kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 9.2007

    (ja właściwie nie aspiruję do miana osoby, która jest pewna że wie, co powyższe znaczy ;p)

    Przeczytałam ostatnio szybko Imię Róży, to była książka z gatunku tych, co się bardzo szybko czytają, i zostawiają w człowieku taką dziurę – zmęczyłam potem Wahadło Foucaulta, które strasznie chciałam przeczytać, ale momentami gubiłam się w tych filozoficznych dywagacjach, a nie chciałam czytać książki dla samej akcji, a Wahadło też się kończy strasznie, i też zostawia dziurę – ostatnio tak okropnie, chociaż nie, chyba jeszcze gorzej, czułam się po przeczytaniu Idioty Dostojewskiego – sięgnęłam po tę książkę tylko dlatego, że nie przeczytałam Zbrodni i Kary i czułam się cokolwiek winna, a poza tym wiedziałam, że moja mama Idiotę również czytała będąc młodą (lekarką. taki żarcik ;p). Idiota był straszny, straszny, tak pięknie straszny, i po przeczytaniu go chodziłam jak nawiedzona, jeśli wiecie, co mam na myśli, nie jestem i nie będę pisarką zdolną znakomicie trafnie ujmować uczucia, a szczególnie te dziwniejsze ;p a teraz właśnie postanowiłam wziąć i przeczytać nowelkę Orzeszkowej, którą wzięłam sobie do prezentacji maturalnej. (Umyśliłam sobie ten temat już w gimnazjum, kiedy chodziłam zaczadzona Jane Austen – co zresztą wcale nie minęło – a potem na wakacjach w trzeciej klasie słuchałam Ireny Kwiatkowskiej, która wybornie czytała Trędowatą – ona jak nikt się do tej książki nadawała – i wpadłam na pomysł, że to przecież ta sama historia jest, tylko opowiedziana w zupełnie inny sposób, a potem doznałam dreszczyku radosnej ekscytacji, czytając Iwaszkiewicza, który, rozpływając się nad którąś nowelką Orzeszkowej, porównywał ją do Trędowatej właśnie, określając je odpowiednio mianem *arcydzieła* i kiczu. Wybaczcie mi, że się tak intelektualnie ekscytuję, ale strasznie mnie to rajcuje. (Nawet nie czuję, jak mi się rymuje.)

    Ta nowelka Orzeszkowej to Pieśń Przerwana – to jest o młodej ubogiej dziewczynie, Klarze, której rodzina pochodzi z miasta, umiera jej matka, z ojcem i rodzeństwem osiedla się na wsi w pobliżu pałacu znakomitego księcia Oskara, który pewnego dnia przechodzi koło jej chatki, przystaje, zaciekawiony, na pogawędkę, i zaczyna się nią fascynować, może nawet zakochiwać się w niej? (ale brzydko brzmi bezokolicznik ‚zakochiwać się’, nie? to tak jak ‚śmichy chichy’ ;p) (książe zachowuje się jak człowiek totalnie zakochany i wyznaje swe uczucia swojej wybrance) . Książę, aby jej nie krępować, mówi jej, że jest tylko przyjacielem księcia, jego plenipotentem czy kanclerzem czy co tam ma książę u dworu, i dziecwzyna się oczywiście w nim zakochuje. Idylla przez kilka dni, aż pewnego słodkiego wieczoru, gdy zakochana para słucha muzyki dobiegającej ich z okien pałacu, do księcia przybiega jakiś szczyl i krzyka: ‚jaśnie oświecony książę, stryj pana szuka!’, na co Klarcia zwiewa i anstępnego dnia przenosi się do innego domu – w mieście. Książę jest cokolwiek zrozpaczony, na co jego przyjaciel – ten, pod którego się podszywał, radzi mu, aby się z dziewczyną ożenił. I teraz przytoczę w całości puentę nowelki, która jest z gatunku tych okrutnych i dziurawiących:

    Przyjemski spuścił oczy.

    –Niech mi książę przebaczy.Rada moja była złą. Podyktował mi ją… naprędce… żal obudzony widokiem żalu księcia.

    Teraz on zaczął szybko biegać po pokoju; targał czarnego wąsika, myślał, aż znowu stanął przed przyjacielem.

    –Więc cóż?– zaczął wahającym się głosem.– Cóż?Innej rady nie ma.Książę daremnie dotąd szukał na świecie uczucia prawdziwego,szczęścia,celu i różnych tym podobnych rzeczy.Zdaje się księciu,że je znalazł w tej dziewczynie,którą we dwa dni odszukać można. Biorę to na siebie. Odszukam ją i niech się książę z nią ożeni!

    Książę Oskar podniósł głowę i spojrzał na powiernika takimi oczyma,jakby uszom własnym nie dowierzał.

    – Co powiedziałeś?– zapytał. Przyjemski śmiało powtórzył:

    – Niech się książę z nią ożeni!

    Twarz księcia zaczęła szybko zmieniać wyraz,aż nagle po gabinecie obszernym i wspaniałym rozległ się wybuch śmiechu:

    – Cha,cha,cha,cha!cha,cha,cha!cha,cha,cha!

    Głosem przez ten śmiech przerywanym książę Oskar mówił:

    – Paradny jesteś, mój Juliuszu, paradny!Cha,cha,cha! Myślałem,że zginę z żalu,ale, cha,cha,cha! ty byś mógł rozśmieszyć umarłego, cha,cha,cha,cha!
    Wydobył z kieszeni chustkę,przyłożył ją do oczu i śmiał się tak,że aż śmiech przechodził w łkania.

    – Cha,cha,cha! cha!cha!cha!

    PS Bardzo proszę o czytanie poprzedniej notki, a dokładnie rzecz biorąc apelu o zaprzestanie używania plastikowych torebek jednorazowych! ;p

    Autumn Leaves

    5 komentarzy

    Dzisiaj byłam z mamą na targu. To była moja pierwsza wizyta chyba od roku, bo przez cały ostatni rok miałam ustawione w soboty rano lekcje skrzypiec (a sobota rano to u nas zwyczajowy pora zakupowa ;p). Poszłam – musiała wstać o nieludzkiej porze – ósmej rano – i się no proszę państwa zupełnie zachwyciłam ;p niesamowicie ładny ten targ był, z poukładanymi w rzędach jabłkami, tonami jabłek, w przeróżnych kolorach, pomidorami, papryką, kapustą, porami, czarneą rzodkwią, koprem, ogórkami, cebulą (jedna skrzynka z cebulą tak mi się spodobała – taka była śliczna ta cebula, taka złota, że poprosiłam mamę, żeby kupiła mi cebuli ;p) – to wszystko oświetlone jasnym, chłodnym, złocistym światłem słonecznym wyglądało zupełnie jak na starych obrazach, taka klasyczna martwa natura. (Moje poczucie estetyki naruszały jedynie wystające z każdego kosza białe tekturki z wypisaną ceną ;p)

    Moja mama jest totalnie ekspertem w kupowaniu jedzenia na targu. Już wszyscy ją tam znają, baby i chłopy z jajami wołają za nią ‚a może jajka? a może grzybki? pani, dobre jaja!’, a ona ma zawsze problem, od kogo kupić, bo jak nieopatrznie obieca, że zaraz przyjdzie, to potem głupio jej nie dotrzymać słowa i kupuje. Poza tym sprzedawcy ją lubią, bo w imię dbania o środowisko zawsze nosi z domu własne plastikowe siatki, żeby nie zużywać nowego plastiku, i mówią jej: ‚a pani to własne siatki nosi, a niektórzy to by chcieli siatkę na najmniejsze jedno warzywko’, jakoś tak jej mowią, a poza tym jak przebiera w warzywach, to robi to dość ostrożnie i kulturalnie.

    (Dygresja proekologiczna: wzywam naród do noszenia do sklepu własnych plastikowych siatek, albo najlepiej toreb wielokrotnego użytku jakich se chcecie! otóż tych plastikowych jednorazówek idzie codziennie w skali kraju całe mnóśtwo, a potem je wyrzucamy na śmieci i zanieczyszczamy w ten sposób środowisko: po pierwsze taka plastikowa torebka rozkłada się przez jakieś 500 lat, a po drugie zużywa się całą masę prądu i paliwa i czego tam na wytworzenie kolejnych torebek (naprawdę, przyjrzyjcie się, ile ich zużywamy!), i tak przyczyniamy się do tworzenia się efektu cieplarnianego i zużywamy niepotrzebnie energię. A w przyszłości grozi nam deficyt energetyczny, jak się węgiel i ropa wyczerpią!

    Jak byłam w pierwszej klasie liceum na wycieczce we Francji (taka, wiecie, objazdówka, z której de facto niewiele się pamięta ;p), to zwróciła moją uwagę najbardziej jedna rzecz: to, że w hipermarketach NIE MA plastikowych torebek jednorazowych! kiedy nasza wycieczka władowała się do L.Eclerca niedaleko Wersalu, wszyscy zrobili zdziwione oczy przy kasach i zaczęli nerwowo pytać o siatki, bo nie mieli w co włożyć zakupów. Na co z kolei kasjerzy zrobili zdziwione oczy i oświadczyli nam, że plastikowych jednorazówek nie ma i możemy co najwyżej kupić taką solidną plastkową torbę, jak to się mówi, wielokrotnego użytku. Jakeśmy zrobili. Tam po prostu takie jednorazówki są zakazane! (Ja nie wiem, co w naszym polskim kraju robi minister środowiska. Oprócz zgarniania kasy.) Tutaj takie szlachetne inicjatywy, zdaje się, wprowadza Ikea. Można tam sobie kupić papierowe torby, albo taką olbrzymią z szelkami na ramię, ale plastikowych już nie ma. Szkoda tylko, że wszyscy na to nie wpadną!)

    Obie z mamą wierzymy głęboko w to, że najlepsze jedzenie jest jak najmniej przetworzone, bez konserwantów, chemicznych polepszaczy, i spryskiwaczy – mama żywi głęboką podejrzliwość wobec warzyw i owoców, które wyglądają za ładnie – takie, wiecie, na przykład olbrzymie czerwone jabłka, któych smak absolutnie nie może się równać z małymi, kwaśnymi jabłuszkami ze zdziczałej jabłonki, albo na przykład maliny i jeżyny – o wiele słodsze są takie zerwane z krzaka w czyimś zapuszczonym ogrodzie, malutkie i niepozorne, niż te wielkie i cudnie wyglądające ze sklepu, ale smakujące dość mdło ;p

    dlatego mama, zanim coś kupi, trzy razy ogląda wszystko w promieniu dziesięciu metrów, ale to właściwie była dygresja nie na temat, a temat jest taki, że w związku z miłością naturalnego i nienawiścią polepszaczy zaczęłyśmy kupować prawdziwe wiejskie mleko – od krowy! yay! jest cudowne – jest gęstsze niż normalne, i tak no dosłownie jedwabiście się rozpływa w ustach, i przy tym jest oczywiście tłuściejsze niż normalne, ale mi to ani trochę nie przeszkadza (overall, sometimes it’s better to add a few calories for the sake of quality, jak napisała w swoim bestsellerze ‚French Women Don’t Get Fat’ Michelle Guilliano, której ideologie jedzeniowe bardzo do mnie trafiają ;p) i, co najlepsze, ma ten specyficzny wiejski posmaczek – nie mam tu na myśli zapaszku śmierdzącej krowy, ale taki cudny totalnie wiejski zapaszek, którego schemizowane mleko ze sklepu absolutnie nie ma! na dodatek na takim mleku od krowy zbiera się jeszcze tłuściejsza śmietana, prawdziwa śmietana, a oprócz tego u fajnej wiejskiej kobity można kupić jeszcze masło i ser. Normalnie jestem w niebie – mogłabym się urodzić na wsi. Nie sądzicie, że krowy to strasznie fajne zwierzęta?

    „A Jaś i Nel znowu zagubieni – on na pustyni, ona w puszczy…” (Szkło Kontaktowe, z smsów ;p)

    Pan Ziobro na ostatniej konferencji prasowej do swoich kwiatków z zakresu wymowy dodał nowy: wypsnęło mu się powiedzieć ‚wymacha’ zamiast ‚wymachuje’. :)

    Natomiast ostatnio zastanawiałam się, czy by nie głosować na LiD, bo totalnie mnie rozbroił spot przedstawiający Wojtusia Olejniczaka, jak szczerze się szczerzy, a potem macha łapką i mówi: ‚heloooł!’ – z tym, że z drugiej strony odstręcza mnie nieco plakat Lidu ze skądinąd nam znanym Aleksandrem Kwaśniewskim, który na tym plakacie wygląda – przepraszam – jak bystre prosiątko ;p

    PS Ten odcinek sponsoruje literka Ć, która po długim okresie dezaktywizacji znowu jest back in action!

    („Pocałunek kobiety pająka” to jeden z naszych rodzinnych catchphrasów. Dopiero niedawno odkryłam, że jest właściwie taka książka ;p)

    Korzystając z dwóch momentów słodkiej wolności, siedzę przed kompem, popijam kakao i słucham koncertu skrzypcowego Karłowicza w wykonaniu mojej ukochanej Kai Danczowskiej. Od kilku dni gości u nas angielski stary dobry kawaler (w tym roku, jak wyliczył, jest w Polsce po raz pięcdziesiąty trzeci – ktoś by pomyślał, ale z niego wariat… ;p) i ostatnio zupełnie mnie zachwycił, bo zrobił rzecz, która, myślałam, zdarza się tylko w telewizji – mianowicie wsypał sobie sól do herbaty. (Potem na blogu kumpla posypały się komentarze świadczące o tym, że to jednak jest częstsze zjawisko ;p)

    Pogodę mamy pod psem. (Chyba ten Anglik przywlókł tu typową angielską pogodę.) Mam ochotę przeprowadzic się zaraz do Toskanii. (Chociaż z drugiej strony kupiłam sobie w tym roku nową zimową kurteczkę, więc nie wiem, czy w Toskanii moja próżnośc zostałaby zaspokojona ;p) Marzy mi się jakaś wielka akcja dekoratorska w domu – ostatnio wygrzebałyśmy z mamą z piwnicy stos czasopism wnętrzarskich sprzed paru lat i mój wewnętrzn would-be interior designer się rozhibernował. Chętnie pojechałabym do Warszawy na wielkie zakupy meblowe (najlepiej zahaczając po drodze o Złote tarasy), ale gdzie tam – nie mam czasu nawet na łażenie po sklepach w Rzeszowie. Za każdy razem, kiedy mam choc odrobinę czasu wolnego i spędzam ją inaczej niż grając na skrzypcach, doświadczam niemiłych wyrzutów sumienia, które skutecznie zatruwają mi humor. Co, niestety, nie znaczy, że wtedy rzucam wszystko i biegnę cwiczyc. Tak jak na przykład teraz, ale chwilowo mam usprawiedliwienie w postaci w.w Karłowicza, który leci w radiu, więc nie posłucham go kiedy indziej ;p a notkę piszę tylko przy okazji ;p haha ;p)

    Chyba skończę, bo coś mi tematów brakuje i straszne wodolejstwo uprawiam ;p

    PS Na moim biurku leży naklejka z napisem:
    „Myślicie, że nas nie ma???
    Jesteście w błędzie…
    IV LICEUM
    jest wszędzie!!

    PS2 Może by zorganizowac akcję strajkową – w ramach protestu przeciwko pogodzie każdy bierze ciepłe skarpety, wełniany koc, kubek czegoś gorącego do picia, ciasteczka czekoladowe i coś do czytania albo fajny film, i nie wyłazimy spod przykrycia, dopóki pogoda się nie poprawi? No bo sorry, gdzie ta polska złota jesień! (dobre samopoczucie i kilka kilogramów gratis gwarantowane!)

    (Właściwie technicznie rzecz biorąc, jest to Trzeci Września, ale nie wchodźmy w szczegóły.) Już po pierwszym dniu szkoły, który tak naprawdę dniem szkolnym nawet nie był, padam (tradycyjnie) na nos. Mam otarte stopy i boli mnie głowa i normalnie jestem biedna!

    Wrzesień zaczął się dla nas smutno – umarł ojciec naszego kolegi z klasy. Dzisiaj cała nasza klasa poszła na pogrzeb – ja o mało co się nie spóźniłam, bo szłam z doskoku ze szkoły muzycznej – w akcie desperacji zamachałam na jakiś samochód jadący w stronę cmentarza, zatrzymał się, wsiadłam – za kierownicą siedziała dziewczyna jadąca na ten sam pogrzeb. Okazało się, że jest koleżanką siostry naszego kolegi – i zaczęła mnie coś pytac, o rodzeństwo kolegi, o jakichś braci i siostry jego – a mi się zrobiło wstyd, że ja właściwie nic o jego rodzeństwie nie wiem. Ostatecznie chodząc do jednej z nim klasy mogłam zadac sobie kiedyś trud pogadania z nim o nim – było mi strasznie głupio i kręciłam przy odpowiedzi. Na pogrzebie było bardzo smutno i bardzo pięknie – przez wąziutkie szparki w chmurach prześwitywały promienie słoneczne. (Chociaż jak zawsze na pogrzebie znalazło się paru panów, którzy jowialnie ściskali sobie ręce i półgłosem mówili sobie ‚kopę lat!’ ;p)

    Od jutra zaczynam tak zwany kołowrót – oprócz normalnego liceum szkoła muzyczna – pięc popołudni w tygodniu. Full wypas ;p w związku z czym notkę piszę dzisiaj, ale resztę zaległości blogowych nadrobię w weekend (słowo honoru :D) a ja w tym roku muszę muuuuszę po prostu muuuuuuuuszę się spiąc!

    Kiedyś zobaczyłam sobie w necie pierścionki z brylantami. Czy diamentami czy tam co tam – diament, który miał jedną dziesiątą czy setną karata, już nie pamiętam, kosztował coś pod tysiąc złotych. Ehh. Powiedziałam potem mamie, że marzy mi się narzeczony, który da mi pierścionek z brylantem a prezencie zaręczynowym, na co mama odpowiedziała: tata dał mi narty. ;p

    Wacław Havel przyjeżdża do Polski i ukuto hasło: Havel na Wawel! Podobno tlumacz jego książek rozmawiał kiedyś z Szymborską (znaczy ja nie wiem czy osoby dokładnie te i czy związek między nimi taki, ale tyle zapamiętałam z opowiadania mamy), i Szymborska bardzo pozytywnie się o Havlu wyrażała, a między innymi powiedziała: ‚Szkoda, że tacy ludzie nie mają bliźniaków.’

    Kropka :)

    PS Ostatnio z upodobaniem oglądałam Szkło Kontaktowe i wciągnął mnie wir wydarzeń politycznych. Sledzenie niusów działa bardzo rozweselająco.


    • RSS