kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 6.2007

    Otóż wczorajszy dzień zaczął się dla mnie kochanie, bo znajomy kierowca w autobusie, którym zawsze jeżdżę do szkoły, powiedział do mnie ‚cześć perełko’ i ‚dzięki za uśmiech’ – zawsze się do niego uśmiecham, jak z nim jadę. Potem dostałam swoje świadectwo z liceum, które wcale nie jest takie tragiczne, jakby się można było spodziewać, widnieją bowiem na nim zaledwie dwie tróje (i ani jednej dwói! zdałam w końcu tę przeklętą chemię), a oprócz tego sześć czwór i pięć piątek. Potem jednak zaczęły się komplikacje. Otóż żeby dostać świadectwo w szkole muzycznej, trzeba wypełnić i oddać nauczycielowi kartę obiegową, czyli takie podpisane przez kompetentne osoby zaświadczenie o tym, że nic nie jesteśmy dłużni szkole, znaczy: że oddaliśmy wszystkie nuty do biblioteki, sprzęt do magazynu itp. Ja miałam na swojej zaledwie podpis mojego sora skrzypcowego, co znaczyło, że brakowało mi jeszcze trzech: bibliotekarki, magazyniera i sekretarki. Oczywiście przypomniałam sobie o tym dopiero wczoraj, a jakże ;P więc w obliczu takiej katastrofy jak niemożność odebrania świadectwa w muzycznej wszczęłam akcję ‚karta’ i prosto po zakończeniu roku w liceum popędziłam do muzyka i zaczęłam się nerwowo miotać w poszukiwaniu kogokolwiek z w.w. osób. Najpierw poszłam do sekretariatu, gdzie wyjątkowo miła (poważnie! to chyba był pierwszy raz od podstawówki, kiedy spotkałam przyjaźnie zachowującą się sekretarkę) pani sekretarka, pobrawszy odpowiednią opłatę na Fundusz Pomocy Szkole (;]), poinformowała mnie, że wszystko wporzo i zarówno bibliotekarka, jak i magazynier są dziś, znaczy wczoraj, w szkole. Popędziłam do biblioteki – zamknięta! Niezrażona tym, myśląc sobie, dobra, pani gdzieś na chwilę wyszła, poszłam do magazynu, który ku mojej uldze był otwarty, i wyszarpałam od miłej pani podpis i pieczątke. Wróciłam do biblioteki – dalej zamknięta! Poczyhałam jeszcze chwilę na bibliotekarkę, i nic – no to wyszłam ze szkoły i poszłyśmy się z moimi dziewczynkami przejść. Po powrocie do szkoły bibliotekarkę dopadłam, w przebłysku geniuszu oddałam swoje ostatnie drobne pieniądze na kwiaty dla naszej ‚wychowawczyni’, uświadomiwszy sobie, że nic dla niej nie mamy, a potem poszłam na rozdanie świadectw do auli: miałam świadectwo z paskiem (w liceum mam beznadziejne oceny, to przynajmniej tu mam dobre ;P), a świadectwa z paskiem rozdawane są w szkolnej auli przez miłą panią dyrektor. Usiadłam sobie koło swojej znajomej i czekam: najpierw był OSM, czyli ogólnokształcąca szkoła muzyczna, więc przeczekałam wszystkie sześć klas, potem przyszła kolej na PSM, czyli nas, czyli mnie, i czekam, aż dyra mnie wywoła – i czekam, i czekam, już pół mojej klasy przeszło, już wszyscy na świecie przeszli, a mnie – niet! Taki suspens! Już się zaczęłam zastanawiać, czy ja może nie istnieję w obliczu prawa, albo czy może dostałam nagle na ostatnią chwilę jakąś pałę i to drastycznie obniżyło moją średnią, i co się w ogóle dzieje, sorry, jak już nastawiłam się psychicznie na tę nieprzyjemną okoliczność przedefilowania przez całą salę, to mnie nie chcą! Byłam już całkiem zaskoczona, bo ceremonia się skończyła, a tu podchodzi do mnie moja opiekunka roku (czyli coś jakby ‚wychowawczyni’) i mówi, ‚Kaja, nie oddałam pani dyrektor twojego świadectwa, bo twój pan zapomniał go podpisać!’ i w ten sposób pomimo ekspresowej akcji ‚karta obiegowa’ świadectwa i tak nie dostałam :( :P:P

    Ale co gorsza! miałam ze sobą tłumaczenie z francuskiego Cortota o etiudach Chopina, dla jednej nauczycielki fortepianu z naszej szkoły, i miałam to jej oddać. Oczywiście gdy po zakończeniu roku w muzycznej spotkałam znajomych, którzy kazali mi wyjąć swoje świadectwo, ku własnej swojej zgrozie ujrzałam pod świadectwem w.w. tłumaczenie, którego oczywiście oddać zapomniałam. Popędziłam więc z powrotem do szkoły, szukam tej nauczycielki, pytam się o nią, i co – okazuje się, że poszła już do domu! Dzwonię do niej, ona mówi, że teraz jej w domu nie ma –

    i musiałam się kiełetać jeszcze dwa razy do Rzeszowa, żeby jej to podrzucić!

    Eeeech. ale za to teraz mamy już wakacje. Hip hip – hurra na cześć wakacji!

    Jeszcze jedno, do poprzedniej notki, a zapomniałam dopisać: to będzie chyba NONO? no no no! ;P

    Otóż kiedy byłam małą dziewczynką, śpiewałam w scholi w naszej znakomitej parafii. Wchodziło się po schodkach na chór, i tam były takie ławeczki i krzesełka, tak, że w czasie mszy oprócz chóru wchodzili tam ludzie, tacy zwykli, którzy nie mieli gdzie usiąść na dole. Pewnego razu, kiedy w kościele było akurat wyjątkowo dużo ludzi – nie wiem, to było chyba jakieś święto – masa ludzi przyszła na górę na ten chór i dużo ludzi tamże właśnie stało, bo krzesełek już nie było wolnych. Nam ze scholi udało się askurat dorwać ławeczkę, ale ja siedziałam koło jakiegoś obrzydliwie grubego faceta, który po chwili zwrócił mi uwagę, że powinnam wstać, bo obok stoi pani i pewnie chciałaby usiąść. Pani, z tego co pamiętam, nie była wcale stara, jak teraz się zastanawiam, to wydaje mi się, że mogła mieć najwyżej pod czterdziestkę, a diabelskie podszepty mówią mi, że była jeszcze młodsza. Ja, jak to ja, grzeczne i ciche dziecko, grzecznie i cicho zeszłam z ławki, ale w głębi duszy się gotowałam i ciężko się na faceta obraziłam. Zapamiętałam go sobie dobrze – teraz często go widzę, kiedy idę do szkoły, i do tej pory mu to pamiętam. Oczywiście on mnie już nie pamięta, bo od podstawówki mój wygląd raczej się zmienił, i niesamowicie mnie zaskoczył, kiedy właśnie ostatnio na ulicy – w tym dniu, w którym te wszystkie inne miłe rzeczy – zapytał mnie na ulicy, widząc, że niosę skrzypce, ‚a ty gdzie grywasz?’, czy może ‚a pani gdzie grywa’, już nie pamiętam – pytał się, na czym, w ogóle był dość rozmowny i miły, zapytał mnie nawet o Wiesława Skrobacza – to był taki przemiły pan, nasz sąsiad, skrzypek, który uczył w szkole muzycznej w Łańcucie i był bardzo sympatyczny, zresztą jego córka, która mieszka dalej koło nas z mężem i dwoma córkami, z których jedna uczy się u mojej nauczycielki skrzypiec z podstawówki – i który umarł parę miesięcy temu na raka. Więc ze strony Grubego było to oznaką dobrej strony jego charakteru, że mówił o nim z sympatią (de mortuis nil nisi bene :) ale ten człowiek naprawdę był cudowny!) i byłam kompletnie zbita z tropu tą jego całą sympatią i niejaką wrażliwością, i oczywiście zrobiło mi się trochę głupio *lol2* i byłam dla niego bardzo miła.

    Coś, co od dawna chciałam napisać: czytanie biografii Mozarta może niejednego wpędzić w kompleksy. Wystarczy nawet poczytać jego listy, żeby zauważyć, jak ten już szesnastoletni szczyl był dojrzały, jakie on miał poglądy wyrobione! My na przykład bierzemy za pewnik, że Hamlet to jest szczyt geniuszu i fantastyczny, a on zamieszcza w liście do taty swojego taką uwagę, że jego zdaniem kwestia Ducha (w tej słynnej scenie, kiedy Hamletowi ukazuje się Duch) że mianowicie kwestia Ducha jest za długa! bo im dłużej trwa ta jego przemowa, tym bardziej przyzwyczajamy się do myśli, że ten Duch istnieje, i tym mniejsze wrażenie ta kwestia na nas robi. Coś w tym jest, nie? Albo te jego słynne zdolności obserwacyjne: fenomenalnie opisuje ludzi. (Ja mogę sobie zawsze powiedzieć, że nie opisuję tak z tego powodu, że tego bloga czyta masa moich znajomych! ;P:P) Mozart – to po prostu zjawisko! (Gram teraz wolną część piątego koncertu – jest cudowna.)

    Kiedy dzień zaczyna się świetnie, możemy być pewni, że coś nam się jeszcze zdąży spitolić. Ilekroć podążałam na skrzypce żwawo i lekkim krokiem, zdążając na wszystkie autobusy i zajmując miejsca siedzące, przychodząc do szkoły muzycznej przed czasem i ryzgrywając się przez pół godziny w sali, tyle razy byłam ochrzaniana w większym lub mniejszym stopniu; a ile razy goniłam na autobus z wywieszonym jęzorem, miałam kołowrót w szkole, i przychodziłam z kiepskim nastawieniem i przekonana, że nic nie ugram, nawet niezależnie już od czynników pozaskrzypcowych (;P), tyle razy byłam chwalona. Ostatnio, pół tygodnia przed egzaminem, spóźniłam się na autobus, a że miałam dodatkowy akompaniament – i była to niedziela, zbyt wiele autobusów nie jechało – i po tym moim, na który się spóźniłam, było wielkie wielkie nic; więc w obliczu takiej kaszany zdesperowana pierwszy raz w życiu złapałam stopa. Stop podwiózł mnie prawie pod szkołę, przyszłam punktualnie i zagrałam całkiem że ujdzie. Prawo to sprawdza się nie tylko w odniesieniu do lekcji skrzypiec, ale działa także ogólnie, że tak powiem.

    Otóż dzisiaj dzień zaczął się fatalnie: nie lubię, nienawidzę wstawać rano – a dzisiaj miałam na siodmą dziesięć. Zwlekłam się ledwo żywa z łóżka (chciałam się złamać i iść na dziewiątą, ale ochrzaniła mnie mama), złapałam autobus i przyjechałam do szkoły – gdzie okazało się, że pierwszej lekcji nie mamy i wszystkie rozsądne misie pysie przychodzą na ósmą. To dla mnie, proszę Państwa, był disaster i cios prosto w serce! więc razem z koleżanką, która przyszła tak samo sierotowato na siódmą jak ja, poszłam spać na szkolne boisko.

    Po tak kiepskim początku dnia nastąpiła Seria Fortunnych Zdarzeń, czyli A Series Of Fortunate Events:

    PRIMO: profesorka od chemii zawołała mnie i powiedziała: ‚dziecko… co ja z tobą zrobię… nie zaliczyłaś pierwszego semestru… ale dam ci to trzy…’ i tym sposobem oddalone zostało zagrożenie dwói na świadectwie maturalnym,

    SECUNDO: profesorka od polskiego puściła nas wcześniej (słowo honoru, to był cud xD),

    TERTIO: kiedy kupowałam kawę dla sora skrzypcowego w fajnym sklepie z kawą, obsługiwał mnie jakiś miły młody człowiek, który co rusz podtykał mi puszki z kawami i herbatami pod nos i czarująco się uśmiechał (z tego wszystkiego oprócz kawy nabyłam moją ulubioną wędzoną herbatę, i – w akcie szaleństwa – cukier trzcinowy w kostkach),

    QUARTO: czekając na sora skrzypcowego, który się spóźnił, bo miał jakieś super-ważne sprawy do załatwienia, spotkałam swoją koleżankę, też z jego klasy, z którą zawsze bardzo dużo się śmiejemy, i śmiałyśmy się wręcz nieprzyzwoicie, potem sor przyszedł, opalcował i osmyczkował mi Bacha, a jej Sibeliusa, po czym wręczyłam mu jakąś przedziwną płytkę (z tą kawą, w ramach prezentu końcoworocznego) z czterema różnymi wykonaniami Sonaty z diabelskim trylem Tartiniego, a on się ucieszył, powiedział, że fajna sonata, i że pasjonatka ze mnie *lol* xD po czym wracałam do autobusu w towarzystwie swojej koleżanki – śmieszki, plotkując sobie ochoczo,

    QUINTO: po powrocie do miasta mego rodzinnego wybrałam się do swojej starej podstawówki muzycznej, a po drodze kupiłam sobie lody i trzeci raz w tym roku jakiś facet powiedział mi na ulicy ‚smacznego’,

    SEXTO (ja nie jestem pewna tych nazw łacińskich, lecę tak, jak kojarzę po nazwach interwałów ;P): pogadałam sobie ze swoją miłą panią z podstawówki, spotkałam dwie stare znajome i udało mi się ominąć dyrektora, który do tej pory mówi do mnie ‚Małgosiu’,

    SEPTIMO: wracałam do domu i zaczepił mnie na ulicy jakiś kwestionariuszer, ja mu powiedziałam, że musi mi wybaczyć, bo spieszę się do domu, na no on powiedział mi, że wybacza, na co ja powiedziałam, dziękuję, na co on powiedział, proszę bardzo, a po chwili dorzucił, ale za to zaproszę panią na kawę, na co ja (byłam już dobre pięć metrów z przodu) powiedziałam, śmiejąc się, że coś za coś, tak?, na co on powiedział, że tak, i krzyknął coś jeszcze o moim adresie, ale już nie słyszałam dokładnie, bo byłam daleko,

    OCTAVO (no dobra, ‚po ósme’ chyba już jest inaczej tak naprawdę po łacinie ;P ) w domu miałam pyszną kolację, a jutro jedziemy z girlsami z klasy do Krakowa (i będzie wiocha w wielkim mieście :D)

    Zaliczyłam szystko, co mogłam zaliczyć, co prawda na jakieś beznadziejne oceny (moi nauczyciele z podstawówki i gimnazjum złapaliby się za głowę), i nareszcie mam wakacje! W środę jedziemy z dziewczynami do Krakowa na dzień, w czwartek robimy w szkole plażę – przynosimy kocyk i dmuchane piłki plażowe, aczkolwiek nie wiem, czy będziemy miały odwagę pokazać się w strojach kąpielowych ;P – a dzisiaj jest moja impreza osiemnastkowa (w imię Ojca i Syna… *lol2* ale tylko impreza, urodziny mam za dwa tygodnie ;P). Czyli czuję się już zupełnie wakacyjnie :)

    Oprócz kilku innych rzeczy, które kojarzą mi się z wakacjami, jedną rzeczą, która z wakacjami kojarzy mi się tak, że ach! – jest ścieżka dźwiękowa ze Shreka. Otóż moja psióła ma dziadków w Bieszczadach, którzy z kolei mają domek letniskowy w jednej bieszczadzkiej maleńkiej wioseczce, i tego domku nam zazwyczaj użyczają na wakacje i tam sobie na parę dni jeździmy z tak zwaną ekipą. Za pierwszym razem, jak tam pojechałyśmy, akurat wszedł na ekrany kin Shrek II, psióła moja zakupiła płytkę ze ścieżką dźwiękową w ramach uwielbienia dla tego boskiego skądinąd filmu (jak to oglądałam, na hasełka ‚zbieram na suchy chleb dla konia’ i ‚w czasie deszczu osły się nudzą’ – chyba tak to było? – niemalże popłakałam się z radości! ;P), i pojechawszy do tego domku, słuchałyśmy wszystkie tej płytki na okrągło. I teraz, jak słucham tych piosenek, to widzę wakacje, nas w strojach kąpielowych, sączące wytwornie mrożoną kawę z mniej wytwornych plastikowych kubków, słońce, trawiaste boisko do siatki przed domkiem, rzekę w dole, nas umierające z gorąca na strychu, nas klejące idiotyczne listy z wycinków z gazet do kumpla, ciepło, woda, wakacje, i w ogóle luzik bluzik! I tej ścieżki dźwiękowej słuchaliśmy, jak kolejny raz pojechaliśmy tam, i zawsze i na okrągło Shrek :D

    Jeszcze z jedną rzeczą mi się kojarzą, ale tylko dwie piosenki: akurat rok temu jechałam do Warszawy z mamą, która miała jakąś konferencję i w związku z tym dawała mi przez trzy dni całkowicie wolną rękę. Nałaziłam się po Warszawie okrutnie (niektórzy strasznie nie lubią Warszawy i uważają że jest potwornie brzydka, i oczywiście wszystkie te paskudne wieżowce i blokowiska w centrum z pewnością nie są ładne, ale przecież Stare Miasto jest dość sympatyczne – szczególnie po tym, jak przeczytałam Kolberga wspomnienia o Chopinie, i tam było coś o tym, że on chadzał ze znajomymi do cafe na Koziej – kto mi napisze dokładnie w komentarzu, gdzie jest ulica Kozia? bo ja nią szłam chyba kiedyś, ale nie pamiętam dokładnie, która to była ulica – a Nowym Światem idzie się bardzo przyjemnie nocą, Łazienki wciąż są śliczne – chociaż może rzeczywiście trochę przereklamowane :) – ale przyjemnie się tam chodzi, i ogólnie do Warszawy mam sentyment ;P), więc okrutnie się po Warszawie nałaziłam, a pewnego dnia, kiedy poszłam do Łazienek, to się po prostu w Łazienkach zgubiłam, nie mogąc znależć wyjścia. Słuchałam wtedy na okrągło dwóch piosenek: Accidentally in Love, I All Star, w tych wersjach ze Shreka (chyba sa jakieś starsze, oryginalne? ale ja ich nie znam ;P), i szłam przez te Łazienki z tym ‚hey now! you’re an all star! i no łóóó! normalnie, albo ‚so she said, what’s the problem, baby!’ i też łóóóó! generalnie, i wtedy w Łazienkach kwitł jaśmin, a ja mam absolutnego kota na punkcie jaśminu, więc się napawałam, i strasznie to fajny był początek wakacji wtedy. (Nie mówiąc już o tym, że w Warszawie jest Arkadia ;])

    Ale co to za Mom! Tera sprecyzuję – czytam Williama Somerseta Maughama. (Jak można mieć nazwisko, które czyta się ‚Mom’?) Czytam – i czytam – i się naczytać nie mogę. Właściwie jest to moja pierwsza książka Maughama, którą wzięłam do ręki, ale podoba mi się fantastycznie – to jest The Summing Up, to jest nie taka normalna książka, tylko raczej takie wspomnienia z masą dygresji. Moja mama ma w swoim stałym repertuarze historii taką historię właśnie o Maughamie, który kiedyś podrzucił swojej młodej sekretarce tekst swojej powieści do przejrzenia – tak, wiecie, czy w nim nie brakuje jakichś kropek i przecinków czy czegoś w tym guście – i ten jego tekst został mu oddany cały pokreślony na czerwono; otóż sekretarka jego wzięła sobie to poprawianie do serca i nakreśliła mu tam masę błędów gramatycznych i różnych innych. Rozumiecie, jemu! ;P i tę historię ostatnio moja mama opowiadała mojej psióle, a ja się zachęciłam do tego Maughama i chwyciłam właśnie to The Summing Up, w którym jest to opisane. Oczywiście jest tam masa innych rzeczy, z którymi zachwycająco się zgadzam (zresztą może nie jest to nic dziwnego, skoro moje poglądy kształtowała w największej chyba mierze moja mama [jak mawiają Kern i Lengren, 'nie wstydźmy się naszych tatusiów' :)], a Maugham to jest jeden z ulubionych pisarzy mojej mamy chyba). Maugham opisuje też swój charakter, który wydaje mi się zupełnie taki sam jak mój (szkoda, że nie wystarczy podobieństwo charakterów, żebym została wielkim pisarzem ;P). Poza tym pisze dużo o tym, jak ważne jest, żeby pisać przede wszystkim jasno i zrozumiale, co jest moim konikiem, bo nie cierpię długich, rozbudowanych, górnolotnych fraz z metaforami i trudnymi słowami, pisanych tak chyba tylko w ten sposób, żeby piszący mógł udowodnić swojemu czytelnikowi swoją niewątpliwą głębię intelektualną (ten trend daje się najmocniej zauważyć w pracach polskich naukowców). Jak tylko skończę to, zabieram się za wszystkie kolejne Maughamy, jakie w domu mamy, a potem, och, potem…

    Już zapomniałam, jak to cudownie mieć dużo czasu! Tak się od tego odzwyczaiłam, że teraz mierzi mnie już późne wstawanie (a kiedyś nie mogłam wstać wcześnie, kiedy miałam wolny dzień), objadanie się i folgowanie sobie, teraz staram się dużo grać (szkoda tylko, że taka epifania przyszła mi dopiero w czerwcu, a nie trochę wcześniej w roku szkolnym, oszczędziłabym mojemu sorowi sporo napsutej krwi ;P). Oprócz tego kontestuję chemię i na świadectwie maturalnym będę miała dwa z chemii, za to moim życiowym osiągnięciem w szkole jest piątka na czysto z geografii. Na jutro czeka mnie jeszcze niewątpliwa i ostania chyba w tym roku szkolnym na szczęście przyjemność wkucia na niemiecki, jaki czasownik łączy się z jakim przyimkiem. Tak więc I say adieu, as the French habit is, and come back to my German. (Maugham w wieku osiemnastu lat umiał niemiecki, francuski, i trochę włoskiego!)

    To znaczy będzie krajanka Hagrida z różnych śmiesznych rzeczy co mi się ostatnio zdarzyły. Myślę, że moi mili czytelnicy ucieszą się chociaż troszkę(a jak nie, … ]:->), jeśli napiszę, że z mojego znakomitego egzaminu dostałam takie dosyć mocne pięć. (Te trudne miejsca, co mi szły najgorzej, i rypałam je przed egzaminem, to ugrałam, a te proste, co mi zawsze szły dobrze, to właśnie na nich się sypałam! Sor powiedział, ‚brak koncentracji’ :) Przedwczoraj go zdawałam, ale pianistka, która miała ze mną grać (swoją drogą pianistka, która grywała ze mną od podstawówki i twierdzi, że ze mnie ‚kochane dziecko’ ;P), mogła zagrać ze mną dopiero na samym końcu – grałam ostatnia. Teoretycznie miałam być w planie koło szóstej, więc przyszłam się rozgrywać do szkoł na piątą, ale jak się przeciągnęło, to się przeciągnęło ostro i grałam zaraz przed ósmą. Potem mój sor kazał mi czekać, aż skończą o b r a d o w a ć, i razem z kilkoma innymi ofiarami edukacji muzycznej czekałam do za piętnaście dziewiąta na wyniki. Ofiary te to były głównie dziewczynki w wieku licealnym, czyli moim, i rozpaczały, że właśnie w tej chwili zaczyna się ostatni odcinek Magdy M, a one nie mogą go oglądać! Ja od Magdy M właściwie uzależniona nie jestem, ale niewiele mi w pewnym momencie do tego brakowało, więc serdecznie im współczułam. Jednak to właśnie ja zostałam wybrańcem losu (a raczej wybranką xD) i gdy przyjechałam do domu, zaserwowano mi na gadu najuroczejsze synopsis, jakiego mogłam się spodziewać – a teraz ja zaserwuję je Wam, dla wszystkich tych, które również nie oglądały, a przy okazji innym też wcisnę :D

    zozolcia (5-06-2007 22:39)
    No więc… w Warszawie zebrało się Pierwsze Konsylium w składzie Sebastian, Mariola, Agata i Karolina i postawili przed sobą Magdę.

    zozolcia (5-06-2007 22:39)
    Jak to nie odniosło skutku, zwołali Drugie Konsylium, zapraszając mamę Magdy.

    zozolcia (5-06-2007 22:40)
    No i mama Magdy tak jej opowiedziała, że teraz jest szczęśliwa z jej ojcem, ale żałuje tych straconych dwudziestu lat.

    zozolcia (5-06-2007 22:40)
    I na drugi dzien II Konsylium + Magda… Poszło na dworzec!

    zozolcia (5-06-2007 22:40)
    I kupiła Magda bilet!

    zozolcia (5-06-2007 22:40)
    I pojechała!

    zozolcia (5-06-2007 22:40)
    Ale!

    zozolcia (5-06-2007 22:41)
    Tego dnia rano Piotr poszedł na samotną wspinaczkę po górskiej skale.

    zozolcia (5-06-2007 22:41)
    I był najazd na jego obsuwające się ręce… i REKLAMA.

    zozolcia (5-06-2007 22:41)
    Po reklamie:

    zozolcia (5-06-2007 22:42)
    Magda siedzi u Piotra w domu, z jego rodzicami. Ojciec Piotra dzwoni na jego komórkę. Proszę państwa, co za emocje, okazuje się, że Piotr zostawił komórkę w domu!

    zozolcia (5-06-2007 22:42)
    Kolejna scena: helikopter leci! Z patrolem!

    zozolcia (5-06-2007 22:42)
    Najazd na Piotra… Piotr żyje! Żyje i dba o swoją higienę! Myje ręce w strumyczku!

    zozolcia (5-06-2007 22:43)
    I nagle… cóż widzi, cóż widzą jego oczy, Piotrowe oczy?

    zozolcia (5-06-2007 22:43)
    Helikopter widzą!

    zozolcia (5-06-2007 22:43)
    Helikopter ląduje… Napięcie rośnie… I któż wyłania się z helikoptera?

    zozolcia (5-06-2007 22:43)
    Magda się wyłania!

    zozolcia (5-06-2007 22:43)
    Machają do siebie!

    zozolcia (5-06-2007 22:44)
    Biegną, proszę państwa, oni biegną przez górską zasnieżoną łąkę, tak!

    zozolcia (5-06-2007 22:44)
    ale… cóż się dzieje… staja naprzeciwko siebie i się nie całują!

    zozolcia (5-06-2007 22:44)
    Co oni robią? Albo raczej czego nie robią…

    zozolcia (5-06-2007 22:44)
    Piotr przemawia.

    zozolcia (5-06-2007 22:44)
    Piotr PRZEPRASZA!

    zozolcia (5-06-2007 22:45)
    Magda też przeprasza!

    zozolcia (5-06-2007 22:45)
    Piotr mówi, że jest! Magda mówi: co jest? Piotr mówi: światełko w twoich oczach jest!

    zozolcia (5-06-2007 22:45)
    Całują się!

    zozolcia (5-06-2007 22:45)
    Ale… przerywają…

    zozolcia (5-06-2007 22:45)
    I Piotr krzyczy, tak, on krzyczy!

    zozolcia
    (5-06-2007 22:46)
    „Kocham cię, Magda!”, krzyczy.

    zozolcia (5-06-2007 22:46)
    Bo przedtem, uwaga!

    zozolcia (5-06-2007 22:46)
    Magda mu to powiedziała!

    zozolcia (5-06-2007 22:46)
    Tak, ona mu to wprost powiedziała, tak ona sama!

    zozolcia (5-06-2007 22:47)
    Znów się całują, proszę państwa, to niemożliwe…

    zozolcia (5-06-2007 22:47)
    Strasznie długo się całują, swoją drogą.

    zozolcia (5-06-2007 22:47)
    KONIEC!

    Psze Państwa ja osobiście wolę wersję naszego Zozolcia powyżej niż filmową chyba ;P (chociaż trudno mi obiektywnie stwierdzić, jako że filmowej nie oglądałam ;P) Natomiast nasz kochany Zozolek to Zuza, która w podobnie świetnym stylu pisuje na swoim ownlogu (o i mamy kolejny tekst, który wpisuje się w dawno już uświęconą tradycję reklamy na kajus.blog.pl :D)

    Miałam jeszcze kupę śmiesznych rzeczy do napisania, ale pamiętam w tej chwili tylko jedną: ostatnio u naszej drogiej moniś byłam ja i nasza droga misia, miałyśmy pizzę i wino, i koło dziewiątej nasza droga misia, o spojrzeniu lekko już nieprzytomnym (a może nawet troche ciężej niż lekko ;P sorry misiak ;P), opowiadała nam, jak jej chłopak sprawdza, czy jest trzeźwa, otóż mówiła misia: ‚no i Michał każe mi robić pawia… nie – bociana?’ na co ja, trzęsąc się ze śmiechu, rzuciłam misi w twarzyczkę ‚jaskółkę’, a misia: ‚tak! jaskółkę! i każe mi dotknąć lewą nosą prawej ręki!’

    (ale masakra! Jest Boże Ciało i pierwszy raz od wielu dni mogę się wyspać, tym bardziej, że poszłam wczoraj spać przed północą, a ja się obudziłam o siódmej! Kto nie lubi długo spać, ten nie rozumie mojego dramatu.)

    Jak dzisiaj zobaczę wszystkie na świecie girlsy, to sobie przypomnę, co tu miałam jeszcze dopisać, a na razie idę z naszą drogą monisią i naszą równie drogą olcią na basen (one zaliczyły już rano kościół, ja też miałam w pewnym momencie szczerą ochotę iść z nimi i ‚za wróconą formę podziękować Bogu’ (że to ma być niby parafraza z Mickiewicza, ale nie pamiętam już dobrze Inwokacji, więc to pewnie nie przypomina Wam tam niczego :P), ale koniec końców się nie wybrałam, za to napisałam tę notkę i tym sposobem spędziłam ranek niewątpliwie kreatywnie, a teraz idę się gibać do wody – a potem przyjdę – i będę miałą dużo czasu wolnego, który muszę wykorzystać właściwie, albowiem obiecałam sobie, że będę się organizować. (Obiecuję to sobie codziennie.) A potem będzie impreza xD na której pewnie zasnę o pierwszej ;P (wczoraj zostałam wyciągnięta w imię pożegnania obowiązków i rozpoczęcia sesji tak zwanych wolnych popołudniów przez moje dwa kochane pitygrylki z klasy zostałam zaciągnięta na miasto i przez siedem godzin łaziłyśmy po sklepach, a potem poszłyśmy do knajpeczki i tokowałyśmy do dziesiątej, wskutek czego byłam w domu o jedenastej – poszłam spać o półnopsy – wstałam o siódmej – i jak ja dzisiaj tam nie zasnę! Ja mam naturalne skłonności do zasypiania na imprezach, a co dopiero jak jestem zmęczona!) – no anyway! Baj baj, bejbs! :*

    ——————-
    *ja wiem że się kaszana już nie mówi :P ale co się teraz mówi? :P beka? :P było takie słowo na z co mi pasowało tylko go zapomniałam :P


    • RSS