kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2007

    Jest taka jedna sonata, niesamowita sonata. Napisał ją Sergiusz Prokofiew, jeden z najcudowniejszych rosyjskich kompozytorów. Pisał gdzieś na początku dwudziestego wieku i to, co pisał, to bardzo dziwne rzeczy – inspirował się klasycyzmem, ale oczywiście przekręcał to wszystko po swojemu i współbrzmienia w jego utworach są bardzo oryginalne :)

    Natomiast sama sonata – Sonata f-moll, chyba numer drugi, na skrzypce i fortepian – usłyszałam ją po raz pierwszy na konkursie Wieniawskiego rok temu, graną przez świetną dziewczynę – dziewczyna nazywała się Anna Maria Staśkiewicz, młoda, chuda i przezdolna, studentka Akademii Muzycznej w Poznaniu – jej występy pamiętam najżywiej i bardzo, bardzo chciałam, żeby to ona wygrała. (Niestety czasem los płata nam przykre figle.) Na dodatek miała fenomenalnego pianistę (a w muzyce kameralnej, takiej jak sonaty właśnie, bardzo ważna jest współpraca skrzypka i pianisty – bo grają razem, nie powinno to wyglądać tak, że pianista ledwie podgrywa skrzypkowi ;p). Anna Maria Staśkiewicz grała ją przecudnie, jak natchniona, a ja słuchałam i się od pierwszego słyszenia w tej sonacie totalnie ach, że tak powiem, zakochałam. To jest zresztą dość smutna muzyka, z tego co mi się wydaje – o ile pamiętam, Staśkiewicz po koncercie mówiła, że Prokofiew pisał tę sonatę po wojnie, po drugiej wojnie światowej. To by się w sumie nawet zgadzało :) bo ta sonata jest momentami po prostu przerażająca, ale jak jej słucham, to jest takie miejsce, gdzie wstrzymuję oddech – to jest w pierwszej części, ale jest zachwycająco śliczne i Prokofiew chyba też tak myślał, bo króciutki fragment z tego miejsca powtórzył na samym końcu sonaty, w czwartej części. Ten fragment to długi, długi biegnik skrzypiec z założonym tłumikiem na tle bardzo delikatnie brzmiących akordów w partii fortepianu – potrafię to sobie i Wam zobrazować bardzo banalnie i ckliwie, ale ten jeden obraz mi się natrętnie z tym fragmentem kojarzy – wyobraźcie sobie motyla fruwającego po mieście, po zgliszczach miasta? ;p po szarych, potwornych ruinach, taki mały bezradny motylek, i on zaraz, zaraz umiera. to jest bardzo kreskówkowy i sentymentalny obraz i on bardzo pcha mi się do mojego sentymentalnego umysłu za każdym razem, kiedy słucham tej sonaty :) ale jeśli rzeczywiście pisana była po wojnie, to o to chyba mu chodziło – życie jest takie ulotne, takie kruche, a jednocześnie takie – hmm – żywe! ;p Prokofiew ma w swoich utworach takie fragmenty, które aż pulsują takim kosmicznym porządkiem, harmonią, tętnem stworzenia wszelkiego – brakuje mi słów i po to właśnie jest muzyka, żeby wyrazić to, czego zupełnie nie potrafię opisać, a co mnie przejmuje, i to jak strasznie, za każdym razem, kiedy słucham tej sonaty, albo koncertu skrzypcowego D-dur – ostatnie takty ostatniej części to – to ŻYCIE, KOSMOS, HARMONIA! ;p

    (Może jednak powinnam prowadzić osobno dziennik, taki prywatny, a osobno blog, bo nie wszystkie myśli powstałe w mojej głowinie są na tyle uporządkowane, żeby przekazywać je szerszemu gronu odbiorców ;p)

    Jeszcze jedna rzecz o tej sonacie: na tym koncercie, kiedy grała młoda, chuda, zdolna Staśkiewicz, siedziałam obok faceta, z którym od słowa do słowa zaczęłam gadać – to był pianista, nauczyciel z poznańskiej szkoły średniej, tak samo jak ja zachwycony Staśkiewicz (tośmy się dogadali :) i samą sonatą również: po czwartej, ostatniej części, na oklaskach powiedział mi:’ta sonata to dzieło genialnego, zeschizowanego umysłu!’ Tak właśnie powiedział :)

    W horrorowym, halloweenowym nastroju: wczora z wieczora urządziłyśmy sobie wieczorek grozy u Monisi: przebrałyśmy się za wiedźmy, tylko niestety nasza własna próżność nie pozwalała nam ucharakteryzować się całkiem na brzydko, więc tak średnio przypominamy wiedźmy, ale za to makijaże mamy zupełnie grobowe i bawiłyśmy się w Tofika z towarzyszeniem jack o’lanterna. Chyba wrzucę filmik na youtube ;p a zdjęcia pewnikiem na flickerze Monisi, czyli tu, już niedugo :)

    Natomiast dzisiaj starym polskim zwyczajem wybrałam się z mamą na cmentarz. Nie przepadam za tym świętem (moja Olcia opowiadała mi, jak to u niej w szkole napisali na tablicy Wesołych Świąt ;]) i co roku skręca mnie, kiedy widzę groby zastawione pękami kwiatów sztucznych i w doniczkach i tonami zniczy – ludzie rujnują się na to, żeby ich groby wyglądały jak najładniej, ale co komu z tego przychodzi? taka typowa katolicka mentalność – ma być ładnie, ale idzie na to taka masa pieniędzy, które możnaby było wydać na lepsze cele, dać komuś, kto nie ma, i byłoby to sto razy bardziej chrześcijańskie od kupienia kolejnej donicy z chryzantemami; a na dodatek tnie się niepotrzebnie kwiaty, kupuje się znicze i marnuje się albo plastik, albo szkło, w hurtowych ilościach; a na dodatek wszyscy przypominają sobie o tym obowiązku nagle, raz do roku, i rusza lawina samochodów i mamy te piętnaście osób dziennie, zdaje się przeciętnie, które giną na drogach, bo wszyscy nagle muszą pojechać na cmentarz samochodem. (Albo po prostu mają daleko, no dobra ;p) Przecież jedna czy dwie lampki i kilka kwiatków wystarczy, nie trzeba chyba udowadniać nikomu swojego osobistego stosunku do zmarłego przez stawianie dwudziestu zniczy i trzech donic z kwiatami wysokości metra… trzeba było udowodnić to samemu zainteresowanemu za jego życia… ;p denerwuje mnie to tak samo jak na przykład instalowanie gigantycznej choinki na Boże Narodzenie w Watykanie – lata się tymi helikopterami, żeby ją ściąć i przywieźć, zużywa się energię, czas i pieniądze; a nie lepiej by to jakoś pożyteczniej wykorzystać? a to tylko dekoracja dla szpasu.

    Ale za to miałam okazję poczuć się jak prawdziwa jesienna dziewczyna – szłam na cmentarz, pogoda była cudowna, jesienna, chłodne słońce i dywan liści, że użyję tego oklepanego określenia, a ja niosłam w rękach chryzantemy, kilka rozkwitniętych, ślicznych chryzantem. Romantyzm chwili psuł niestety fakt, że chryzantemy były przeznaczone na groby ;p właściwie chryzantemy cudownie pachną, szkoda, że się tak cmentarnie kojarzą – chyba całkiem by mi się spodobało, jakby chłopak przyniósł mi naręcze chryzantem zamiast takich tam róż czy tulipanów ;p i rzucił przy tym cytatem ze Starszych Panów ;p no ale na takiego faceta to ja sobie jeszcze poczekam… ;p (no chyba że Nuwanda łaskawie pofatyguje się do Łańcuta ;p)


    • RSS