kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2007

    Leopold Staff: Kowal

    Całą bezkształtną masę kruszców drogocennych,
    Które zaległy piersi mej głąb nieodgadłą,
    Jak wulkan z swych otchłani wyrzucam bezdennych
    I ciskam ją na twarde, stalowe kowadło.

    Grzmotem młota w nią walę w radosnej otusze,
    Bo wykonać mi trzeba dzieło wielkie, pilne,
    Bo z tych kruszców dla siebie serce wykuć muszę,
    Serce hartowne, mężne, serce dumne, silne.

    Lecz gdy ulegniesz, serce, pod młota żelazem;
    Gdy pękniesz, przeciw ciosom stali nieodporne:
    W pył cię rozbiją pięści mej gromy potworne!

    Bo lepiej giń, zmiażdżone cyklopowym razem,
    Niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte,
    Rysą chorej niemocy skażone, pęknięte.

    Tak z braku czasu na napisanie porządnej, znaczy wodolejnej, notki – egzamin ze skrzypiec za dwa tygodnie, więc wreszcie wzięłam się do prawdziwej roboty – Rzu, obiecuję, że się poprawię z konkursem! ;P

    To hasło, wymyślone przez Janinę Ipohorską, figurowało na stronach tygodnika Przekrój gdzieś na początku jego znakomitej działalności, jako reklama – piwa Okocim :)

    O tym i o innych miłych, rozmaitych rzeczach można sobie poczytać w książeczce Jerzego Ludwika Kerna, która nazywa się: „Pogaduszki” i jest takim zbiorkiem wywiadów z różnymi fajnymi ludźmi, tymi wszystkimi śmiesznymi artystowskimi typami, inteligentami i dziennikarzami, tymi z PRLu. Mój ulubiony chyba wywiad, chociaż tam wszystkie są fajne – a właściwie seria trzech wywiadów – to rozmowa Kerna z Marianem Eile. (Ja jestem dziecko wychowane w kulcie Przekroju. Kiedy byłam mała, Przekrój był u nas kupowany regularnie, kiedyś to było świetne pismo, jak byłam mała, to też chyba było jeszcze dobre pismo, a teraz wydaje mi się, że się bardzo popsuło i nie ma już tego charakteru; przerzuciliśmy się na Politykę, ale odkąd nasz ulubiony kiosk z miłą panią zbankrutował, kupujemy tylko jak nam się zdarzy.) W tym wywiadzie z Eilem pierwsza część jest o tym, jak był młody i pracował w Wiadomościach Literackich, druga – o Przekroju, a trzecia cała o Gałczyńskim.

    To jest w ogóle taka książka i takie wywiady fajne, że ja bym miała ochotę całą tą książkę Wam tu przepisać. Ale przepiszę taki malutki fragmencik o Gałczyńskim właśnie, mój ulubiony:

    Marian Eile: „Nie było wówczas w redakcji sprawwozdawcy filmowego. Gałczyński się do tego zapalił, chciał spróbować. Na drugi dzień przyniósł krótką ‚recenzję’. Nic w niej nie było o filmie, ani słowa o reżyserze i aktorach (chyba chodziło o Ritę Hayworth?) a nawet tytuł był przekręcony. Jako informacja dla czytelników – zero. Gałczyński ze skruchą przyznał się, że w kinie w ogóle nie był, ale „niezwykle dokładnie oglądałem wystawione przed kinem fotosy, chyba przez pół godziny” – powiedział. Wobec tego Janka Ipohorska (Kamyczek) podjęła się zaprowadzić Konstantego do kina i osobście przypilnować, żeby film obejrzał. Na drugi dzień przyszła do redakcji i rozłożyła bezradnie ręce. Niemal już na początku filmu Gałczyński zasnął, a ona nie była w stanie go dobudzić. Gorzej, że od połowy seansu zaczął głośno chrapać, co wywołało nieprzyjazne uwagi i okrzyki pozostałych widzów m a ł e j salki. Dobrnęli do końca i jakoś go wyprowadziła z przybytku X Muzy. „Nic się nie da zrobić” – powiedziała smutno. Po jakiejś godzinie zjawił się osobiście Konstanty. Jakby nigdy nic położył mi na biurku wiersz, który właśnie rano napisał:

    Najlepsze te małe kina
    w rozterce i w udręce,
    z krzesłami wyściełanymi
    pluszem czerwonym jak serce…”

    Teraz zmieniamy nastrój. Polskie Radio Jedynka, proszę Państwa, zeszło na psy już całkowicie i w dosłownym tego słowa znaczeniu. Otóż tradycyjnie po niedzielnej mszy świętej nadawany był program Tadeusza Sznuka, który nazywał się ‚Dziesiąta z hakiem’. Sznuk był gościem sympatycznym i kulturalnym, miał bardzo miły głos i fajne zagadki muzyczne, zresztą odpisał mi nawet parę razy na mejla; więc tę jego audycję lubiłam. Ostatnimi czasy Sznuk został wypitolony i na miejsce ‚Dziesiątej z hakiem’ weszły, wyobraźcie to sobie, ‚Zwierzenia na cztery łapy’. Czyli jakaś idiotyczna audycja weterynaryjna, w której dwie panie z paskudnymi głosami rozmawiały o tym, czy nasze pieski nas kochają. Mam dużo sympatii do zwierzątek, ale nie mam ani trochę sympatii do idiotycznych programów o zwierzątkach, wstawianych w miejsce ciekawych audycji! A może inaczej, miałabym, gdyby pani weterynarz siedząca w studio nie przerywałaby swoim paskudnym głosem ludziom, którym akurat zdarzy się powiedzieć coś ciekawego – bo to, co chce powiedzieć prowadzący, jest oczywiście nieporównywalnie ważniejsze. (Wedle tej zasady prowadzone są ostatnio chyba wszystkie wywiady w studiach telewizyjnych i radiowych – prezenterowi czy prezenterce, chyba częściej prezenterce, nie przyjdzie do głowy, że mnie naprawdę bardziej interesuje to, co ma do powiedzenia jej gość, niż ona! No i drze się taka, wchodzi w słowo, wysuwa argument za argumentem jak zacietrzewiona kura – ale mi animalistyczne porównanie wyszło :P)

    …i wracając do Jedynki, najpierw z Lata z Radiem wywalają Hajzera i Czejarka, potem Zalewskiego z Eko-Radiem (chociaż na szczęście Zalewski chyba wrócił), potem skracają Sznuka z półtorej godziny do godziny, po to, żeby przedłużyć ZSYP, czyli audycję satyryczną, w której nigdy jeszcze nie padło złe słowo o Kaczorach, ponieważ satyryk Marcin Wolski, obecnie zresztą dyrektor Jedynki, jest prokaczorowy – co to za audycja satyryczna, która władzy nie ruszy? Za Kwaśniewskiego leciały tam non stop teksty wyszydzające ten cały lewicowy układ, a teraz jedyne, na co sobie pozwalają, to śmiać się z Leppera i Giertycha. Kaczorów nie tkną. To znaczy ja zawsze przepadałam za ZSYPem, pamiętniki młodej lekarki kochałam, ale teraz ZSYP, jak wszystko, się popsuł. No i ja już nie mogię tego radia! Na dodatek jest jakaś afera z częstotliwościami i żeby Jedynka miała więcej, obcinają je Dwójce. Taki mamy kulturalny kraj.

    Na koniec jeszcze cytat z Janki Ipohorskiej: „Czy to aż takie ważne, żeby być w życiu zrozumianym?” :)

    Ach, w Odrzykoniu się działo. Spławiałyśmy harcerzyka (a dokładnie jedna z nas, bo cztery pozostałe, w tym ja, pouciekały jak najdalej, żeby nie tkwić w niezręcznej sytuacji, która wymagała spławienia w.w. harcerzyka z kumplami; ale Becia stanęła na wysokości zadania i harcerzyka spławiła. Harcerzyk miał strasznie nietęgą minę – widziałam, bo rozdarta pomiędzy lojalnością a chęcią spitolenia na drugi koniec Odrzykonia i padnięcia ze śmiechu no w każdym razie stałam na schodach ;P), ganiałyśmy w nocy po Odrzykoniu (nie będę się wdawać w szczegóły xD), uprawiałyśmy hazard (przez co należy rozumieć, że grałyśmy w makao i w remika i wedle tego, jak się spisywałam w grze, powinnam mieć szalone szczęście w miłości ;P) i no well nareszcie się wyspałam :D

    A dzisiaj – dzisiaj śniła mi się straszna rzecz. Otóż właściwie do szesnastego roku swego krótkiego żywota nosiłam właściwie przez cały czas włosy na chłopaka, co prawda było to przedzielone krótkimi okresami, w których próbowałam zapuszczać i po trzech, czterech miesiącach góra wkurzona włosy ścinałam, bo już nie mogłam wytrzymać. W pierwszej klasie liceum jednak udało mi się zmienić image i wreszcie włosy mi urosły. Mogę z dumą powiedzieć, że nie byłam u fryzjera od dwudziestu miesięcy. (W tej chwili pewnie stanął Wam przed oczami obraz zapuszczonego jaskiniowca! a jeśli zapytacie, z czego mam tu niby być dumna, to będzie to dobre pytanie :P) I więc dzisiaj w nocy śniło mi się, że oto sama wzięłam do ręki fryzjerską brzytwę i ścięłam sobie włosy na krótko i wyglądałam fatalnie. Natomiast ten sen był jakiś taki dość plastyczny, bo ciągle w nim przejeżdżałam sobie ręką po tyle głowy i czułam pod dłonią takie krótkie, gęste, nastroszone włosy, było to bardzo przyjemne uczucie, ale pomimo tego byłam skłonna załamać się z powodu swojej nowej fryzury, ale na szczęście się obudziłam. Nie wiem, czy to podświadoma przestroga, żeby trzymać się z daleka od fryzjera? Chciałam iść doprowadzić swoje włosy do porządku, bo są strasznie nieporządne, ale teraz się boję… :P

    A potem dobudzałam się i usłyszałam w radiu jedną z moich ulubionych pieśni, Pieśni z Auvergne, śpiewaną przez Kiri Te Kanawa (ona jest chyba Nowozelandką i ma głos słodki jak miód i malina; mój tata twierdził kiedyś, że ona może się przejeść, ale mi się jeszcze nie przejadła), więc wstawało mi się bosko. Poza tym kwitną bzy i jabłonie! (to tak w ramach „zawsze lubiłam stare piosenki” :)


    • RSS