Przez ostatnie dwa tygodnie żyłam kursami muzycznymi (w Łańcucie), skądinąd znanymi chyba już miłym czytelnikom tego bloga, dzisiaj mam dzień przerwy, a jutro zaczyna się drugi turnus i takoż przez następne dwa tygodnie. Zawiesiłam bloga, bo jak parę dni temu weszłam na niego, to mi już zbrzydła ostatnia notka, a nie miałam czasu napisać nowej ;P ale teraz akurat troszkę czasu mam, więc ponadrabiam :D
Na kursach oczywiście zawsze jest cudownie, ekstra super i w ogóle, to już wiemy i to nie ulega wątpliwości. (W przedostatni dzień moja fajna trzynastoletnia koleżanka wyciągnęła mnie na korty xD) Natomiast: zawsze na dzień przed końcem turnusu organizowany jest tradycyjnie koncert, taki koncert, na który każdy profesor może wystawić najlepszego ucznia ze swojej klasy. Na tym koncercie przeważnie grają takie laski – wymiataczki – ładne dziewczyny, elegancko ubrane i zapitalające na skrzypkach, co się zowie, z tym że w większości przypadków to jest takie granie – przeważnie nienaganne technicznie, w miarę ładne i składne, ale nieciekawe i połączone z kiełetaniem się w te i wewte, unoszeniem brwi, marszczeniem się, i przybieraniem innych ciekawych min mających świadczyć o tym, że przybieracz znajduje się na szalenie wysokim poziomie artystycznym, rozumie, co to sztuka i jest na nią najbardziej na świecie wrażliwy. Jestem na tym punkcie szczególnie uczulona, nie lubię, jak ktoś na scenie robi z siebie gwiazdę. Niestety ludzi oczywiście to bardzo bierze, czego najlepszym dowodem Agata Szymczewska, zwyciężczyni ostatniego Wieniawskiego, na której temat już dawno miałam coś napisać, ale jeszcze się do tego nie zabrałam. (Agata Szymczewska czuje się na scenie jak ryba w wodzie, uśmiecha się zalotnie do dyrygenta, kiwa główką i wykonuje miniaturowe pas w rytm muzyki, a potem zaczyna grać, i – nic intrygującego w tej grze nie ma. A potem dostaje entuzjastyczne recenzje.) Kiedy patrzę na te laski wymiataczki, raczej nie wpadam w podziw, bo technika i te sprawy, tego wszystkiego można się nauczyć, tylko trzeba poświęcić temu trochę czasu (za co ja sama muszę się w końcu porządnie wziąć, bo moja technika dalej szwankuje). Natomiast raz na rok, na dwa, zjawia się na tej scenie zjawisko; i wtedy, tylko wtedy, zastanawiam się, czy ja rzeczywiście mogłabym tak zagrać. Otóż w tym roku zjawisko przybrało postać Jakuba N., przemiłego chłopca rok starszego ode mnie, któego dzień wcześniej spotkałam w sali, w której on i ja jednocześnie chcieliśmy się rozegrać przed koncertem klasowym, ale że on był pierwszy i na dodatek umówiony z akompaniatorką, wspaniałomyślnie ustąpiłam mu miejsca, czytaj: musiał mnie wywalić z sali ;D ;P a przy okazji zamieniliśmy kilka słów i zrobił na mnie bardzo miłe wrażenie, potem nawet, po godzinie, kiedy już wydrukowane były programy na nasz koncert, wrócił do sali, bo chciał coś powiedzieć znajomej, a potem podszedł do mnie i powiedział z uśmiechem, że mamy to samo nazwisko (hmm fajnie by było wyjść za mąż za takiego faceta, nie musiałabym zmieniać nazwiska, a jaki fajny mąż ;pp).
Nazajutrz okazało się, że gra na w.w. koncercie, że gra dwie części koncertu Szostakowicza. Za Szostakowiczem jakoś strasznie nie przepadam, ale byłam ciekawa, cóż też mój Kuba zaprezentuje. Otóż Kuba wyszedł i zagrał tak, że ja siedziałam i kiwałam się nieświadomie na krześle, że opadała mi szczena, że słuchałam całego tego Szostakowicza i nie chciałam, żeby się kończył, że tak mi się ten Szostakowicz n i e s a m o w i c i e spodobał! (I właśnie o to chyba chodzi w byciu muzykiem, że kiedy wychodzi się na scenę, to nie jest ważne to, jak ja to pięknie gram, tylko – jaka to piękna muzyka, a ja chcę pokazać to ludziom, że ona jest taka piękna! Denerwuje mnie u wielu skrzypków za duże skoncentrowanie na własnej osobie, wtedy to wszystko robi się takie – niedojrzałe!) Oczywiście gość technicznie był nienaganny, ale wirtuozeria absolutnie nie przesłaniała tej warstwy muzycznej, a wszystko, każdą pojedynczą nutkę wygrywał cudownie, jak on pięknie grał! a w tych chwilach, kiedy odejmował skrzypce od ramienia, widać było, jak jest wyczerpany, i wtedy jakby – troszkę nie miał co z sobą zrobić, ze dwa razy wzniósł oczy do góry, na sufit, ale wypadło mu to bardzo naturalnie i odrobinę śmiesznie, ale w taki śliczny sposób, i na twarzy miał wypisany jakiś zupełnie nadludzki wysiłek. Widać było, jak bardzo on jest skupiony na muzyce, na muzykowaniu, i jak bardzo przy tym – jak bardzo jest on, a jednocześnie go zupełnie nie ma; i była liryka, liryka, i metafizyka, bo na scenę wyszedł nie uczeń, ale – artysta!