o historii muzyki ciągle pozostaje nieruszona. (Znaczy się przerobiłam rozdział „Starożytność”, który ma kilkadziesiąt stron co najwyżej.) Dałam sobie słowo, że od tej pory to będzie moja lektura, ale jakoś nie wytrzymuję i codziennie do snu dalej czytuję Bridgety Jonesy i pamiętniki Artura Rubinsteina. (Facet był niesamowitym, znakomitym pianistą, urodził się gdzieś pod koniec XIX wieku w Łodzi. W żydowskiej rodzinie – w dalszym ciągu nie przestaje mnie zadziwiać, ilu świetnych muzyków było Żydami. Z samych skrzypków: Jasza Heifetz, Jehudi Menuhin, Maxim Vengerov, Ida Haendel, Henryk Szeryng, Leopold Auer, Józef Joachim, Natan Milstein, Oskar Szumski, Fritz Kreisler miał ojca Żyda [i matkę katoliczkę!] – można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać… oczywiście poza nimi jest jeszcze masa pianistów, i innych istów, oraz cała gama literatów na przykład (akurat z malarstwem nie jestem tak obeznana, ale bez wahania można rzucić nazwisko np. Chagalla) – to zadziwiające, jaki niesamowicie płodny artystycznie jest ten naród! Czy jest sens w ogóle brać się za muzykę, jesli nie jest się Żydem? ;) Zresztą te pamiętniki to chyba lektura obowiązkowa wśród muzyków, gdzie nie pójdę, tam mi ktoś anegdoty z jego wspomnień opowiada. Facet był niesamowity! Ile ludzi on spotkał, znał Szymanowskiego, Kochańskiego, Witkacego (siadywali sobie w Zakopanem i gadali), Strawińskiego, i to blisko, całą francuską Wielką Szóstkę, Cocteau, Colette, Paula Claudela, którego znałam z tego słynnego powiedzonka ‚od muzyki piękniejsza jest tylko cisza’, Hektora Villa – Lobosa, nie pamiętam już zresztą tych wszystkich cudownych, wielkich ludzi, w towarzystwie których się obracał, pominęłam zresztą całą śmietankę arystokratyczną ówczesnej Europy, u której bywał (facet na przykład miał stałe zaproszenie do pewnej arystokratki, która miała piękny, wielki dom we Florencji bodajże *-*) – on po prostu, proszę Państwa, z ćwiczeniem się obijał, natomiast namiętnie bywał! Był strasznym imprezowiczem, a jak wydawał przyjęcia, to to było po prostu jedno wielkie ekstrawaganckie marzenie, do tego był niesłychanym smakoszem i totalnym flirciarzem – gdzie nie pojechał, to poderwał laskę. (Przy tym miał chyba w tej kwestii dość dobry gust.) Ale najbardziej zazdroszczę mu tego, o czym wspomniałam na początku, to znaczy – jego niesamowitych znajomych i przyjaciół. (Mój Boże, gdzie się podziali ci wszyscy ciekawi ludzie… ;p) A najlepsze jest to, on pisze tam coś takiego, że im większa publiczność, tym bardziej wzrasta jego zaufanie i poczucie bezpieczeństwa na scenie, że on w ogóle nie mial tremy! Hah…

Dalej o muzyce: Gilles Apap, o którym pisałam z uwielbieniem jakiś czas temu, już mi się nieco przejadł. Oglądnęłam sobie te jego czarujące hinduskie filmiki na spokojnie, i chociaż dalej mnie ujmuje jego luz i pomysłowość, trochę mniej już sądzę o samej jego grze. W grudniu, zanim wyjechałam na sylwestra, cały czas słuchałam jego filmiku z youtube, tego, gdzie gra Bacha, Adagio (chyba?) z trzeciej sonaty, i tak mi się to spodobało, że aż się tego Adagia nauczyłam; potem, nie mogąc wziąć skrzypiec na wyjazd, wpakowałam sobie trochę różnych nagrań na mp3, przy czym poznałam to Adagio nieco lepiej i jestem w stanie trzeźwiej ocenić wykonanie Apapa - niestety spadło ono trochę w mojej estymie ;p

Teraz może opiszę siebie w roli VIPa. Otóż jakieś dwa tygodnie temu? moja mama została zaproszona przez swoich prawicujących znajomych na kolację, w której miał brać udział Janusz Korwin – Mikke (z okazji swojego pobytu w Rzeszowie). Miała to być oczywiście kolacja prywatna, on, prawicujący znajomi i jeszcze kilku innych ich znajomych, pracowników naukowych albo polityków (było dość zabawne obserwować przy stole dwóch panów, których fizjognomie widywałam dotychczas jedynie na plakatach wyborczych. Jeden z nich to był bardzo miły i nas nawet odwiózł do domu :D), więc nie miałam skrupułów we wkręceniu się na imprezę. Bałam się troche i zakładałam z góry, że odzywać się raczej nie będę – jechałam tam tylko w celach obserwacyjnych. (Kogo, powiedzmy sobie szczerze, może interesować zdanie małolaty, i to nie do końca zorientowanej w polityce?) Kiedy weszłam z mamą do domu w.w. znajomych, pan domu powiedział od razu, chodźcie, mamy akurat dwa miejsca koło Korwina, i zostałam usadzona po lewej stronie naszej znakomitości wieczoru. Na początku mogłam jedynie obserwować jego zwyczaje jedzeniowe – mówili raczej inni, a on zajęty był spożywaniem – zauważyłam, że je straszne ilości masła. (Przebija nawet mnie!) Po jakimś czasie atmosfera się nieco rozluźniła, przy stole utworzyły się grupki, z których każda rozmawiała sobie we własnym zakresie, a moja mama zadała Korwinowi niezawodne pytanie, na które każdy rodzic na świecie odpowie chętnie i dużo, mianowicie, czym zajmują się jego dzieci? On łyknął przynętę. (Jedna z jego córek ma podobno jakiś rewelacyjny butik na Tamce w Warszawie.) Potem rozmowa zeszła na inne, równie mało zobowiążujące tematy, i prowadziłam z Korwinem pogawędkę towarzyską – lol. (Mamę zainteresowała rozmowa prowadzona w innym kółeczku i Korwin został cały dla mnie ;p) Taką wiecie o – zapytałam go na przykład, czy rzeczywiście chodził kiedyś po ulicy, pytając dziewczęta w wieku na oko studenckim, co to jest logarytm, i żadna nie wiedziała. Poprowadziło to do rozmowy na temat edukacji dziewcząt, i zgodziliśmy się oboje, że dziewczynom zupełnie wystarczyłaby nauka języków, muzyki, i tym podobnych rzeczy, a na przykład matematyka jest całkowicie zbędna, przecież od tego tylko cera się psuje! (To o cerze, to było jego hasło, nie moje ;p) Na koniec, żegnając się z nim, dygnęłam (w ogóle wszyscy na tym wieczorku całowali mnie w rękę i czułam się jak wielka dama, high society – nie jestem zupełnie nowoczesną kobietą, która uważa, że całowanie jej w rękę ubliża jej godności, wolę raczej staroświeckie, szarmanckie gesty ;p) – tak dla żartu, i ogólnie wieczór minął dużo milej, niż się tego spodziewałam. Generalnie Korwin uznany został przeze mnie za całkiem miłego i rozmownego, tyle tylko że cierpi na dość powszechną wśród ludzkości wadę, mianowicie trochę za bardzo lubi mówić. Ale że wybawił mnie tym samym z obowiązku podtrzymywania rozmowy i prowadził ją sam, a ja po prostu się uśmiechałam, śmiałam, potakiwałam i dziwiłam na przemian, oraz od czasu do czasu wtrącałam kilka słów czy zadawałam pytanie, jestem mu w sumie za to nawet wdzięczna. ;p

To było z wydarzeń przeszłych, a z obecnych to dość smutno, ponieważ moja babcia jest w szpitalu, ma udar mózgu (nie może mówić i jest sparaliżowana), a jako osoba bardzo stara nie ma dużych szans, żeby wyjść z tego bez szwanku. (może to trochę melodramatycznie opisywać takie rzeczy na blogu, ale tak jakoś się z nim zżyłam ;p)

PS Dzisiaj ostatnie dwa odcinki Idioty w telewizji, z tej okazji zamieszczę tu jeszcze kawał, który zwykł był opowiadać Stanisław Dygat, a który moja mama podsłuchała w radiu: taki mianowicie: Dostojewskiego wezwał do siebie pan Bóg i mówi: towarzyszu Dostojewski, piszecie takie okropnie, nieznośnie ponure książki, proszę natychmiast wrócić na ziemię i napisać coś pięknego! więc Dostojewski wrócił i napisał Braci Karamazow.

Nie rozumiem tego kawału, bo nie czytałam Braci Karamazow, ale pomyślałam, że i tak go tu napiszę ;p

PS2 Boże drogi, popatrzyłam się na trzy ostatnie notki – za każdym razem 6 komentarzy! trzy szóstki! ;p