kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2007

    To taki mały bajdewej, bo zobaczyłam właśnie dzisiejszą datę. A teraz będę pisać o rzeczy, o której już dawno chciałam napisać, i która mnie smuci wielce.

    Otóż pod naszym blokiem stały trzy potężne wierzby. (Umówmy się, że były potężne, ale tak naprawdę nie były, aczkolwiek miały po 25 lat i były to naprawdę duże, solidne drzewa.) Od małego moja babcia chowała mnie w kulcie roślinek, mówiła mi, że drzewka boli, kiedy się je kaleczy, i zdrowo opitalała dzieciarnię, kiedy ta zwieszała się na gałązkach wierzby, chcąc się pohuśtać. (O zgrozo, ja to teraz też robię, jak zobaczę takie małe szkraby dewastujące moje ukochane wierzby.) Myśmy pod tym moim blokiem zawsze bawili pod tymi wierzbami, one stały ułożone w taki trójkącik i w środku tego trójkącika zawsze był cień, a jeśli chcieliśmy się pogrzać, szliśmy na boisko, które stało po drugiej stronie (przed blokiem było dużo miejsca i po lewej stronie był właśnie ten trawnik i drzewa, a po prawej boisko.) Spędziłam na kocyku pod tymi wierzbami chyba pół życia. To były piękne drzewa, dużę, zdrowe, i wyglądały cudownie.

    Natomiast teraz jakiemuś chamowi umyśliło się zrobić sobie parking dla samochodów i ściął dwie z tych wierzb, te, które stały bliżej uliczki. To było jeszcze jak byłam w Poznaniu; kiedy wracałam stamtąd do domu, to aż się przeraziłam. Teraz, kiedy idę do domu z porzystanku autobusowego, widzę przed sobą paskudne garaże, samochody, beton, i malutki kawałeczek zielonego z lewej strony, gdy wcześniej zielono było wszędzie. Ja po prostu nie mogę tego znieść, kiedy ktoś wywali ostatni kawałek drzewka, żeby mieć sobie gdzie postawić swój śliczny nowiutki samochodzik, nie cierpię tego. To drzewo tu było przed waszymi samochodami, chamyy! Podobno burmistrzowi, czy tam komu, żeby wydał pozwolenie na ścięcie tych wierzb, powiedziano, że są spróchniałe. Oczywiście burmistrz nie pofatygował się sprawdzić, czy tak rzeczywiście jest, bo po grzyba (a tak oczywiście nie było!), tylko podpisał papierek i miał święty spokój, tak pożądany przez urzędników. Ja po prostu tak lubię zielono mieć, lasy, wodę, i te wszystkie inne przyrodnicze bździągi, że mi się chce wyć, jak wracam do domu i widzę tę dziurę po tych wierzbach! I to jeszcze teraz, kiedy one powinny kwitnąć, zielenić się, wypuszczać listki, nie no, ja nie mogę!

    Coda:

    Pamiętajcie o ogrodach,
    przecież stamtąd przyszliście –
    w żar epoki użyczą wam chłodu
    tylko drzewa, tylko liście.

    Pamiętajcie o ogrodach,
    czy tak trudno być poetą?
    W żar epoki nie użyczy wam chłodu
    żaden schron, żaden beton.

    To, zdaje się, napisał Jan Pietrzak, który, zdaje się, jest z Kabaretu Pod Egidą, który miał jeszcze inne wystąpienia proprzyrodnicze (patrz: „Do serca przytul psa”), za co go lubię, i dla którego, zdaje się, ma dużo sympatii obecna władza, za co lubię go trochę mniej. Ach, te uprzedzenia! Pioseneczkę zaś tę uroczą grywałam na skrzypcach jako mała dziewczynka ku uciesze mamusi i dalszej rodziny i stąd ją znam dość dobrze.

    e r r a t a
    „Pamiętajcie o ogrodach” napisał rzeczywiście oczywiście nie Jan Pietrzak, tylko Jonasz Kofta, coś mi się pomyliło :) thx Bonduelle!

    e r r a t y c i ą g d a l s z y
    Kabaret był nie Pod Egidą, tylko Elita oczywiście, za spostrzeżenie czego dziękujemy Nuwandzie. mam dzisiaj dzień pomyłek ;P

    i tak dalej. (przepraszam, że nic nie piszę, jestem taka zmęczona, zmęczona taka jestem, a tu bez przerwy trzeba coś zaliczać, udowadniać nauczycielom swoją niewątpliwą ętelegencję, równie niewątpliwą szeroko pojętą pojętność oraz znacznie bardziej wątpliwą pracowitość, przy czym trzeba ładnie grać na skrzypcach i wstawać o szóstej i na dodatek pisać jakieś popitolone biznesplany, co już całkiem przekracza moje blade i zielone i każde inne pojęcie.)

    Natomiast o Bachu w tytule notki jest, bo: właśnie zaczął się sezon na Bacha. Otóż Bacha najlepiej słucha się właśnie wtedy, kiedy wszystko rozkwita. Mówię z doświadczenia: otóż w zeszłym roku Bacha namiętnie słuchałam w maju, i pamiętam, z tego maja strasznie dokładnie różne głupie rzeczy: mlecze, rajskie jabłuszka, zapach w powietrzu, zieleń i śliczną pogodę, pamiętam dokładnie, jak krok po kroczku wracam z egzaminu w dniu 8 maja do domu z przystanku autobusowego, a w discmanie leci mi koncert skrzypcowy Bacha. Wyraziłam się właściwie niedokładnie: teraz jest sezon na koncerty skrzypcowe Bacha. Sezon zaczął się już teraz, bo trawa już jest zielona, forsycja już jest żółta i pachnie zabójczo, kwitnie już też magnolia, powoli wyłażą mlecze, czasem ktoś kosi trawę i skoszona trawa pachnie, pachnie też czereśnia, któa wyglądsa jak olbrzymia, słodka beza na tle nieba

    (przyłapuję się na tym, że muszę wyglądać dość dziwnie na ulicy. Na drodze do autobusu u mnie jest właśnie taka czereśnia, i ja, idąc na przystanek, zazwyczaj w okolicach czereśni zwalniam i patrzę na nią, ordynarnie się w nią wgapiam, bo jest t a k a piękna! to idąc do autobusu, bo muszę dbać o timing, żeby się nie spóźnić, natomiast wracając wieczorem do domu, już nie muszę pamiętać o czasie i dzisiaj przykładowo stałam chyba przez pięć minut pod tą czereśnią, patrząc się w nią, po prostu stojąc i patrząc i, że się tak wyrażę, sycąc się jej widokiem. Niestety ludzie przechodzący obok chyba nie pojęli pełni mojego dla czereśni zachwytu, aczkolwiek nie wyrażali tego inaczej jak tylko przez rzucane ukradkiem zdziwione spojrzenia, których właściwie nie było tak wiele. [a może po prostu to kwestia tego, że stałam tyłem do chodnika.] Taka sama czereśnia, tylko że mniejsza, rośnie w Rzeszowie na mojej trasie liceum – szkoła muzyczna, więc przechodząc tamtą ulicą, również wykręcam głowę i, zdaje się, wyglądam dziwnie.)

    a więc powracając do Bacha, po prostu nie sposób nie docenić tej cudnej polifonii, takiego słodkiego poplątania, patrząc na te wszystkie kwiaty i kwiatuszki, gapiąc się na te esy i floresy i wdychając zapaszki wiosny, która pachnie bardzo słodko, jakkolwiek banalnie to brzmi, to jest właśnie to słowo: na wiosnę powietrze robi się niesamowicie słodkie i można iść i wdychać i wdychać. Gorąco jak najgorętszy dotychczas dzionek wiosenny, czyli dzisiejszy, polecam do słuchania w otoczeniu zakwitłym drugą część koncertu na dwoje skrzypiec d-moll Bacha.

    Moi stryjostwo (tak to się mówi?) zabrali mnie kiedyś nad jezioro. To była zupełnie dzika okolica, był tam orzeł bielik, kaczki, oraz ropuchy, czyli bufo bufo. (Oraz duża liczba innych gatunków.) Patrzyłam na to jezioro, a po głowie chodził mi ten wiersz, „nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć pod oknami, i nazwać jeziora błękitem”. Nie pamiętałam, jak to tam było dokładnie, ale te słowa mi się przypomniały i uderzyły mię, że tak się wyrażę, jak w pysk, aby oddać siłę owego uderzenia. Chodziłam tam sobie nad tym jeziorem i powtarzałam to sobie jak taką mantrę. Nad jeziorem było bardzo, bardzo pięknie. Wiersz jest Słowackiego, do którego samej osoby mam małą osobistą antypatię, wyczytałam bowiem w podręczniku do polskiego, że nudził się na koncertach Chopina, ale jego poezje lubię strasznie i mogę je pożerać jak bułkę z czipsami, a przez to przaśne a skomplikowane porównanie mam na myśli to, że pisze bardzo prosto i osiąga zachwycające (mię) efekty. (W sztuce najlepsza chyba jest prostota?)

    Zwrotka, którą mam na myśli, idzie, jak następuje:

    Ale ty próżno będziesz krajobrazy tworzyć,
    Osrebrzać je księżycem i promienić świtem:
    Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć
    Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem.

    i jest to zwrotka najzupełniej fantastyczna.

    Ostatnio staję się niemal żywym dziełem sztuki. Wczoraj (po)ziomka z mojej klasy namalowała mi na czole kółko, takie, jak mają Hinduski, a ja postanowiłam odważnie go nie zmywać, a potem co chwilę zapominałam, że je dalej mam, i zastanawiałam się, czemu ludzie, przechodząc koło mnie, rzucają mi spojrzenia na górną część mej twarzoczaszki. Niemniej jednak wróciłam z tym do domu. (Jedni od razu pytali, co mam na czole – moi znajomi, oczywiście – a inni uważali za właściwe zbyć to grzecznym milczeniem. O zgrozo, spotkałam starą koleżankę z podstawówki muzycznej. Nic nie powiedziała, small talkowałyśmy przez pół godziny. Pani od kształcenia słuchu również poprzestała na obrzuceniu mnie zaciekawionym spohrzeniem.) Dzisiaj natomiast na literaturze, muzycznej zresztą, na mojej skórze powstało wierne odwzorowanie tego, co mam pod skórą, a mianowicie kości – mam rękę szkieletora, ozdobioną tatuażem przedstawiającym serduszko i podpisanym „Picasso! – żartowałem”. Chyba zrobię sobie zdjęcie.

    Wczoraj, t.j. w sobotę 31 marca, odbyła się impreza z cyklu Sabat Czarownic na Łysej Górze (a dokładnie rzecz biorąc, na górce w Borku Starym. Żeby było jeszcze bardziej przerażająco, proponuję Borek zmienić na Bór xD). Cast: Agatka, Becia, Kajus. Było dużo jedzenia i dwie butelki taniego wina, co brzmi zupełnie pretensjonalnie, ale musicie to mi wybaczyć ;P

    Na rozgrzewkę obejrzałyśmy sobie Casino Royale. (Następuje przeterminowana recenzja.) Podobało mi się bardzo, ale zupełnie nie przypominało mi to Bonda. Rysunkowy począteczek był fajny, z tymi pikami i kierami wystrzelanymi z pistoletów, ale brakowało mi sylwetek dziewczynek kręcących biodrami (znaczy ee to nie tak, że bym wolała patrzeć na dziewczynki). Daniel Craig był okej, całkiem niczego sobie, fajny, dowcipny i sympatyczny, i nawet przystojny, ale mimo wszystko jak dla mnie porównania z Rogerem Moorem, jego zabójczo uniesioną brwią i pieprzykiem nie wytrzymuje (Roger Moore to Bond, któremu mogłabym się rzucać na szyję i umierać. To daje zainteresowanym pojęcie o moim guście, jeżeli chodzi o facetów). Wydaje mi się, że Craig miał mniej wdzięku. Za to Eva Green była prześliczna, aczkolwiek skończyła w dość melodramatyczny sposób. W ogóle ten Bond był jakiś trochę za miękki, za romantyczny, za elokwentny; ja jestem przywiązana do stereotypu Bonda jako cynicznego twardziela lądującego z laską w łóżku po jednym wstrząśniętym, nie zmieszanym martini, nie zaś rozwodzącego się nad tym, jak to on kocha swoją Vesper; i brakowało mi na końcu filmu sceny po kataklizmie i ujęcia na Bonda obściskującego się ze swoją laską, ale to oczywiście kwestia przyzwyczajenia, a w sumie to zakończenie było całkiem dowcipne (Craig strzelił do faceta, i gdy umierający postrzelony czołgał się u jego stóp, powiedział: ‚My name is Bond. James Bond.’ – po raz pierwszy i jedyny w tym filmie.) Ale film był bardzo romantyczny i ładny i jako taki przyjemnie się go oglądało. (Scen pościgów i walk nie jestem w stanie obiektywnie ocenić, ponieważ na scenach pościgów się gubiłam, będąc trochę śpiącą, a scenom walk dokładnie się nie przyglądałam, preferując bardziej pokojowe metody rozwiązywania konfliktów niż obszczaja rukopasznaja schwatka a’la maniere russe. Szczególnie jeśli chodzi o te co bardziej brutalne, jak na przykład odcinanie dziewczynie ręki maczetą. Zamknęłam na tym oczy i schowałam głowę pod koc; później zostałam poinformowana, że rękę dziewczyny zbój jednak oszczędził.) To tak jak z najnowszą kinową wersją Pride and Prejudice: zupełnie nie odpowiada moim wyobrażeniom o tym, jak powinna wyglądać ekranizacja Dumy i Uprzedzenia, ale poza tym bardzo ładny film i mi się podobał. (Brakowało mi jeszcze jednej rzeczy, a właściwie osoby: Johna Cleese’a w roli szalonego speca od wynalazków.)

    Natomiast Becia, Becia wymyśliła, że chce iść na s p a c e r e k. Była druga w nocy. Wzięłyśmy cyfrówkę i poszłyśmy. Trasa spacerku: w górkę, jeszcze trochę w górkę, koło klasztoru i dalej tuż obok cmentarza na trasę drogi krzyżowej. Na trasie drogi krzyżowej była ławeczka, usiadłyśmy więc koło czternastej stacji, piłyśmy wino (bo wzięłyśmy z sobą jedną z tych butelek taniego wina, patrz wyżej) i robiłyśmy sobie głupie zdjęcia (zdjęcia będą na flickerze kiedyś). Jak dotąd jest to chyba jedna z dziwniejszych rzeczy, które robiłam w życiu. (Moje życie nie obfituje w ekscytujące momenty imprezowe, jestem leniwa i lubię grzać tyłek w domu pod kocem.) W pewnym momencie jakoś zeszło na ten spektakl, Piaf, a ja zaczęłam śpiewać Non, je ne regrette rien, tak dość głośno, a dziewczyny zaczęły mnie uciszać i straszyły mnie przeorem :P zresztą w ogóle oczywiście ja się bałam na początku, bo kto widział chodzić w nocy na cmentarz i w ogóle, duchy, trupy, pełnia (taka prawie prawie), nietoperze w krzakach (autentycznie), ale w sumie to… ehehheheheheh xD

    Ja przepraszam, że może wychodzi ze mnie taka zblazowana pozująca nastolatka, tak naprawdę to nie tak :P i my naprawdę poszłyśmy na ten cmentarz, to nie jest dżołk na prima aprilis :P


    • RSS