kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2007

    ale jakoś mi to zeszło i w końcu nie napisałam, a teraz nie chce mi się do tego wracać. Miałam też napisaną głupią notkę w Wordzie o niestabilnych stanach atmosferycznych Podkarpacia i takoż niestabilnych moich własnych stanach emocjonalnych, ale siedzę właśnie u mej mateńki w pracy i mam dwa tuziny nowych rzeczy do opisania.

    Wszystko o mojej matce: wczoraj jedno kochanę dziewczę z klasy mojej wysłało mi sms z adresem jej nowiutkiego fotologa. Moja mateńka pyta się, kto zacz, mówię jej, że dziewczę wysłało mi adres swojego fotologa – a mateńka moja pomyślała sobie, że fotolog – to taki ktoś jak np. laryngolog (albo inny lekarz…) i że zapodało mi dziewczę jego adres. :)
    Poza tym wczoraj, kiedy mateńka moja wróciła ze spaceru, to powiada mi, że widziała tego schizofrenika, ‚no wiesz, tego co ma psa’. Pytam się, dlaczego schizofrenika? ‚No bo wiesz, on ma co miesiąc innego psa chyba. mi się wydaje, że on te psy zjada; no bo co on z nimi robi?’
    Ubóstwiam moją mamę :)

    Natomiast dzisiaj jestem sierotą. Wyszłam rano z domu, i niechcący zdążyłam na wcześniejszy autobus, wskutek czego dostawszy się już do Rzeszowa, przeszłam dwa przystanki piechotą w desperacji, bo miałam tak dużo czasu. Mam mieć właśnie orkiestrę – więc mam dzisiaj skrzypce ze sobą, normalnie zostawiam je pod czujnym okiem milutkiego pana woźnego, takoż zrobiłam i dzisiaj rano. Po lekcjach miałam chytry plan wybiec błyskawicznie ze szkoły i popędzić na obiad do stołówki, obiad, na który mam całe piętnaście minut, jeśli chcę zdążyć na znakomite kształcenie słuchu. Plan swój wypełniłam, pobiegłam, jadłam rybę, i w połowie owej ryby się mało co nie zakrztusiłam, bo przypomniałam sobie, że zostawiłam skrzypce w szkole (pod czujnym okiem pana woźnego). Skończyłam rybę, wciskając ją w siebie tak, jak się karmi gęś, czyli błyskawicznie i na siłę, i pobiegłam po skrzypce (na szczęście od jednej znakomitej instytucji do drugiej jest niedaleko). Wbiegłam, porwałam, wybiegłam, i na przejściu dla pieszych szlag mię trafił, bo oto zobaczyłam jak podjeżdża autobus mój i wsiada do niego inne kochane dziewczę z klasy, i dzieliło mnie od tego autobusu dosłownie 50 metrów – i czerwone światło na w.w. przejściu dla pieszych. Zresztą wcześniej jeszcze, wybiegając w pośpiechu ze szkoły, zostawiłam w szatni swój znakomity beret (nie moherowy, czarny, śpieszę zapewnic czytelników) i swoje równie znakomite czerwone rękawiczki. (Dzwoniłam więc w popłochu do jeszcze innego kochanego dziewczęcia z klasy, żeby mi rzuciła okiem tu i ówdzie w poszukiwaniu straconego beretu; na szczęście poszukiwania dały pozytywny wynik i beret teraz znajduje się w posiadaniu owego dziewczęcia, do jutra, a ja przez własne sieroctwo będę marznąć bez rękawiczek.

    Lecę, bo się zaraz spóźnię na orkiestrę ;]

    I weszłam sobie na bloga po to tylko, żeby go opisać (wybaczcie mi, że dalej nic nie komentuję, próbuję się uczyć ;P). Rzadko bowiem zdarza się Sen.

    Sen był treści następującej: poszłam do szkoły muzycznej na jakieś zajęcia i po nich miałam się spotkać w filharmonii na koncercie z koleżanką. (Moja szkoła muzyczna jest zaraz koło filharmonii. W Śnie, nie wiedzieć czemu, wejście do niej zostało umiejscowione w głównym korytarzu owej szkoły, przez jedne z drzwi.) Miałam chyba mieć akompaniament, i czekałam przez półtorej godziny na spóźnioną akompaniatorkę, po czym ta przyszła, kazała mi nosić jakieś rzeczy i zaprowadziła mnie do jakiegoś dużego pokoju z dwoma pieskami, wyrośniętą suczką i jej młodszym braciszkiem (wątek psi był jeszcze jakoś bardziej rozwinięty, ale już go nie pamiętam dokładnie). Na co ja się zdenerwowałam, oświadczyłam jej, że już nic nie będziemy robić, nagadałam jej o nieodpowiedzialności i marnowaniu czasu, po czym wypadłam z sali i poszłam na koncert.

    Byłam spóźniona. Kiedy weszłam, orkiestra właśnie kończyła grać symfonię Beethovena. -dziwnym trafem mój mózg zdołał wpleść do tego snu najbardziej realistyczne realia, bowiem następny w programie miał być koncert skrzypcowy, również Beethovena, wykonywany przez Konstantego Andrzeja Kulkę – a dokładnie taki program ma koncert, na który jadę dzisiaj do filharmonii. Wczoraj oglądałyśmy z dziewczynami przerażający, głupi horror – myślałam, że mój mózg zaprogramuje się raczej na senne koszmary, ale szczęśliwie poszedł w zupełnie innym kierunku, wybiegając uroczo w przyszłość. Wróćmy więc do mego snu:

    usiadłam na fotelu, mając wrażenie, że zalewają mnie światła – strasznie raziły mnie po oczach. Kiedy orkiestra skończyła grać symfonię, światła jakby przygasły, i zobaczyłam, że orkiestra nie jest taka duża, jak zwykle, i że składa się z samych uczniów szkoły muzycznej. Co więcej – że estradę do wejścia solisty przygotowuje, ustawiając i przesuwając krzesełka, kilka osób, w tym mój stary dobry znajomy. Na scenę wszedł Kulka – nota bene, rozluźniony i ubrany bardzo nieformalnie, bo w czarne spodnie i zwykły, zapinany na zameczek czarny dresik. Coś się chyba jeszcze tam na środku działo, nie wiem, czy wciąż zachodziły czynności ustawiania, czy co innego, ale w każdym razie Kulka stał z boku sceny i czekał na możliwość przejścia na środek – i wtedy zaczął mówić coś do mnie i do dziewczyny siedzącej tuż obok mnie. (Ponieważ moja koleżanka na koncert przyszła punktualnie, siedziała bardziej z tyłu i na środku.) Zaczął więc coś mówić, ja mu odpowiedziałam, wymieniliśmy kilka dowcipnych zdanek i jakoś bardzo nam było razem wesoło. Po czym przeszedł na środek. Gdy zaczął grać, zaczął grać piękną kantylenę na strunie G, zaczynającą się od a małego, ale co najdziwniejsze, to że grał jakoś tę kantylenę, a potem opuścił lewą rękę, i nie dotykał palcami gryfu, ale chyba ciągle grał pięknie, a żeby było jeszcze milej, to zaczął śpiewać – grając jednocześnie, zaczął śpiewać Oh My Darling, Oh My Darling! i to wszystko było doskonale utrzymane w brzmieniowej konwencji koncertu – a potem – zadedykował to tej uroczej pani z drugiego rzędu, patrząc się prosto na mnie z szerokim uśmiechem ;D

    Ten koncert skończył się jakoś, mój sen miał chyba jakieś sensowne zakończenie, bo po nim miałam jeszcze jeden, który już zapomniałam – z tej końcówki snu pamiętam tyle, że przede mną siedziała, jak się okazało, pianistka ze szkoły muzycznej, akompaniatorka również – ale nie ta z pierwszej częsci, tylko inna, świetna, i ukochana przeze mnie od podstawówki (postać autentyczna ;P tamta akompaniatorka była fikcja literacka ;P), i ta pianistka po skończonym koncercie pyta się mnie, czy pójdę do Kosteczka po autograf, a ja na to, że tak, oczywiście, i zupełnie nie wiedzieć czemu, nazwałam Kulkę absurdalnie ‚Powidełek’. Na co pianistka się roześmiała z sympatią i powiedziała: ‚Powidełkiem go nazywasz?’ W każdym razie teraz w sumie już nie jestem pewna, czy to był Powidełek, bo coś mi po głowie chodzi, że to miało trzy sylaby, a nie cztery, ale w każdym razie było to coś bardzo podobne do Powidełka. Ale w końcu po autograf nie poszłam chyba, bo długo gadałam z pianistką i z innymi ludźmi. I chyba wszyscy się rozeszli.

    Ale takiego niesamowitego snu, żeby Kulka w czasie wykonywania koncertu Beethovena zaczął śpiewać Oh My Darling i jeszcze mi to zadedykował, to nie miałam już dawno :)

    Wczoraj oderwałam się od beznadziejnej książki Iris Murdoch, a Fairly Honourable Defeat, zupełnie mi się nie podoba, ale czytam, bo muszę, oderwałam się więc od niej, żeby obejrzec w telewizyjnej jedynce ten program z cyklu ‚errata do biografii’. Było o Andrzeju Szczypiorskim – nie wiedziałam o nim wcześniej zupełnie nic, nic a nic – pierwszy raz usłyszałam to nazwisko właśnie wczoraj, ze wstydem muszę przyznac – ale po obejrzeniu tego szlag mnie po prostu trafił.

    Zatytułowany tak chwytliwie i uroczo, ‚Errata do biografii’, na miłośc boską, przezentował ten program oczywiście czarną ubecką przeszłośc Szczypiorskiego. Wypowiadał się jeden historyk, który miał gębę nieandertalczyka i to, że mu się mózgojad nudzi w czaszce, wypisane na twarzy, wypowiadał się takim okropnym tonem, że mnie skręcało – wypowiadał się drugi historyk, który wyglądał i mówił dużo bardziej inteligentnie, ale tak – bo ja wiem, był za pewny tego, co mówi (na świecie jest tyle rzeczy, o którym się nie śniło, etc, że zawsze mam wątpliwości co do ludzi, którzy przedstawiają coś za pewnik). Ale dobra – oczywiście przedstawiano w tym programie jakieś papierki, jego teczkę, podpisaną pseudonimem Marek zresztą, ale co najgorsze – co absolutnie najgorsze – to pokazano lekcję polskiego w IV LO we Wrocławiu – z jakąś idiotyczną polonistką, z głosem słodkiej idiotki, święcie przekonanej o swoich racjach i oczywiście najmądrzejszej i najbardziej wyształconej na świecie (jad przeze mnie przemawia i muszę go przelac na pismo, albowiem inaczej pęknę), która zapodała klasie dwie partie materiałów o Szczypiorskim – najpierw o tym, że patriota, że kochał ojczyznę, że szczery, no same takie ochy i achy – a potem, tę drugą częśc, w której wyszło, że jest, był właściwie – zakłamańcem, hipokrytą, ubekiem – i oczywiście trzy czwarte klasy się bardzo przyzwoicie zgorszyło, że jak to tak można. A ja siedziałam przed tym głupkowatym telewizorem i skręcało mnie! Na litośc boską, jak banda nastolatków z idiotką-nie-profesorką na czele może osądzic życie i dorobek takiego człowieka w ciągu dwudziestu minut! nie mając o niczym pojęcia. Ja sobie nie pochlebiam, że ja mam, bo tak samo jak oni nie żyłam w tamtych czasach – ale to właśnie jest nasza katolicka mentalnośc, wykląc kogoś od razu, bo on jest be, a my jesteśmy dobrzy i praworządni.

    Zacznijmy od tego, co w ogóle Szczypiorski zrobił: ściągnął rodziców do kraju, i później, jak chciał wyjechac za granicę, to napisał im parę raportów o tym, co tam robił. Podobno na ściągnięciu jego ojca do kraju szalenie ucierpiało angielskie środowisko emigracyjne. Dobrze więc. Jego matka podobno sama chciała wrócic. Następnie, powtarzam jeszcze raz, nie żyłam w tamtych czasach, ale teraz wydaje mi się wątpliwe, że udzieliliby komuś pozwolenia na wyjazd na Zachód bez tej zgody na pisanie jakichśtam raportów i sprawozdań. Chciał wyjechac – to, na litośc boską, musiał iśc na jakieś ustępstwa! Natomiast my, Polacy, oczywiście chcielibyśmy, żeby on w imię patriotyzmu trafił do więzienia i umarł tam, bo dobry Polak to martwy Polak. I przy okazji nic już więcej nie napisał. No i w tym momencie to, że Szczypiorski złożył parę podpisów na papierach, które de facto nikogo nie wsadziły do więzienia, nikogo nie skazały na śmierc albo tym podobne okropne rzeczy (tak przynajmniej zrozumiałam – gdyby przez niego ktoś zginął, roztrąbiliby chyba to jeszcze bardziej), decyduje o jego życiu i o tym wszystkim, co napisał; i tej bandzie półgłówków nie przyjdzie do głowy, że to były ciężkie czasy, że przecież do śmierci Stalina trudno było się UB w ogóle postawic; co więcej, że później, w latach 70tych chyba, Szczypiorski sam był inwigilowany! (że użyję tego głupiego trudnego słowa, bo żadne inne nie przychodzi mi na myśl.) Tylko wezmą, osądzą i strzelą focha z przytupem, że nieładnie to tak.

    Oczywiście nie można mówic, że Szczypiorski był dobry i kochany przez to, że zgodził się na tę współpracę, ale ten program przedstawił Szczypiorskiego tak pieprzenie jednostronnie, jako podłego hipokrytę; na koniec puścili jeszcze wypowiedź Michnika o nim, a Michnik, wiadomo, jest lewicowy i zły, więc to też należy wziąc pod uwagę, ale puszczali też wypowiedzi samego Szczypiorskiego – mi się one wydały bardzo rozsądne, i to co, że dobitne – ten inteligentniejszy historyk miał mu to za złe, że traktuje Polaków protekcjonalnie, jak, cytuję, Murzynów, Zulusów, – no i co, no i co! jesteśmy tak idiotycznym narodem, że nie zasługujemy chyba na inne traktowanie, skoro to jest właśnie to, co robimy z nielicznymi inteligentnymi rodakami. Więc z zemsty obiecuję sobie niniejszym, że jak tylko będę miała trochę czasu, czyli na wakacjach, przeczytam wszystkie książki Szczypiorskiego. I niech ta banda z IV LO z Wrocławia razem z nauczycielką też to zrobi! Tam była jedna inteligentna dziewczyna, która miała sceptyczny stosunek do lustracji. Chyba że takich było więcej, ale program tak zmontowano, żeby nie było zbyt dużo pozytywnych wypowiedzi o Szczypiorskim. Chłopak, który się najwięcej negatywnie wypowiadał, miał taką tłustą, tępą twarzyczkę. Uwaga, pluję jadem.

    Przepraszam, że nikomu nie komentuję, ale spędzam wieczory i ranki nad książkami do angielskiego w ramach przygotowań do olimpiady.

    Jak byłam mała, słyszałam ten śliczny utworek po raz pierwszy – na kursach w Łańcucie oczywiście, natomiast byłam na tyle mała, że po latach to mama przypomniała mi, że w ogóle go słyszałam. Ale – właściwie to dzisiaj zapodano mi hinta, że jest wywiad z Wiłkomirską w dwójce radiowej (Wanda Wiłkomirska to taka cudowna, stara już polska skrzypaczka, która chwilowo siedzi w Australii) – wywiad był z okazji audycji o laureatach nagrody Szymanowskiego, czy jak się ona tam nazywała – w każdym razie związany z muzyką Szymanowskiego, Karola zresztą, świetnego kompozytora, naszego zresztą, czyli polskiego, tym gościem to naprawdę możemy się chwalić, kompozytora muzyki współczesnej, cudownej muzyki – Wiłkomirska właśnie jako laureatka tej nagrody, puszczali fragmenty jej nagrań Szymanowskiego, i aż z tego wszystkiego włączyłam sobie płytę z Kają (^^) Danczowską, z jej nagraniami Szymanowskiego – Mitów, taki cykl miniatur instrumentalnych oparty luźno na greckiej mitologii, który jest boski po prostu ^-^ i słuchając Źródła Aretuzy, przypomniałam sobie, jak tę właśnie miniaturkę grała dziewczyna w zeszłym roku na kursach w Łańcucie – wtedy, kiedy odgrzebałam to z tak zwanych mroków niepamięci – grała to cudownie, i cała była cudowna – zazwyczaj występują na koncertach zakańczających turnusy takie laski lekko wyfiokowane, bardzo pewne siebie i grające owszem dobrze, ale nie porywająco – w każdym razie mnie zawsze odpycha laska taka, która strasznie dba o to, jak się na scenie zaprezentuje. To pewnie to w moim przypadku – no i są to zazwyczaj takie regularne gwiazdy turnusów – jest stała warszawska ekipa, która regularnie grywa na koncertach – znaczy nie powiem, wszystkie warszawskie laski grają dobrze,

    ach no grają, ale już mi się opatrzyły. Natomiast na jednym z tych koncertów wyszło na scenę zjawisko. Studentka taka (nazywała się Julia Rogozia – takie romantyczne imię zestawione z takim dzikim nazwiskiem, które przy tym Szymanowskim i Mitach od razu kojarzy się z jakimś bożkiem Panem i faunami z raciczkami, takie egzotyczne nazwisko – jeśli kiedykolwiek usłyszycie Julię Rogozią, kurczę, no firma!), ze dwadzieścia lat, niesamowicie ładna, bardzo świeżą urodą – nie była prawie w ogóle umalowana, a i tak wygądała cudnie, ze ślicznie upiętymi ciemnymi włosami, w prostej, długiej czarnej sukience – no twarzyczkę miała tak inteligentnie dojrzale słodko niewinną, regularne rysy, idealna cera, z dużymi niebieskimi oczami, że gdybym była facetem, natychmiast po jej rewelacyjnym wykonaniu Źródła bym się jej oświadczyła. Byłam po prostu zachwycona, jak taka śliczna, smukła dziewczyna tak fantastycznie gra to; jeszcze do tej pory pamiętam, ta dziewczyna umiała wytworzyć atmosferę, i ja do tej pory pamiętam to, jak siedzę w sali balowej w zamku, to jest naprawdę śliczna sala, jest cudowny, słoneczny dzień, i promyczki słońca tak rozkosznie przefiltrowują się przez żaluzje i kryształki żyrandola, drzewa, ptaki, lato, źródło aretuzy. !!!


    • RSS