kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2007

    Cyfra 28 prześladowała mnie od czasu, kiedy dowiedziałam się, że Henry VIII urodził się 28 czerwca, i jest to jedyna data w roku, w której obie liczby, miesiąc i dzień, są numerami idealnymi (? po angielsku perfect numbers, czyli takie, w których dzielniki danej liczby sumują się właśnie do tej liczby). Nota bene, jest to dzień przed moimi urodzinami. Potem, chodząc po Poznaniu, zauważyłam tabliczkę upamiętniającą datę 28 czerwca 1956, to już było w ogóle cyfrowe pokręcenie do kwadratu – 7, 4, 28, 56… ;P potem dowiedziałam się jeszcze, że mój kuzyn coś tam na do 28 czerwca załatwić.

    Na olimpiadzie byłam dwudziesta ósma :)

    Z ciekawszych rzeczy: coś, co opiszę oczywiście z próżności:

    Szłam przez osiedle w Poznaniu, zmierzając do mieszkania moich stryjków, a tu podchodzi do mnie jakiś, całkiem przystojny, trzeba mu to przyznać, facet, z dredami, i pyta się mnie, ‚dasz mi swój numer telefonu?’

    Nie wiem, czy robił sobie ze mnie jaja, czy rzeczywiście mu na tym zależało :P natomiast we mnie w takich sytuacjach budzi się we mnie moja prawdziwa natura, grzecznej dziewczynki i bardzo comme il faut, i dostałam tak zwanego cykora, i powiedziałam, ‚nie.’ Pewnie trochę zbyt poważnie i strachliwie, zresztą nie wiem, czy może prawdziwa wyzwolona dwudziestopierwszowieczna nastolatka by mu dała? ;P

    Na co on zmienił taktykę, a może przyznał się do pierwotnego zamiaru, i mówi, ‚no bo mój kumpel chciał twój numer telefonu.’

    Ja się przeraziłam i zaczęłam coś wspominać, że mam tutaj rodzinę. Było to oczywiście zupełnie bez sensu i konwersacyjnie całkowicie nie na temat, ale ja po prostu jestem t a k i cykor! i w swoim ptasim móżdżku doszłam do wniosku, że jak wspomnę, że mam trzech dorosłych chłopa w domu, to facet nie rzuci się na mnie z nożem.

    Zaśmiałam się jeszcze nerwowo, utwierdziłam go w przekonaniu, że mojego numeru telefonu nie dostanie, i poszłam dalej, zastanawiając się, czy powinnam się czuć mile połechtana, czy też powinnam się czuć tak, jak człowiek, z którego jaja sobie robią :P nie wiem do tej pory :P

    Ten bezsensowny tytuł na Waszych oczach przechodzi właśnie w równie bezsensowną historię.

    Wybrałam się dzisiaj na stację kolejową, żeby kupić sobie bilet do Poznania. Na n.w. (niżej wspomnianą) olimpiadę. Było dosyć ciepło, więc postanowiłam urządzić akcję Rozchadzamy Nowe Buty i założyłam kupione przed paroma dniami czarne, skórzane balerinki. Z zasady mnie nowe buty nie obcierają, jedynym wyjątkiem były martensy, ale podobno każdy martensowy żółtodziób musi przejść przez pęcherzowy chrzest bojowy, przeszłam więc go dzielnie w październiku, a poza tym nigdy z rozchadzaniem butów kłopotów nie miałam. Przezorny jednak zawsze ubezpieczony, postanowiłam więc włożyć nowe swoje balerinki na nogi, zanim znajdę się w hotelu i wyciągnę je z torby, a potem, chodząc wieczorem po Poznaniu, będę cierpieć i z oczu poleją mi się łzy czyste, rzęsiste, a usta me będą rzęsiście po angielsku przeklinać nowe buty. (Mam na tym punkcie jakby fobię, bo martensy rozchadzałam właśnie w Poznaniu.) Do stacji doszłam bez problemów, tylko jakby troszkę obtarło mnie w prawą piętę. Spacerek do stacji trwa jakieś pół godziny, oczywiście tak sprytnie wyszłam z domu, że doszłam akurat na przerwę w kasie na dworcu PKP. Pomyślałam sobie więc, o, jest kładka, wejdę po schodach, spalę kalorie. Jako że miałam przez sobą perspektywę półgodzinnego czekania, przeszłam przez kładkę na peron i usiadłam na ławeczce, przy czym ławeczka została zalana przez śliczne wiosenne słoneczne światło.

    Zapiekło mię coś w tej pięcie, i wtedy zdjęłam prawy bucik i cienką skarpetkę, i odkryłam BOMBEL.

    Siedziałam sobie tak na ławeczce ze dwadzieścia minut, po czym doszłam do wniosku, że wypadałoby zajrzeć do kasy i zorientować się, czy kasjerka łaskawie nie wróciła już z przerwy. Niestety naciągnięcie skarpetki z powrotem i włożenie bucika przyszło mi już z trudem, ale postanowiłam być dzielna, powiedziałam sobie, że innych boli bardziej, i wstałam i poszłam. (Myślałam przy tym o pewnym pięknym letnim dniu, kiedy to – w podstawówce – poszłam z mamusią na korty, żeby pograć w tenisa, i miałam chyba jakieś okropne tenisówki czy coś, tak, to chyba było po tenisie, tenisówki obgryzły mnie jakoś straszliwie i zbuntowałam się, ściągnęłam je i wróciłam do domu na bosaka. Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę sobie, że moja matka była bardzo cierpliwa i tolerancyjna.)

    Przyszłam do okienka, więc na chwilę przeskoczymy z tematu obgryzających butów do biurokracji, a raczej kasjerkokracji. W momencie, kiedy wychynęłam koło okienka, pani w kasie zajęta była rozmową telefoniczną z jakąś swoją kumoszką ze Stalowej Woli, zdaje się, i gadała o strasznych bzdurach, jak to zawsze bywa w takich pogawędkach, przy czym oczywiście obrzuciła mnie spojrzeniem, ale nie raczyła wykonać ni jednego ruchu świadczącego o tym, że miałaby mnie obsłużyć, tylko zaraz odwróciła się z powrotem na krześle i kontynuowała rozmowę. Chciałam już stukać w okienko i kłócić się, ale dojrzałam na monitorze komputera za szybką godzinę – kobieta miała jeszcze oficjalnie 5 minut do końca przerwy. Postanowiłam się więc nie kłócić, tylko grzecznie poczekać, ponieważ nie miałam żadnych sensownych argumentów. (A w użyciu bezsensownych argumentów nie mam za dużej wprawy.) Kobieta skończyła rozmowę dwie minuty później, więc właściwie chyba i tak powinnam być jej wdzięczna. Obsłużyła mnie z dwuminutowym wyprzedzeniem.

    Ale w końcu nastąpił ten triumfalny moment, i wyszłam z paskudnego budynku dworca z biletem w ręku – i pęcherzem na nodze. W chwili desperacji zdjęłam but z nogi, chcąc przemierzyć drogę do domku boso, ale tak uczyniwszy, miałam jedną nogę krótszą, drugą zaś dłuższą, ze względu na to, że but lewy pozostawał dalej na nodze lewej; przede mną zaś rozciągał się chodniczek z największym zagęszczeniem mrówek (chociaż może jeszcze nie o tej porze roku?) i tłuczonego szkła na metr kwadratowy na Podkarpaciu. Wcisnęłam więc balerinkę z powrotem na moją umęczoną stopę i pomaszerowałam.

    Przyszedł wszakże moment, w którym szkłem upstrzony chodniczek przeszedł w równo wylany asfalt, a we mnie przeważyła się szala cierpienia i wylała się fala goryczy i co tam se jeszcze chcecie, i ściągnęłam obydwa buty i poszłam boso.

    Najpierw minęłam jakiegoś starszego osobnika gmerającego przy rowerze, przebiegłam koło niego w obawie, żeby mi nie zaczął szczelać tekstami; potem minęłam innego starszego osobnika, szedł z naprzeciwka i patrzył się na mnie, a w jego wzroku zdziwienie mieszało się z rozbawieniem, a ja byłam zdeterminowana, żeby przejść koło niego, zachowując powagę, ale nie udało mi się to, popatrzyłam się na niego i zaśmiałam się wesoło, na co on również zaśmiał się wesoło a przyjaźnie, i pomaszerowaliśmy dalej każde w swoją stronę. Poczułam się zupełnie bohaterka tej książki, którą dostałam w podstawówce na mikołajki, Patty (kojarzy ktoś? :). Potem spotkałam jeszcze dwóch małych chłopców, którzy ominęli mnie zupełnie obojętnie, podczas gdy się już – już nastawiałam psychicznie na tak zwaną szyderę, więc poczułam się zignorowana; za to zrekompensowały mi ten fakt dwie małe dziewczynki, które patrzyły na mnie, szalenie rozbawione, a jak już przeszły parę kroków, wybuchnęły głośnym śmiechem. Paru jeszcze ludzi patrzyło się na mnie jak na kosmitę lub na ofiarę, a ja lubuję się w takich zdarzeniach i chłonęłam te ich spojrzenia. I doszłam do domu na boso, co dowodzi trzech faktów:
    1) nie nadepnęłam ani na odchody psie, ani na szkło, więc mam pitolone szczęście (bo mojej przytomności umysłu chyba niebardzo można to zawdzięczać)
    2) mam stopy jak hobbit (chociaż właściwie wszystko przyjęły na siebie skarpetki, które chyba skończą w koszu na śmieci)
    3) mam końskie zdrowie (to, oczywiście, jeśli w przeciągu tygodnia się nie rozchoruję)

    Ech, i znowu napisałam taką długaśną notkę, i kto ją będzie czytał… jakby to ujął Winston Churchill, „This paper by its very length defends itself against the risk of being read.”

    Kiedy byłam małą dziewczynką, mój tata spędzał ze mną dużo czasu na różnych harcach, a to noszeniu dziecka swego na barana, od czego przypuszczalnie popsuł mu się kręgosłup, a to pokazywaniu dziecku Freda Astaire’a tańczącego z miotłami (dopiero niedawno odkryłam, że film nazywał się Królewskie Wesele, dostawszy DVD z nim), od czego dziecko też chciało tańczyć i stepować, więc tańczyło i stepowało, przypuszczalnie jak wariat, ale tatuś kochany zachwycał się jego poczuciem rytmu, jak na tatusia przystało, a czasem rozszalało się do granic niemożliwości, a wtedy przychodziła mama i się bała, że dziecko (znaczy ta wciąż mówimy o mnie; trochę to głupi zwyczaj mówić o sobie w trzeciej osobie, ale jak już tak zaczęłam, to zostanę przy tym) więc przychodziła mama i bała się, że dziecko sobie coś zrobi, a dziecko przewalało się po kanapie, machając nogami do góry, robiąc jakieś przeróżne salta mortale i – ach, to były czasy, w których bez problemu potrafiłam zrobić fikołka do tyłu, pamiętam, jak w takim wielkim wiejskim domu na wakacjach mama kładła na podłodze materac, taki olbrzymi materac wyciągnięty z łóżka, i robiłam z koleżankami namiętnie fikołki – miałam chyba ze cztery, pięć lat i byłam blada i chuda. O zgrozo, utyłam, ale się nie opaliłam.

    A innymi razami tata puszczał mi Milesa Davisa. Z dzieciństwa pamiętam właśnie Milesa Davisa, z jego ukochaną moją płytą, którą ukochałam właśnie przed chwilą w przypływie wspomnień z dzieciństwa, Sketches of Spain – pamiętam jeszcze Pink Floydów, mamy takiego winyla, na którego okładce jest pryzmat, pamiętam, jak tata tłumaczył mi, co to jest pryzmat, i kupił mi jakąś książkę z Oxfordu, taką książkę o technice dla dzieci, i na tej płycie Pink Floydów był taki kawałek, który zaczynał się od nagranego dźwięku bicia serca; uwielbiałam ten kawałek. Pamiętam jeszcze bajki, mieliśmy – znaczy dalej mamy, na zeszłych wakacjach odgrzebywałam sobie i przypominałam – mamy ślicznie nagrane różne bajki, mamy Lata ptaszek po ulicy, słuchowisko do słów Brzechwy, i tam jest taka ponura piosenka ze słowami ‚My jesteśmy Rada Puchaczy, Rada Puchaczy’, i kochałam namiętnie tę piosenkę i do tej pory kocham, były jeszcze inne Króliki Karampuki i Księżniczki na ziarnku grochu, ale najbardziej chyba właśnie pamiętam Milesa Davisa, to był pewnie pierwszy jazz, jaki tata mi puszczał.

    I na tej płycie, Sketches of Spain, jest taki kawałek, który nazywa się Will O’the Wisp, i jest taki superponurohiszpański, i och, przypomniałam sobie własnie, wyciągając te płytę na chybił trafił zupełnie, przypomniałam sobie, jak, kiedy byłam kilkuletnim szczylem, tata puszczał ten kawałek, a dla mnie to była smocza muzyka i nazywałam go Smoczą Muzyką. I bawiliśmy się w smoki. Tata był Tatą Smokiem, a ja byłam chyba Mamą Smoczycą (nie pamiętam, czy mieliśmy jakieś dzieci, ale pewnie nie skonsumowaliśmy związku, zakrawałoby to na kazirodztwo) i Smocza Jaskinia była pod stołem – wtedy jeszcze mieliśmy stare meble i stół był niski, i cudownie było się pod nim chować, i – zawsze mówiłam do taty, Puść Smoczą Muzykę, i bawiliśmy się w smoki. I teraz, kiedy tego słucham, to jest po prostu podwójnie fantastyczne.

    apdejt
    Siedziałam, teraz, jadłam śniadanie, i słuchałam oczywiście swojego na nowo odkrytego maniakalnie Will’o the Wisp, i ach, co zobaczyłam – dzisiaj jest takie sine słońce, słońce, które ledwie prześwieca przez chmury, ale w pewnym momencie zaświeciło mocno na tle tych sinych, bladych chmur, i oświetliło drzewo, drzewo jeszcze całkiem łyse i ponure, na którego czarnej korze zrobiła się fantastyczna gra świateł i cieni, czerni i bieli, i drzewo wyglądało niesamowicie. Przerażająco. Nigdy wcześniej nie zwróciłam na to drzewo uwagi. A potem światło zgasło i drzewo zrobiło się zupełnie c z a r n e.

    Więc razem z tym Will o’the Wispem zrobił mi się nastrój kryptkowy.

    Wikipedia:
    The names will o’ the wisp and jack o’ lantern refer to an old folktale, retold in different forms across Ireland, Scotland, England, Wales, Appalachia and Newfoundland. One version, from Shropshire, recounted by K. M. Briggs in her book A Dictionary of Fairies, refers to Will the Smith. Will is a wicked blacksmith who is given a second chance by Saint Peter at the gates to Heaven, but leads such a bad life that he ends up being doomed to wander the Earth. The Devil provides him with a single burning coal with which to warm himself, which he then used to lure foolish travellers into the marshes (compare Wayland Smith). An Irish version of the tale has a ne’er-do-well named Drunk Jack or Stingy Jack who makes a deal with the Devil; offering up his soul in exchange for payment of his pub tab. When the Devil comes to collect his due, Jack tricks him by making him climb a tree and then carving a cross underneath, preventing him from climbing down. In exchange for removing the cross, the Devil forgives Jack’s debt. However, as no one as bad as Jack would ever be allowed into Heaven, Jack is forced upon his death to travel to Hell and ask for a place there. The Devil denies him entrance, but, as a boon, grants Jack an ember from the fires of Hell to light his way through the twilight world to which lost souls are forever condemned. Jack places it in a carved turnip to serve as a lantern.

    Albowiem do mojej znakomitej olimpiady został mi jeszcze tydzień, sztuk: jeden. I właśnie dlatego siedzę teraz przed kompem i piszę notkę. Ale nie, tak na serio, to tylko szybciutko sprawdzę sobie mejle i spadam. No… ta.

    Na moim biurku stoi cudo zwane tymiankiem. Doniczka pełna tymianku. Dzięki temu czuję się najzupełniej śródziemnomorsko. A jak już się popatrzę za okno, to zupełnie – z mojego okna mam całkiem ładny widok na domki, drzewka, górki i pagórki, niebo, czerwone dachy, bardzo ładnie to wygląda i przy odrobinie dobrej woli można to podciągnąć pod śródziemnomorską wioseczkę, nawet w jednym domku, który widać z mojego okna, są takie jakby arkady, i kolorystycznie to wszystko niczego sobie się komponuje; ale niestety tylko do momentu, w którym wstanę z krzesła – wtedy dolna granica widoczku obniża się i widać garaże przed moim blokiem, co nie jest jakimś strasznie offensivnym widokiem, bo garaże są z białej cegiełki i niewysokie, niemniej jednak widoczek psuje. I człowiek sobie przypomina, że nie mieszka w toskańskiej willi, tylko w popeerelowskim blokowisku w Polsce. Ale tymianek jest fajny. Mam na biurku jeszcze suszoną lawendę, i właśnie się zastanawiam, czy fajniejsza jest jednak Toskania, czy Prowansja.

    Wśród takich miłych dywagowań upływa mi czas, a powinnam kontynuować swoje studia nad historią angielską, i to intensywnie, bo mam jeszcze tydzień, a doszłam dopiero do Kanuta, który był fajny chłop, ale miał synów ciamajdy. Znaczy się jestem w jedenastym wieku, co, biorąc pod uwagę, że z upływem lat historia robi się coraz bogatsza w przeróżne interesujące szczególiki (chyba przede wszystkim komisję w tym wypadku, bo generalnie angielska kultura to super sprawa, co nie, ziomy, ale otrzymałam jej chyba już za dużą dawkę, więc w ostatnim tygodniu czytałam dla odreagowania Skrzypce od A do Z niejakiego Józefa Kusiaka oraz Prywatne życie roślin Davida Attenborougha; oraz Avanti, żeby się odmóżdżyć przyjemnie, wybiegając w niedaleką przyszłość, w której czeka mnie małe shopping spree w Poznaniu w znakomitym towarzystwie; ale niestety lekturze Avanti nie towarzyszyło uczucie przyjemnego odmóżdżenia, jak zazwyczaj, ale mniej przyjemne uczucie wyrzutów sumienia, jednak nie gryzących na tyle, żeby cisnąć Avanti w kąt i zająć się z powrotem historią Anglii, ale wytłumaczyłam sobie to w ten sposób, że w nocy o północy i tak nie zapamiętałabym zbyt wiele faktów, i na tym kończę swój przydługi wtręt o moich ostatnio lekturach) i wracam z powrotem po nawiasie ze skutkiem takim, że nie pamiętam, o czym pisałam, więc skończę tę notkę, która traktuje przeważnie o tym, że powinnam się uczyć, i pójdę się uczyć.

    Są nieliczne rzeczy, które umiem zrobić dobrze w kuchni, a zaliczają się do nich: grzanki, omlet po hiszpańsku, ulubione tosty Elvisa, herbata, biszkopt, piernik, płatki z mlekiem i bałagan. Jakby się dobrze zastanowić, z pewnością jeszcze coś można by było do tej listy dorzucić, generalnie jak mię samą zostawić w domu, to nie umrę z głodu, aczkolwiek moja oferta kucharska jest bardzo ograniczona, to mogę się sama żywić, chyba że mam atak lenia. Wtedy się głodzę albo idę do Wojciecha, czyli fajnego dużego sklepu, który jest pięć minut drogi ode mnie z domu, i kupuję gorzką czekoladę, czipsy i mleko skondensowane, czym następnie napycham się i na kilka godzin urastam do rozmiarów małego wieloryba, po czym obiecuję sobie, że już nigdy w życiu się tak nie nażrę, a po trzech tygodniach powtarzam ten sam numer, co może wyjaśnia prosto fakt, dlaczego nie mogę schudnąć. Ale od wczoraj jestem nowym człowiekiem. Wstałam rano i ćwiczyłam przez godzinę jogę. Pogoda była boska. Jadłam dużo owoców. I tak zamierzam kontynuować do wakacji. Na razie idzie mi całkiem nieźle, bo byłam u dentysty i dowiedziałam się, że mam wzorowe ząbki, znaczy się czyściutkie itepe, więc nie będę jeść słodyczy. Na razie zjadłam kiwusa. I umyłam zęby. Ha!

    Wracając do wątku kuchennego: miałam ugotować babci makaron na kolację. Moja babcia należy do strasznego typu osobników, którzy wtrącają się we wszystko i muszą mieć wszystko po swojemu, i cecha ta została jeszcze spotęgowana przez jej słuszny wiek. W związku z czym moje gotowanie makaronu było zaakompaniowane przez całą litaniję instrukcyi dotyczących sposobu użycia durszlaka, roztapiania masła na malutkiej żółtej patelence, zastosowania takiej, a nie innej ilości soli – a wyprosić skutecznie babcię z kuchni to jest zadanie o nie byle jakim stopniu trudności – ale w końcu udało mi się nastawić wodę, wrzucić makaron, i poszłam sobie z kuchni – tylko na chwilkę oczywiście – przed komputer.

    Po chwilce, która wydawała się bardzo krótką chwilką, ale dla makaronu z pewnością była to wieczność, babcia woła do mnie: ‚Tylko jak ten makaron będziesz odcedzać…’
    przypomniałam sobie o istnieniu makaronu i popędziłam do kuchni, gdzie były sceny dantejskie: garnek podskakiwał na gazie, spod pokrywki dobywały się białe kłęby kipiącej wody, strugi spływały po kuchence, makaron… ach oczywiście to jest licencia poetica, ale rzeczywistość była wystarczająco niewygodna: makaron rozgotował się i swoją konsystencją przypominał amebę. Nie wiedziałam, co z tym zrobić, wywaliłam zawartość garnka do durszlaka, przy czym odkryłam, że kawałek makaronu tak się skutecznie ugotował, że aż się lekko przypalił (czy ktoś coś kiedyś przypalił, gotując? powitajcie mistrzynię kuchennych zmagań), przywierając do dna. Wzięłam do ręki durszlak, w którym makaron majtał sobie po dnie tam i z powrotem, popatrzyłam się na makaron, a potem z ciężkim sercem i niemiłą świadomością, że gdzieś po drugiej stronie równika ktoś zjadłby to z pocałowaniem ręki, wywaliłam makaron do śmieci.

    Po czym ugotowałam makaron od nowa, tym razem pilnowałam go niczym porucznik Dub Szwejka pilnował (czy jak on się tam nazywał), zaniosłam babci, która na szczęście zasmakowała w makaronie z serem (chwilowo jest to szczyt moich umiejętności kulinarnych), i z furią pozmywałam, słuchając jednym uchem ciekawej audycji, w której miła pani pytała jakiegoś fizyka, doktora habilitowanego, o hodowanie kryształów i tajemnice skrzypiec Stradivariego (o ile dobrze zrozumiałam, usłyszawszy właściwie jedynie fragment audycji, fizyk ów jest lutnikiem – hobbystą). I doszłam do wniosku, że nie ma mowy, żebym na studiach sobie sama gotowała, zużywając energię, makaron, wodę, i energię – będę stałą bywalczynią studenckich stołówek wszelakiego sortu. W czym nawet już się wprawiam.

    Wczoraj wbrew zdrowemu rozsądkowi, który nakazywał mi a)poskrzypić, b)studiować historię Ameryki, włączyłam telewizor i oglądałam Taniec z Gwiazdami. Serce moje zdobył sobie Krzysztof Tyniec, bo zresztą od dawna go lubię (brakuje mi Kabaretu Olgi Lipińskiej), do tego stopnia, że nawet – o mój Boże! – dałam się wciągnąć w medialną machinę i wysłałam smsa na Tyńca, żeby przypadkiem nie odpadł; dostałam zresztą smsa zwrotnego z informacją, że mój sms weźmie udział w losowaniu nagrody w wysokości 10 tysięcy złotych. Potem wymyślałam sobie z mamą, co zrobimy z nagrodą. Natomiast Wodeckiemu (Wodecki i Tyszkiewicz są chyba w Tańcu z Gwiazdami po to tylko, żeby było miło, ale o ile Wodecki przy tym nie słodzi do granic niemożliwości i jest dowcipny, Tyszkiewicz rozwodzi się nad gwiazdami troszkę sentymentalnie i już wczoraj kręciłam noskiem, kiedy zaczęła wspominać przeszłość syna Daniela Olbrychskiego, który wygląda jak klasyczny prosiaczkowaty blondynek) Wodeckiemu więc wczoraj udał się greps: po tym, jak Tyniec zatańczył, to Wodecki powiedział, że życzy mu, żeby to nie był Taniec z gwiazdami, tylko Tyniec z gwiazdami :)

    Natomiast uroczyście obwieszczam, że historia Stanów Zjednoczonych już nie jest nudna. Zaczęłam czytać książkę o Ameryce Alistaira Cooke’a, i jest ona boska i interesująca. Alistair Cooke to był taki brytyjski Ryszard kapuściński, przynajmniej tak to określa Polityka w najnowszym wydaniu, jest tam o nim jakaś maleńka wzmianeczka – smieszne, nigdy w życiu o nim wcześniej nie słyszałam, a teraz wszędzie zauważam jakieś skrawki informacji o nim – w każdym razie był to facet bardzo dowcipny i pisał korespondencje z Ameryki aż do śmierci swojej tamże bodajże. Czyta się go bardzo fajnie.

    Kuba Wojewódzki to bardzo specyficzny gatunek. Kiedyś, jak byłam jeszcze w podstawówce, był taki jeden, co się z nim kłóciłam, twierdząc, że Kuba Wojewódzki jest skończonym idiotą. Od tego czasu nienawiść do niego mi właściwie przeszła, pomijając okres zaraz po jego wystąpieniu w międzynarodowym Idolu, kiedy to zrobił z siebie durnia (jezu, ależ to dawno było, kiedy to było?). I czasami rzeczywiście Wojewódzki przesadza, ale bądź co bądź, jest, kurna chata, inteligentny i bystrzacha z niego, i dowcipy naprawdę udają mu się czasem świetne. Kiedyś przyszedł do niego mały Stuhr na przykłąd i był bardzo fajny program, z antycypowaniem, i Stuhr przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, poprawiając Wojewódzkiego, znaczy jego niewłaściwy sposób akcentowania czasowników (swoją drogą mnie też podrzuca, kiedy ludzie mówią ‚wracaliśmy’ zamiast wracaliśmy). Natomiast wczoraj był u niego chłopaczek z Młodzieży Wszechpolskiej, który byłby niewątpliwie bardzo sympatycznym chłopaczkiem, gdyby nie to, że mu owa Młodzież Wszechpolska trochę przeprała móżdżek, i Kuba oczywiście sobie z niego jaja robił na całej linii, bo znalazł sobie kogoś, na kim mógł sobie poużywać, a chłopaczek to się bronił, to atakował Kubę, ale raczej tak na poważnie, i było tak z nim raczej nieprzyjemnie i nudnawo. Natomiast za tydzień u Wojewódzkiego będzie Andrzej Lepper i z pewnością cała Polska zgromadzi się przed telewizorami. Ja też się chyba zgromadzę < lol2 >

    Tak chora nie byłam od gimnazjum. (Psióła, która przeżywa ostatnio renesans blogowy —>, twierdzi, że ona gorzej kaszlała, ale ja tam swoje wiem.) Wczoraj pobiłam rekord, ustanawiając swoją osobistą temperaturę ciała na poziomie 38,5 stopnia Celsjusza. Niestety dość szybko mi ta choroba przechodzi, bo dzisiaj już miałam z powrotem jakieś marne 37,1. Mam nadzieję, że po południu mi się pogorszy (znaczy tfu, tfu! oczywiście w granicach normy, ale na tyle, żebym mogła podstawnie jęczeć i bimbać w łóżku przez dzień cały. (Na razie, jak widać, się wygramoliłam, ale ach, ileż mię to kosztowało!)

    W tej chwili pogoda jest nieszczególna, pada, w sumie to nawet – mży, ale za oknem mam coś boskiego – krople deszczu pozawieszały się na wierzbowych gałązkach, cieniutkich witkach, i wygląda to cudnie, jak takie malutkie perełeczki. Przy czym gotuje się u mnie zupa po mediolańsku według przepisu naszego znakomitego Pascala Be, zdaje się, że on powiedział – że to jest właśnie minestrone? albowiem mamusia miała i tak zamiar zrobić zupę pomidorową na kościach, jako zdrowe, pożywne, rozgrzewające danie, a przychodząc skarcić swe dziecię za oddawanie się rozrywkom telewizyjnym przy przerzucaniu kanałów, przyuważyła w.w. Pascala, jak robił z u p ę. Jako że u mnie w domku ceni się wielce dobrą, gorącą zupę, telewizor pozostał włączony, a my chłonęłyśmy treść programu (przy okazji chłonęłyśmy komicznie francuski akcent Pascala – rozbroiło mnie, kiedy pokazał telewidzom ‚dwie malutkie ziemniaczki’). Zresztą ostatnio obejrzałam chyba może ze dwa programy równie znakomitej Nigelli Lawson i nawet nauczyłam się przyrządzać ulubione danie Elvisa.

    Jeszcze do Nigelli: Anglicy znani są chyba z tego, że mają niespecjalną kuchnię, prawda? Moja mama zawsze mi powtarza, że jak pojadę do Anglii na wakacje, to schudnę chyba z pięć kilo. (Przynajmniej ona zawsze chudła na angielskiej diecie.) Wydawało mi się niedawno, że temu stereotypowi zaiste (^^) skutecznie przeczy Nigella, ale jak powiedziała w jednym programie żartem, że jej matka Żydówka pozwala jej jeść wieprza, jeśli go kupuje na farmie w Dorset, no to zaczaiłam, ziomy! Nie wiedziałam, czemu wcześniej na to nie wpadłam, Nigella ma takie charakterystyczne żydowskie rysy, przynajmniej – wygląda tak, jakbym sobie mogła wyobrażać typową Żydówkę: ciemne włosy, ciemne oczy w ciemnej oprawie, i taki charakterystyczny, orli, duży nos. No i w związku z tym logiczne jest, że jako Żydówka odziedziczyła po mamie żydowski sposób gotowania, który pewnie jest lepszy niż angielski? ;P chociaż nie wiem, czy gotowanie szynki w coli jest takie szalenie żydowskie ;P

    Dalszy ciąg Kitchen News: wreszcie mamy nowy toster.
    Od dzieciństwa byłam uzależniona od grzanek. Pamiętam, jak byłam mała, był u nas w domu taki stary, srebrny toster, wiecie, taki, który jeszcze składało się i rozkładało, tak jak teraz te tostery do chleba w kształcie trójkącików, ale piekło się w nim zwykły chleb. Byłam zupełnie zafascynowana tym tosterem, i uwielbiałam i kochałam miłością gorącą jak rozgrzana grzałka grzanki; a potem toster się zepsuł. Ale nic to! w podstawówce pamiętam, jak rodzice przynieśli do domu taki szpaniasty toster Tefala, i znowu zaczął się grzankowy szał. Toster służył nam wiernie długo i zepsuł się jakieś pół roku temu. W związku z czym w ramach naszej rodzinnej dezorganizacji obywaliśmy się pół roku bez grzanek. A toster – to najlepsze remedium na czerstwy chleb, na niedobry chleb, i w ogóle na nie taki chleb, wkładało się taką trefną kromeczkę do opiekacza i wyjmowało się gorące, złote, chrupiące cudo – jedyną rzeczą lepszą nad świeżą grzankę jest świeży chleb z chrupiącą skórką, ale, jakby na to nie popatrzeć – jakież pyszne grzanki robią się ze świeżego chleba! No ale – żyliśmy bez tostera pół roku, i jakież marne było to życie! ale wczoraj zmusztrowałam rodziców i po długich a ciężkich zmaganiach z .. no nie wiem, obsługą działu AGD? ;P rodzice toster kupili i teraz stoi dumny i blady w kuchni i wpadam w grzankowy szał. Tyle że dzisiaj rano skończył się chleb!
    Nie no nie no ale już jest kupiony < lol2 >

    Kończę ten przydługawy grzankowy epizod i idę do historii Ameryki, która nawet nie jest taka niefajna, jak mi się zdawało.

    PS Przed chwilą oglądałam przy obiedzie Szymon Majewski Szoł i doszłam do wniosku, że może go jednak lubię – wcześniej wydawało mi się, że jest dośc głupkowaty – ale dzisiaj był fajny kawałek o Makłowiczu w Dolinie Rospudy: gotował zupę rospudziankę, do której dodał między innymi popieprzony plan budowy; na koniec przyjechał minister Szyszko (w wielkiej czapce w kształcie szyszki) i obwieścił tłumom, a raczej tłumikom, że Przemysław Gosiewski powiedział, że autostradę z Rospudy przeniesie się do Włoszczowej; i, ponieważ ekolodzy lubią żabki i biedronki, to oni im tu postawią Żabkę i Biedronkę – dwa hipermarkety.
    Poza tym był jeszcze ten filmik, co to ucinają politykowi wypowiedź i się zgaduje, co bylo dalej, był w nim nasz znakomity Andrzej Lepper i mówił o Zycie, żeby się zajęła swoimi sprawami, a nie, cytat: ‚niszczeniem polskiego rolnictwa… bo od tego jesteśmy my!’

    Tydzień temu przegrzebałam wszystkie swoje stosy nut przewalających się po domu z kąta w kąt, szukając chwytów na gitarę do piosenek Turnaua dla pewnego jegomościa, a właściwie Jegomościa, bo on nie lubi z małej litery (to mógłby być taki chwyt, żeby mi notkę skomentował, ale jak znam życie, to i tak się nie pofatyguje [to mógłby być taki chwyt, żeby...{itd}]), przegrzebałam więc te stosy i znalazłam tam wszystko, o czym mogłabym marzyć, tylko nie tego Turnaua, ale to było właściwie do przewidzenia. Natomiast między tymi rzeczami, które actually znalazłam, były piosenki Gershwina rozpisane na głos z fortepianem. Znalazłam sobie swoją ulubioną, Our love is here to stay, i zaczęłam ćwiczyć. Na tyle skutecznie, że na chwilę obecną umiem zagrać i zaśpiewać całość, znaczy cały refren. Za zwrotkę się nie brałam, bo nikt nigdy jej nie śpiewał. :P Szkoda tylko, że nie mam takiej skuteczności na skrzypcach – ale mam silne postanowienie, że będę nad sobą pracować, i to najzupełniej poważnie. Dzisiaj na przykład zaplanowałam sobie, że wstanę o wpół do dziewiątej. Odchył od pierwotnego zamierzenia wynosił zaledwie godzinę!

    Natomiast wczoraj, jak siedziałam w autobusie, wyglądając oknem na zalany słońcem Rzeszów (później była noc deszczowa, wiatr i alkohol, joł, ale o tym, jak będą dowody rzeczowe w postaci zdjęć; ale nie myślta o mnie źle…), wyglądając więc na zalany słońcem Rzeszów – była taka boska wiosenna pogoda – zauważyłam jakiegoś przystojnego, młodego człowieka, który miał czarne włosy, a w ręku bukiecik żółtych tulipanów, zapewne dla swej laski. Było to niesamowicie rozczulające.

    Te dwa wydarzenia wpłynęły na ukształtowanie się mojego czegośtam, czyli whatever: w każdym razie plan jest taki: do czwartku, czyli 8 marca, czyli Dnia Kobiet, należy znaleźć faceta, który leci na laski śpiewające Gershwina, zabawić się przy nim w Lorelei i tym sposobem uzyskać na Dzień Kobiet śliczny bukiecik żółtych tulipanów.
    Tylko skąd ja wezmę takiego faceta!?

    PS W przypływie afektu ulegnę modzie na blogowe pozdrowienia: BB czyli Big Buzi dla kochanej Kasi Kasi z mojej klasy za poprzedni kochany komentarz xD


    • RSS