kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2008

    Jakie mam wtedy koncepcje, jakie skojarzenia, jakie metafory kunsztowne, jakie dowcipne bon moty (:), no przed zaśnięciem jestem normalnie mistrzem mowy polskiej, tyle że nic a nic nie zostaje mi z tego po obudzeniu się :)

    A’propos Chińczyków (to jeden z tych tematów, na które chciałam napisać przed zaśnięciem i zdołałam sobie teraz przypomnieć chociaż tyle, mianowicie o czym chciałam pisać). Otóż Chińczycy to strasznie dziwny naród, nie uważacie? Wczoraj w radiowej dwójce była audycja o Chinach w początkach cesarstwa, czy coś takiego, w każdym razie mówiono o cesarzach i o Chińskim Murze. (To jakoś tak około III wieku naszej ery czy coś?) Do radia zwabiła mnie śliczna muzyka, grana na jakimś instrumencie szarpanym, że się tak fachowo wyrażę, czyli na jakimś brzdękadełku ze strunami, byłam bardzo zaciekawiona, wskutek czego z mojej półgodzinnej przerwy w graniu zrobiła się dwugodzinna, bo wsiąkłam przed kompem, otworzywszy sobie stronkę Polskiego Radia (haha! jestem nowoczesna, słucham przez internet xD przez normalne radio trochę trudno złapać dwójkę, ponieważ sąsiaduje ona z Radiem Maryja, z którym, jak wiadomo, trudno konkurować, i już nieraz nam przypadkowo przeskakiwało. Dygresja: dzisiaj było śmiesznie, akurat na odwrót, otóż moja babcia co niedzielę słucha mszy świętej w radiu, no a najłatwiej znaleźć coś takiego właśnie w Radiu Maryja. Takoż jej znalazłam i poszłam do łazienki dopełnić porannych ablucji, a gdy wychynęłamz powrotem, wyłowiłam uchem jakieś znajome dźwięki, które po uważniejszym wsłuchaniu się zidentyfikowałam jako koncert skrzypcowy Mendelssohna – okazało się, że przez pół godziny babcia, nawet się nie zorientowawszy, słuchała tego Mendelssohna, biorąc to najwidoczniej za transmisję z warszawskiego kościoła :)

    Wracając do Chińczyków, przecież to taki dziwny ludek, sieją te swoje pola ryżowe, wymyślają feng shui, mają taką śliczną sztukę (mam w domu taki album z Zakazanym Miastem, podoba mi się to niesamowicie, a poza tym z ignorancji względem chińskiego malarstwa skutecznie wyleczył mnie Witkacy, o czym chyba już kiedyś pisałam, więc może nie będę się powtarzać :) chociaż z drugiej strony to może zbyt duża próżność uważać, że Wy, moi kochani, pamiętacie wszystkie moje notki ;p;p) och mój Boże, i znowu te nawiasy! chyba rzeczywiście nie umiem pisać inaczej ;p A WIĘC WRACAJĄC DO CHIŃCZYKÓW, przecież z jednej strony chiński naród ma tak łagodne i miłe oblicze, te pola ryżowe zalane chińskim uśmiechniętym słońcem (widzicie to, widzicie to? słońce z twarzą chińczyka w chińskim kapelusiku xD lol wybaczcie mi ten nie najwyższych lotów trudny do zidentyfikowania środek literacki ;p) chińska herbata, chińska muzyka, która jest bardzo ładna, bardzo osobliwa i dla europejskiego ‚słuchacza’ bardzo wesoła – później puszczali jeszcze nagranie kogoś, kto śpiewał przy akompaniamencie orkiestry – znaczy to chyba była kobieta, i ona modulowała głos w zgoła nieeuropejski sposób, bardzo ładnie, ale bardzo po chińsku i aż mi się chciało uśmiechać przy tym radiu, tak mi było z tej muzyki wesoło – a przy tym, jak to mawia moja psióła, co ja się nasłuchałam tych wszystkich okropieństw, to moje! Otóż słyszeliście pewnie o tej słynnej armii terakotowej jakiegoś tam cesarza, że do grobu włożyli mu masę figurek z terakoty przedstawiających żołnierzy czy tam co. Oczywiście na początku tak nie było, kalkulowało się to w taki sposób, że pozabijać niewolników cesarza na cesarskim pogrzebie wychodziło taniej niż angażować jakiegoś rzemieślnika do wykonania takich figurek powiedzmy, więc – masowo posyłano biednych chińskich niewolników za cesarzem do grobowca. (Służący miał służyć cesarzowi i pełnił tę funkcję do końca, czy żywy, czy martwy.) Stosowano też inny chytry myk, mianowicie nikt nie mógł wiedzieć, jak się dostać do grobowca, więc co robiono w tym celu? pieczętowano go – od środka! tak, że osoby zamykające ten grobowiec zostawały – tak, dobrze rozumiecie – w środku!, czyli w praktyce były grzebane żywcem. Ale sekretu grobowca w ten sposób nikt nie wydał. Taki spokojny naród, i takie okrucieństwa!

    Były też inne ciekawe szczegóły, na przykład gdy cesarz rozkazywał swojemu poddanemu popełnić samobójstwo, ten oczywiście musiał się stosować do woli władcy. I się zabijał. W ten sposób można było łatwo pozbyć się przeciwnej drużyny w dworskich intrygach, na przykład pewnego radu wysłano do jakiegoś wysoko postawionego urzędnika sfałszowany taki rozkaz, a on – cóż! grzecznie się zabił, po czym władza przeszła w ręce kogoś innego. (Nie pamiętam już dokładnie tej historii, ale dalszy ciąg był chyba taki, że tego następnego z kolei zabito, czyli dostało mu się za swoje, a ten, który przejął urząd jako trzeci, też jakoś marnie skończył… sama już nie jestem pewna czy mi się wątki nie pomieszały, ale utkwił mi w pamięci właśnie taki ciąg czterech bodajże notabli, z których jeden za drugim zostawał zabijany w walce o władzę.) Żony cesarza oczywiście też szły do grobu za nim, a szczególnie te, które nie miały z nim dzieci; była też taka historia o tym, jak cesarz chciał gdzieś udać się incognito, ale jego jakiś kanclerz czy coś w tym guście, nie skojarzył i udał się za nim z oficjalną wizytą i pięćdziesięcioosobowym orszakiem. Cesarz się zirytował, czego następstwem było wyrżnięcie orszaku. Kanclerz uratował głowę. A’propos, wiecie jakie były wtedy kary? bo źle się wyrażam z tą głową, otóż w Chinach owego czasu nie odcinano głowy, tylko przecinano delikwenta na pół.

    Były też różne ciekawe historie o tym, jak budowano Wielki Mur Chiński, ale na ten moment akurat się zdekoncentrowałam, więc nic ciekawszego ponad opisy chińskich okrucieństw Wam tu nie zafunduję. Ale jest to strasznie dziwne odczucie, słuchać najpierw tej chińskiej muzyki, która jest taka spokojna, dziwna i śliczna, a potem słuchać o tych wszystkich okropieństwach, i myśleć, że to wymyślili ci sami ludzie.

    Teraz będzie o czym innym, z zasady chyba raczej nie hołduję zasadzie rozpisywania się na blogu o moim życiu prywatnym (to by chyba raczej Was zanudziło na śmierć :), ale ostatnio zauważyłam dziwną rzecz, jest chyba jakiś sezon na crushe! Jedna moja psióła ma crush, druga moja psióła ma crush, i nawet ja mam crush, mój święty Boże… (używam tutaj słowa crush w znaczeniu ‚i’ve got a crush on you’, czyli ‚infatuation’, ewentualnie ‚limerence’ [ależ to słowo, nie znałam takiego], czyli mówiąc w naszym rodzimym języku po prostu nam się ktoś podoba; i na dodatek we wszystkich wypadkach przyszłość wygląda raczej niepewnie ;p napisałam to, bo nie tylko z mojego psiółowego frontu dochodzą wieści o nieszczęśliwych miłościach, ostatnio takich relacji jest całkiem dużo! czyżby jakaś epidemia? ;p

    PS następnym razem kajus wystąpi w roli VIPa! ;p
    PS2 o Boże, i jeszcze epopeja! też następnym razem!

    Bardzo chciałam napisać w końcu notkę – to piszę, zwijając się z bólu na krześle – na studniówce zrobiłam wejście smoka, wywalając się idealnie na tyłek – przed wejściem było strasznie ślisko, a ja wywinęłam orzełka idealnie jak na kreskówce, przy czym stłukłam sobie plecy oraz część ciała położoną tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę (jak to błyskotliwie ujął Niziurski :).  Jako że przez cały poprzedni tydzień na przemian albo leżałam w łóżku (byłam chora, wreszcie chociaż raz w życiu zdarzyło mi się mieć porząne usprawiedliwienie na wypadek szkolnej absencji :), albo grałam na skrzypcach, byłam okropnie nierozruszana; mój kręgosłup nie był zadowolony z tego obrotu sprawy i po takim tygodniu, zakończonym tak efektownie, na przemian rozciągam sobie plecy, robiąc jakieś ćwiczenia z jogi i łykam voltaren, a jak chcę posiedzieć przy kompie, to dłużej niż kwadrans nie da rady :(

    Na studniówce było doprawdy uroczo, a więcej napiszę, jak zdobędę zdjęcia ;p natomiast teraz może czas na epopei część pierwszą (chyba będę pisać we fragmentach, bo taka epopeja w całości plus to, co piszę na bieżąco osiągnęłaby chyba długość, którą trzeba by było mierzyć w metrach). Otóż na początku chciałabym zaznaczyć, jak wszyscy Słowacy są niesamowicie mili! Wpadłyśmy otóż na szalony pomysł wypożyczenia sobie samochodu (nigdy nie zaprzeczałam, że jestem leniem, chociaż pomysł właściwie był Psióły). W tym celu najpierw obeszłyśmy cały Zwoleń (tam mieszkałyśmy) i znalazłyśmy na jakimś budynku napis Autopozicovnia z numerem telefonu. Wielce ucieszone wróciłyśmy do domu, numer zapisawszy, obejrzałyśmy uważnie mapę i doszłyśmy do wniosku, że następnego ranka możemy spokojnie pojechać sobie do Wiednia (sic). Z tym optymistyczym nastawieniem wyruszyłyśmy takoż do Autopozicovni następnego ranka, miałyśmy mały problem z wejściem do budynku, ale znalazłysmy w końcu drzwi, idziemy więc po schodkach w górę, idziemy, a tu – remont! ;p i dwaj weseli Słowacy, z którymi wbrew pozorom wcale nie tak łatwo się dogadać ;p (znaczy się Psióła jeszcze umiała, natomiast ja co najwyżej mogłam się posługiwać tymi słowackimi słowkami, których się nauczyłam, ale rozumieć braci Słowaków to ja kiepsko, natomiast bardzo chętnie mówiłabym po angielsku, tylko tam raczej angielski średnio stoi, zdaje się. Wskutek czego jak ktoś coś do mnie mówił, to ja wysuwałam Psiółę w przód jako translatora *lol* za to pierwsze pytanie, jakie nam zadano po naszym powrocie do Polski, to ‚do you speak English?’ – jakiś skołowany Anglik w akcji na Dworcu Centralnym).  Wracając do wesołych słowaków, jeden był stary i strasznie wesoły, a drugi był młody i dość przystojny. Od razu się zapytali, czy Polka? na co my radośnie tak, zaczęli nam dzwonić po wszystkich autopozicovniach w Zwoleniu i w końcu powiedzieli, że zaraz nam wyślą smsa z odpowiedzią. Byłyśmy tak rozentuzjazmowane, że chciałyśmy im kupić piwo! w końcu nie kupiłyśmy, a poza tym nasz entuzjazm nieco ochłódł, gdy odszyfroa.łyśmy owego obiecanego smsa – samochód mogłyśmy dostać dopiero od jutra. Wskutek czego zastosowałyśmy inne rozwiązanie, mianowicie pojechałyśmy autobusem do Bańskiej Bystrzycy :) cdn…

    W niedziele po północy leci teraz na Jedynce ekranizacja Idioty Dostojewskiego w odcinkach. Nie mogłam darować sobie takiej gratki, w poniedziałek tydzień temu znalazłam przez to kolejny pretekst do opuszczenia zajęć w liceum – film skończł się o wpół do trzeciej w nocy, no i jak ja, na litość Boską, miałam wstać po tym o piątej do szkoły? obudziłam się o jedenastej, a że lekcje kończymy w poniedziałki o pierwszej, odpuściłam sobie już całkowicie. Ale nie o tym chciałam pisać, tylko o tym strasznym wrażeniu. jakie robi na mnie Dostojewski – on jest głęboki jak studnia bez dna i czarna rozpacz, przeraźliwie smutny. Jakbym miała powiedzieć, o co w Idiocie chodzi, to bym chyba nie umiała, zdaje mi się, że nie rozumiem tej książki do końca, tylko raczej – czuję ją. To jest chyba jedna z tych klasycznych książek, które przynoszą katharsis? czytałam Idiotę zeszłej wiosny, było pięknie, a ja siadywałam sobie oprzed lekcjami skrzypiec w rzeszowskich parczkach i zapominałam o Bożym świecie. Książę Myszkin to chyba jeden z moich najulubieńszych bohaterów literackich, cudowna postać, zupełnie obłędna. Jak skończyłam czytać, przez dobrych kilka dni chodziłam nieprzytomna jak ta moja naćpana ostryga, jak porażona, a nie mogłabym powiedzieć czym, i dalej nie umiem tego wytłumaczyć. (Analizy książek jakoś nigdy specjalnie mnie nie pociągały, ze mną raczej jest tak, że czytam coś, i podoba mi się powiedzmy poczucie humoru, albo zgrabne budowanie zdań, albo jakieś trafne obserwacje, ale nie myślę nigdy, co autor miał na myśli i nie potrafię zgrabnie powiedzieć, o czym jest dana książka, (-A do czego jest dana rura? -Dana rura jest do niczego! :) opowiedzieć o problematyce, raczej – coś zostawia na mnie jakieś wrażenie i jakoś tam wpływa na mój sposób myślenia. Idiota zostawił szczególnie mocne, chyba nigdy w życiu nie pamiętam, żebym aż tak przejmowała się jakąkolwiek książką, Dostojewski ma bardzo niesamowity sposób pisania, jest w nim taka – metafizyka i taki straszny smutek, nawet te piękne i dobre rzeczy są w jakiś sposób smutne, a wszystko się kończy tragicznie, a pomimo tego strasznie chciałam to czytać, może też dlatego, że książę Myszkin to jest uosobienie wszystkiego chyba, co cenię w ludziach.

    I ta ekranizacja, to jest jakiś stary film rosyjski, z cudownymi rosyjskimi aktorami, z których każdy – to inna twarz, oni mają niesamowicie ciekawe twarze (to coś, czego mi brakuje we współczesnych ekranizacjach, na przykład najnowsza Duma i Uprzedzenie to galeryjka nudnych ludzi), ale twarze mają takie rosyjsko posępne i przerażające, Rogożyn – urodzony morderca, Gawriła wściekły i dumny, Nastazja Filipowna demoniczna, ale jak płacze i jaka piękna, a Myszkin – do Myszkina nie do końca byłam przekonana od początku, ale przekonałam się do Myszkina, Myszkin jest to prawdziwy Myszkin, Chrystus w ludzkim ciele (mi jest szczególnie smutno z powodu Myszkina, ponieważ ja jestem taka trochę jak Myszkin, taka sierota Boża, ale brak mi konsekwencji, żeby wytrwać na takim stanowisku i unoszę się honorem, czego się można bardzo prosto nauczyć).  A jak oni patrzą, jacy to są aktorzy cudowni, a jaką atmosferę ma ten film – pierwsze dwa odcinki oglądałam tak właśnie po północy i było to wszystko niesamowicie straszne i smutne. (Jak już wspominałam, nie jestem pisarzem i opisywanie uczuć sprawia mi problemy, a szczególnie takich intensywno – niewyraźnych ;p) A Dostojewski podobno nie lubił Polaków!

    —> Marta: kochanie, dzięki za Twój przemiły wpis do księgi gości, bardzo mile połechtał moje ego! ;) Tobie też życzę samych słodkich miłych i zabawnych rzeczy na 2008 rok – a może zostawisz tu gdzieś swoje gadu albo mejla albo coś? :)

    Postanowienie noworoczne: będę się dyscyplinować. Będę mieć zdyscyplinowany umysł. (Nie będę pisać chaotycznie. Przeczytałam właśnie swoją poprzednią notkę i zauważyłam, że wtrąceń w nawiasach tam jest chyba tyle samo, co tekstu poza nawiasami. Masakra!) Od jutra organizuję się i kończę z chachłactwem! (chachłaczyłam się z Psiółą noworocznie przez tydzień na Słowacji, wystarczy mi chyba na cały rok! :) jutro zapdejtuję tę notkę i napiszę epopeę!


    • RSS