kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2007

    Ponieważ nie mam chwilowo żadnych większych obowiązków w szkole, zaczęłam olewac ją na rzecz skrzypiec; na tyle skutecznie, żeby już dzisiaj zostac wywołaną do odpowiedzi z matematyki, z materiału, którego nawet nie raczyłam nadrobic przez weekend – dostanę z tej kartkówki pałę. Zostałam też zapytana z geografii i tym sposobem wykorzystałam nieprzygotowanie na pierwszej lekcji w semestrze, na której się pojawiłam. Innych niespodzianek w szkole nie było, poza tym, że poszłam za dziewczątkiem z klasy na kółko anglistyczno – teatralne, znaczy takie, na którym robią skecze po angielsku, i – a jakże – połowa skeczy, które profesorka nam przynosi, są to skecze z Off Stage Theatre, angielskiego teatrzyku, który dobrze znają moje stare dziewczątka gimnazjalne, teatrzyku, który miał takie przezabawne skecze z tekstami takimi jak:

    1) przychodzi robber do banku i podaje jąkale, który tam siedzi, karteczkę do przeczytania, napisa na karteczce ma brzmiec ‚give me all your money, or i’ll kill you’ – co jąkała czyta ‚give me all your honey or i’ll kiss you‚.

    2) przychodzi Rosjanin do punktu celnego (ee no jak się to mówi, no tam, gdzie się mówi, co się ma do oclenia) i customs officer pyta się go, Have you got anything to declare? a on mówi, Yes, I love my wife!

    Przynajmniej w moim mniemaniu są to śmieszne teksty :)

    I na to właśnie kółeczko uczęszcza taki chłopczyk, on jest Amerykaninem, czy może Kanadyjczykiem, w każdym razie mówi po angielsku z amerykańskim akcentem, co prawda, ale za to ma śliczny niski głos i ładnie intonuje, już nie mówiąc o tym, że czyta swoje role bardzo żywo i z wyczuciem; gdyby był starszy, czy po prostu bardziej wyrośnięty, to pewnie bym na niego leciała, ale jest z pierwszej klasy i twarzyczkę ma jeszcze chłopięcą. Natomiast wydaje się bardzo sympatyczny i inteligentny, więc pewnie będę chciała mu pokazac, że Polacy to nie są nietowarzyskie buraki, i spróbuję z nim pogadac. Jeszcze sobie pocwiczę angielski przy okazji ;P

    Cudownie jest mi teraz, nowy semestr w szkole (jak ognia bałam się przychodzic na chemię, z której dostałam dwa na półrocze, bo miałam jedną piątkę – i resztę same zera z kartkówek ;P ale dzisiaj, gdy profesorka od chemii zauważyła mój znakomity futerał ze skrzypcami w środku oparty o ławkę, zaproponowała, żebym coś zagrała, klasa przyjęła to entuzjastycznie, więc wyciągnęłam skrzypce z futerału i zagrałam, a ozwał się z nich dźwięk najstraszliwszy, bowiem nie dotykałam ich przez tydzień w ramach przygotowań do olimpiady – jednak klasa to, co zagrałam, przyjęła jeszcze bardziej entuzjastycznie i głodna podziwu solistka z Koziej Wólki [czyli że ten, ja] została nagrodzona burzą oklasków i łaskawym uśmiechem profesorki) więc nowy semestr w szkole, czysta karta, angielski z głowy na dwa tygodnie (właściwie to już niecałe; w każdym razie za te dwa tygodnie będą wyniki z olimpiady i dowiem się, czy przeszłam do trzeciego etapu, na co właściwie nie liczę, jak to głosi Mały Poradnik Życia (czy jakaś taka książeczka), ‚wierz w cuda, ale na nie nie licz’. Więc angielski z głowy, na skrzypcach dostanę nowy, przyjemny program, a przez ten tydzień opitalam się i udzielam towarzysko, i powróciłam do mojego normalnego stanu, mianowicie czytam fajną Sagę Rodu Forsajtów (o jakby mi jeszcze nie było dośc tego angielskiego ;]) i jakieś kiepskie fantasy angielskie (mój stary dobry Anglik zamówił mi już siódmego Pottera, i przy tej okazji dostał darmowego sampla, książkę o intrygującym tytule ‚Mister Monday’, napisaną przez niejakiego Gartha Nixa, przysłał, to czytam, co się będę), wstaję najpóźniej jak mogę (czyli w sumie wcześnie jak na moje standardy) i nudzę się na polskim (hasło na dziś: ‚płynąca krew… z Rzepowej…’ – to profesorki).

    W Lublinie na tej olimpiadzie było właściwie bardzo fajnie i luzacko, chodziłam z towarzystwem po mieście (i, na litośc boską, byłam jedyną niepełnoletnią w towarzystwie – było to w pewnym momencie dośc niewygodne, bo cały czas zapowiadali, że skoczą sobie na piwo – nie powiem, że stronię od alkoholu, że tak powiem [jezu kochany, to brzmi, jakbym była notoryczną alkoholiczką ;P)] ale z drugiej strony panicznie boję się łamania reguł, nie stosowania się do kanonu i zawodzenia czyjegoś zaufania, i wyrabiania sobie złej opinii, bo w gruncie rzeczy jestem bardzo grzeczna – chodzi mi o picie piwa przy profesorce, z czym byłoby mi szalenie niewygodnie, więc albo zrezygnowałabym, wychodząc na cnotkę, albo wzięłabym jedno, i wyszłabym na taką noti gerl! no i mam takie głupie problemy ;P ale w końcu problem ów się sam rozwiązał, bo towarzystwo zdecydowało, że idziemy na czekoladę ;P), więc jeśli chodzi o aspekt towarzyski, to było rzeczywiście bardzo miło, a co do naukowego, to zdołałam przebrnąc przez nieszczęsny test gramatyczny – etap pisemny – w miarę pomyślnie i dopuszczono mię do części ustnej – na drugi dzień, i tam właśnie usłyszałam niejakiego pana K., który jest specjalistą w układaniu najbardziej hako-zaginających i najbardziej bezsensownych testów na świecie i umiejętnośc tę wykorzystuje regularnie od lat dwudziestu bodaj z okładem, układając testy na olimpiady – rozwiązywanie jego testów z takiej książki, na próbę, niemal zrujnowało mi Święta, naprodukowałam się przez niego tyle żółci, ile nigdy jeszcze w życiu [btw, czy żółc jest czarna? dzisiaj oglądaliśmy taki fajny paskudny filmik na biologii, na którym pokazywano organy trawienne od środka, i tak mi się dziwnie wydało]; więc ten pan K. zapytał się mię o coś na tej ustnej części, i wniebowzięta byłam, kiedy usłyszałam, jak kiepski ma akcent! ;D *zawistne rech rech rech*

    Natomiast zaraz po powrocie zostałam zmusztrowana do kina przez dwa kochane dziewczątka z klasy mojej, i poszłyśmy na film przerażający, Deja Vu (Amerykanie wymawiają to niezwykle ohydnie; podczas gdy nawet dziewczątka z mojej klasy, które francuskiego się nie uczą, wiedzą, że przy wymawianiu ‚vu’ robi się buzię w ciup); film rzeczywiście był przerażający, nie przepadam bardzo za takimi filmami, ale wrażenia moje estetyczne zrekompensował fakt, że na końcu filmu Denzel Washington i Halle Berry odjeżdżają sobie szczęśliwi samochodem w siną dal. (Dzisiaj natomiast byłam na Pachnidle i nie wiem, co o nim sądzic, kto mi powie? ;P). Najlepsze było jednak po filmie, otóż spałam z drugim dziewczątkiem u jednego dziewczątka, i musiałyśmy dojśc przez tę śliczną noc po filmie do jej domu, i po drodze wkradłyśmy się do ogrodu kumpla i zrobiłyśmy na śniegu trzy orzełki, lub też, jak kto woli, aniołki. Było coś koło północy ;P

    Teraz za to mam problem z facetem. Może z dwojga złego lepiej już miec problem z facetem, niż problem bez faceta. W każdym razie sprawa sprowadza się do tego, że na początku zapowiadało się fajnie, a teraz mi się odechciało, i kręcę noskiem. W każdym razie, i znowu nie wielka lowe – ach, no i gdzież jest mój cholerny Mr. Darcy?? ;P

    Nie piszę notek przez pół roku, a potem produkuję taką długą, że pewnie na sam widok odechciewa Wam się czytac – ale trudno, gdzieś się muszę wypisac, żeby potem nie zadręczac ludzi historią swojego życia – nie mam serca do osób, które tak robią, zmuszając mnie do słuchania (bo jestem grzeczna i nie odmówię, chyba że dany osobnik doprowadza mię już do szewskiej pasji), i no – na litośc boską, czy sztuka prowadzenia rozmowy całkiem już zanikła i teraz rozmawiac można tylko tak, że najpierw jeden ktoś coś opowiada, a potem, jak ten drugi zdoła się dostac do głosu, to ten drugi coś opowiada, i tak na zmianę? Sorry, czy jest jeszcze coś takiego, jak zainteresowanie drugą stroną w rozmowie? ;P to tak z wątroby, że niby wreszcie jakiś poważny problem, a teraz dobranoc wszystkim i tysiąc słodkich zimowych buziaków.

    update
    Już myślałam, że nasza stara dobra zima się zniechęci, cały śnieg, jakiego zdążyło napadac we wtorek, się stopi i cała urocza zimowa aura pójdzie w diabły, ale nie, woda grzecznie zamarza w górze i spada lawinami na dół – nie chciałam zimy z powrotem, ale no jednak śnieg jest po prostu uroczy. Pada, wieje, mrozi, więc wpadłam na dziki pomysł wyciągnięcia z szafy babci starej futrzanej czapki, wiecie, takiej a’la Lara, ukochana Doktora Żywago (bardzo luźne skojarzenie), i w szalonej desperackiej chwili wcielę ten pomysł w życie – uszy pod moją cieniuchną czapeczką odmarzają mi do granic przyzwoitości.

    i tak sobie to wszystko dobrałam, że w każdej była mowa o śmierci i umieraniu. Teraz zaś zgłębiam historię Zjednoczonego Królestwa i Stanów Zjednoczonych w jej najbardziej skróconej i prymitywnej formie, mianowicie czytając artykuły z Wikipedii, ponieważ na nic innego nie mam czasu, i odkryłam kilka interesujących (przynajmniej dla mnie *lol*) rzeczy.

    Pierwsza: kiedyś, dziecięciem będąc młodym a niewinnym, tępiłam Rowana Atkinsona za jego głupawe występy w Jasiu Fasoli (doprawdy, wynosiłam się wtedy nad prymitywny humor – przeczytawszy jako dziecko może dziesięcioletnie w Wysokich Obcasach fragment Dziennika Bridget Jones, na moje nieszczęście był to akurat ten fragment, gdzie Bridget idzie kupowac prezerwatywy, a potem wychodzi nocą do śmietnika szukac komórki przyjaciela – geja, którą prawdopodobnie przez przypadek wyrzuciła, i spotyka dwóch facetów – byłam niesłychanie zgorszona i przysięgłam sobie, że nigdy Bridget Jones nie dotknę! a teraz ją uwielbiam ;P) nie przepadałam więc zupełnie za Rowanem Atkinsonem, do czasu, gdy zaczęłam na BBC oglądac takie śmieszne sitcom series, w których grał on Blackaddera, po polsku znanego jako Czarna Żmija. Nie zaczęłam go uwielbiac od początku, bo w pierwszej serii, na dworze jakiegoś nieistniejącego króla, który panował po Ryszardzie Trzecim, ee, to był jakiś czternasty wiek, tak? ;P (Boże, przygotowuję się do olimpiady z angielskiego i nie wiem, kiedy panował Ryszard III!)(Boże drogi, sprawdziłam, to był wiek dwunasty), jeszcze był z lekka przygłupawy, ale jakoś tak ta historyczna konwencja mi się spodobała, i potem była seria z nim jako lordem na dworze Elżbiety I, gdzie był sprytny i wredny i przypadł mi do gustu, natomiast zakochałam się w nim ostatecznie, kiedy w trzeciej serii grał kamerdynera księcia George’a IV, czyli Księcia Regenta – a ja po prostu uuuwielbiam okres Regencji w Anglii ^^ pomimo tego, że George IV był postacią wyjątkowo niesympatyczną. I w tej trzeciej serii był jeden odcinek, opowiadający o jakichś zmaganiach politycznych, występował w nim pewien uroczy chłopczyk jako William Pitt the Younger – nastoletni polityczek. Był uroczy, i Blackadder podrwiwał sobie z niego, kiedy Pitt zagroził mu, że ma w odwodzie swojego młodszego brata, podrwiwał (zaraz, czy jest taki czasownik jak podrwiwał? *lol*) sobie tak: ‚And what is his name? Pitt the Even Younger? Pitt the Embryo? Pitt the Glint in the Milkman’s Eye?’ jakoś tak to sobie przypomniałam, kiedy dzisiaj na Wikipedii zgłębiałam dzieje partii Whigów i Torysów, i padło nazwisko sławnego polityka, jakim był właśnie William Pitt the Younger :)

    Druga: Stary znajomy mamy, Anglik, co roku przysyła nam kalendarz ilustrowany zdjęciami z hrabstwa, w którym mieszka – Norfolk. W kalendarzu z zeszłego roku, jak również i w aktualnym, pojawiły się zdjęcia rezydencji zwanej Blickling Hall (jeśli macie ochotę, tutaj jest parę zdjęc) – takiego cudnego zamku, rezydencji sfotografowanej uroczo, na dodatek w tle było tam jakieś jeziorko, od razu więc upodobałam sobie owo Blickling Hall jako wierne rzeczywiste odwzorowanie Pemberley, rezydencji Mr. Darcy’ego, zabójczego hero z Dumy i Uprzedzenia, Jane Austen, Regencja, ach ^^ teraz zaś, kiedy weszłam sobie po linkach na artykuł o Anne Boleyn, do której zawsze żywiłam dużo sympatii, odkąd dowiedziałam się, że ten wredny stary Henryk VIII rozkazał ściąc jej głowę, i zaczęłam jej żywic nawet jeszcze więcej po oglądnięciu w telewizji serialu o Henryku VIII, w którym Anne Boleyn grała Helena Bonham Carter, jedna z moich ulubionych współczesnych aktorek, odkryłam, że moje ukochane Blickling Hall w Norfolk należało do ojca Anne Boleyn, sir Thomasa Boleyn, i prawdopodobnie tam właśnie owo pechowe dziewczę się urodziło.

    a na chwilę obecną wracam do Wikipedii i do Trevelyana, i przepraszam, że nie komentuję, ale już i tak głowina ma biedna została zmyta rodzicielską ręką i nakazano mi natychmiastowy powrót do książek. Wysyłajcie pozytywną energię w poniedziałek rano ;D

    PS jeszcze jedno: no trzeba naprawdę byc mną, żeby miec takiego pecha: Rafał Blechacz, znowu naszła mię fala uwielbienia dla Rafała Blechacza, otóż Rafał Blechacz zaplanowany miał recital w Filharmonii Rzeszowskiej, na który to recital ostrzyłam sobie zębiska me od października. Otóż cały witz polega na tym, że data recitalu owego została wyznaczona na w poniedziałek 22 stycznia. 22 stycznia, właśnie wtedy, kiedy ja muszę zawlec swój tyłek do Lublina na drugi etap tej durnowatej olimpiady. Jak zobaczyłam plakaty na szybach filharmonii, myślałam, że zwariuję, Ale jest lepiej! Do Lublina jadę w niedzielę wieczorem, bo test jest zaraz w poniedziałek rano – więc w Lublinie będę koło 7-8 pewnie, i nie będzie mi dawac spokoju świadomośc, że Rafał Blechacz w niedzielę wieczorem daje recital w Filharmonii L u b e l s k i e j !!! AAAAA. AAAAAAAAAA. AAAAAAAAAAAAAAAA. Będę siedziec w pokoju hotelowym i próbowac się skupic na testach. Grejt. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!

    errata ależ ze mnie pitolona dyletantka! oczywiście Blackadder I ma miejsce pod koniec wieku XV, kiedy kończy się wojna Dwóch Róż, i tam rzeczywiście jest Ryszard III, któremu Edmund Blackadder, książę Edynburga,odcina głowę, i wygląda potem bardzo stylowo jako duch (Ryszard III of kors), natomiast nie wiedziec czemu (znaczy wiedziec wiedziec, mamusia mi zawsze powtarzali, że little learning is dangerous), pomylił mi się ten Ryszard III z Ryszardem Lwie Serce i pod takim hasłem sprawdzałam w googlach. < smack in the head >

    Postanowiłam zrobić sobie małą przerwkę od padania na nos (oraz inne części ciała :), i napisać notkę (zgubne przyzwyczajenia blogowicza).

    Otóż co sobie myśli polski kościół, potępiając działalność Jurka Owsiaka? Znaczy ten temat poruszany był chyba już z milion razy, ale dalej mnie to wkurza. Ten kraj jest tak niesamowicie nudny, szary, wszyscy boją się wychylić z szeregu, a jak ktoś odważy się to zrobić, to zaraz dostaje po głowie – niezależnie od tego, jak dobra i fantastyczna jest jego inicjatywa. W tej sytuacji najchętniej posłałabym Polskę do wszystkich diabłów, pojechałabym sobie do Włoch i kupiła willę w Toskanii (oczywiście naprzód zostawszy sławną na cały świat skrzypaczką i zarobiwszy kupę szmalu, tajemniczym sposobem ściągając na swoje koncerty masy i przekonawszy do muzyki poważnej nawet zagorzałych orędowników hip – hopu czy innego r&b, skutkiem czego cały naród stałby się nagle niezwykle kulturalny i rodziliby się w Polsce sami erudyci, troszczący się o społeczeństwo i jego znakomitą edukację – pomarzyć zawsze można), ale Jezu kochany, czy z tym krajem nie da się czegoś zrobić? Nauczyć czegoś tych ludzi? (Mój wewnętrzny bohater, niezależnie od tego, co mi wyjdzie w psychotestach, to – ja to wiem – idealista ;]) No bo wyjechać to najłatwiej niby.

    YouTube zaskoczyło mię pozytywnie. Otóż wpisałam sobie w google hasła: ‚prokofiev violin sonata’ i jedną ze stronek, które mi wyskoczyły, było właśnie YouTube, i znalazłam tam nagrania Dawida Ojstracha ze Światosławem Richterem (tacy bardzo dobrzy skrzypek i pianista, taki old skool), Jaszy Heifetza (Żyd! co najmniej połowa świetnych skrzypków to Żydzi. to jest niesamowite: Menuhin, Heifetz, Ojstrach, całą masa ich jest – teraz też wrzuciłam sobie w google nazwisko Ojstracha, żeby upewnić się, czy na pewno Żydem był [tak btw, to nie zaliczam się do antysemitów *lol*], i mi wyskoczył taki artykulik fajny: takie wyliczenie sławnych Żydów :) i po prostu czasem aż chciałabym, żeby płynęła we mnie choć kropla semickiej krwi, może wtedy pomogłoby mi to w skrzypcach ;P W ogóle antysemityzm jest dla mnie niesamowicie denerwujący, ponieważ, spójrzmy prawdzie w oczy, bez Żydów polska kultura by nie istniała, zobaczmy chociaż, ilu naszych poetów jest żydowskiego pochodzenia ;P)

    więc Jaszę Heifetza właśnie znalazłam na YouTube, nota bene trzymającego smyczek w taki właśnie sposób, za jaki tępi mnie mój profesor, i to był taki czarno – biały filmik – w pewnym momencie było ujęcie na publiczność, i pokazano parę takich młodych buziek wpatrujących się w Heifetza z czymś, co zinterpretowałam sobie jako podziw ( :) i pomyślałam sobie z niejakim żalem, jakie to smutne, że teraz 80% widowni w salach koncertowych to emeryci. Ludzie, chodźmy do filharmonii, to fajne jest naprawdę!

    Teraz będzie jeszcze trochę o durnościach w Kościele, mianowicie przy okazji właśnie tego Owsiaka i kościoła, o czym zamieniłam parę słów z mamą, opowiedziała mi ona o tym, jak to była kiedyś na filmie Felliniego, tytuł utonął w mrokach niepamięci ;P i na tym filmie była taka scena, jak to biegały na wybiegu zakonnice i księża, prezentując nową modę kościelną – zmieniając habity, ornaty, wiecie. I potem, później już, rozmawiała z księdzem z naszej parafii, i on jej opowiadał, jak to teraz ornaty się zmieniają, i teraz będą takie wyszywane, a tych koronkowych to już się nie będzie nosić.
    Fajne filmy Fellini kręcił, nie? ;P

    PS Jenny, nic na to nie poradzę, nie umiem Ci skomentowac na blogu *lol*

    Padam na nos.
    Jak w tej piosence:
    pa dam, pa dam, pa dam…
    (edith Piaf?)

    Wybaczcie!

    Moja mama wymyśliła nowe hasło z cyklu ‚thank you from the mountain’: MERCY LILAC, czyli łaski bez :)

    Zaczęłam wreszcie ćwiczyć tak porządnie na skrzypcach (dwa tygodnie przed egzaminem ;]) rzeczy techniczne, to jest gamy i pasaże, oraz dwudźwięki w gamach: takie niemiłe rzeczy jak tercje, ale z tercjami to pestka, kiedy przychodzi grać oktawy palcowane i decymy, czyli takie paskudne rzeczy, od których rączka rozciąga się i boli, jeśli takim rzeczom poświęcało się we wcześniejszych okresach życia bardzo mało czasu, jak też, można bardzo łatwo się domyślić, było ze mną, wskutek czego rączka moja mała rozciąga się i boli, ale najśmieszniejsze jest to, że ten mięsień, który wszyscy śmiertelnicy mają na skraju lewej dłoni, a dokładnie po jej prawej stronie, zaczął mi rosnąć, czyli zachował się tak, jak zachowują się wszystkie porządne mięśnie poddane ćwiczeniu – co prawda różnica jest minimalna, ale czy jeśli dalej będę ćwiczyć tak ostro, grozi mi przerost tego mięśnia i nieatrakcyjny biceps albo inny tri czy tetra na dłoni?
    (chciałam wstawić obrazek na flickra, żeby się pochwalić, jaka to ja jestem nie wiadomo jak pracowita, ale na zdjęciu nic nie widać ;P)

    ‚Dupa’ po rumuńsku znaczy ‚po’. ‚Curva’ po włosku znaczy zakręt. Mama mi, dziecięciem będąc (‚będąc młodą lekarką, wszedł raz do mnie pacjent…’) opowiadała historyjkę takię: jechała sobie pewna Włoszka po serpentynach w autokarze, w którym byli również i Polacy, i krzyczała co chwilę przejęta: ‚O, curva! o, curva!’ Opowiadała mi też inną jakąś historyjkę o brzydkich słowach, ale już jej nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak odkryłam listy pisane do niej przez jej kuzyna, kiedy on miał lat jakieś może siedem, osiem, a ona była od niego parę lat starsza – pisał tam coś o cipkach, a ‚cipki’ znaczyło kury, bo się je wołało ‚cip! cip!’. Pamiętam też, jak mnie mama wierutnie okłamała, mówiąc, że słowa ‚divadlo’ i ‚letadlo’, które to słowa są najczystszy czeski, otóż że słowa te wymyślił właśnie ów kuzyn jej, i były częścią całego tajnego języka. Odkryłam to jednak dopiero znacznie później.

    Życie jest piękne!
    A jeśli nie jest,
    To trzeba się dobrze wyspać
    I poczekać do jutra.

    Ten wierszyk, ułożony dawno i w Krakowie, przy czym nie przeze mnie, bo jeszcze przed moimi narodzinami, cytuję przy każdej pozwalającej na to okazji. Cóż z tego, skoro czasem życie zdecydowanie piękne nie jest, nawet jak się człowiek wyśpi.

    Pierwszego stycznia był okropny dzień. Ja zupełnie nie miałam energii, żeby się do czegokolwiek zabrać, ludzi bolała głowa, taki totalny marazm. I tego dnia właśnie umarł człowiek strasznie mi bliski, chociaż właściwie nawet go nie znałam. Widywałam go często bowiem w okresie mniej więcej do lat pięciu, więc nie pamiętałam go w ogóle – był starym przyjacielem rodziny, moi rodzice go uwielbiali – był kimś w rodzaju arbiter elegantiarum, przynajmniej to stare, dobre sienkiewiczowskie określenie zawsze mi jakoś przychodzi do głowy, kiedy o nim myślę – rodzice zawsze opisywali go jako niesamowicie ciepłego, niesamowicie dowcipnego człowieka, przy tym z wielką ogładą towarzyską i lubiącego brylować na salonach – mój tato, socjofob uczulony na wszelką pozę, go uwielbiał –

    w piątek przed Bożym Narodzeniem mieliśmy go odwiedzić. Mój tata oczywiście się nie zapowiedział, dzwonił tylko do niego parę dni wcześniej i uprzedził go, że może do niego wpaść – i jeszcze w pociągu mówił mi o nim, jaki to fantastyczny człowiek, że zawsze od niego wychodzi naładowany energią – są tacy ludzie, prawda? tacy ludzie, którzy dużo dają z siebie innym! – i dzwoniliśmy i z komórki na telefon domowy, i do domofonu, tata jeszcze mówił, jak to on go nieraz spotykał na ulicy przed jego domem, w pasażu podziemnym, był nawet taki moment, że tacie się wydawało, że to on! wyszedł właśnie z kamienicy i idzie w naszą stronę, ale nie, okazało się, że to tylko ktoś bardzo podobnej postury. Spróbowaliśmy jeszcze raz później, i dalej nic…

    I dzień czy dwa później dowiedzieliśmy się, że facet miał wylew krwi do mózgu i tętniaka (a był już po jednym zawale), i właśnie wtedy, kiedy my do niego w piątek rano chcieliśmy zajrzeć, był operowany. I, co najgorsze, że z tej operacji się nie obudził.

    I, dalej leżąc w śpiączce, dostał zapalenia płuc, zrobili mu tracheotomię, i pewnie jeszcze inne okropne rzeczy – a w Nowy Rok umarł.

    Kiedy się o tym dowiedziałam, po prostu się poryczałam – i dlatego, że to był taki niesamowity człowiek, i dlatego, że nie miałam okazji go poznać, a tak zawsze chciałam! No i już nie będę miała.
    I mi było tak niesamowicie przykro.

    Na imprezie było fajnie, kurde moll, fajnie! Generalnie to moim ulubionym zajęciem jest grzać tyłek w domu pod kocem z książką w ręku i czymś dobrym do jedzenia, i tym miłym sposobem obrastać w tłuszczyk, więc raczej za imprezami nie przepadam, bo tam to głośno, dużo ludzi, dużo jedzenia, picia i trzeba się towarzysko udzielać, od czego po pewnym czasie zaczyna boleć głowa – ale było całkiem miło! Dzielnie się trzymałam do pierwszej w nocy, po czym jako rasowy kajus (doprawdy, gdybym wytrzymała dłużej, byłoby to już zupełną anomalią) poszłam do sąsiedniego pokoju, do psióły, którą bolała głowa, wskutek czego padła o wpół do pierwszej, i właśnie była spała, więc się do niej przyłączyłam. Wskutek czego impreza skończyła się dla mnie dość wcześnie ;P za to bojowego imprezowego ducha kultywowały w sobie dalej dwie kolejne girlsy, które jeszcze po tym, jak po drugiej w nocy wróciłyśmy na moje osiedle, w planach miały iść na kolejną imprezę, i plany zrealizowały – a mi się chciało spać i poszłam do domku *lol*

    Natomiast wiem już chyba, co ludzie widzą w gitarach elektrycznych. Gadałam z jednym takim, co gra na jednej takiej, wzięłam toto do rąk, ba, grałam nawet! ;P i ten, no, nie było tak źle. Natomiast muszę przyznać, że chłopiec z elektryczną gitarą wygląda bardzo ładnie, zupełnie jak taki bitels.

    Dzisiaj natomiast dzionek upływa mi niesłychanie drętwo. Nie dość, że pogoda jest okropna i jak tylko człowiek wyjrzy czubkiem nosa zza kołdry i rzuci okiem przez okno, to mu się od razu odechciewa wyłazić; na dodatek jestem niewyspana, zmęczona, do tego, o zgrozo, najedzona; i mam tyyle do zrobienia; i oczywiście wskutek mej znakomitej organizacji wszystko zostanie mi na wieczór.

    Powrót do szkoły po ponad tygodniu totalnego nicnierobienia, gnicia w jedzeniowej rozpuście i sybarytycznej dekadencji będzie po prostu straszny; pomińmy już nawet fakt, że mam jutro na 7.10 i muszę wstać, o zgrozo, o wpół do szóstej, ale mój Boże – to, co będę musiała zrobić do 22 bodajże stycznia, mnie przeraża. Jak dożyję do lutego, będę zbawiona – chyba że przejdę do trzeciego etapu olimpiady z ang, co, jeśli dalej będę się posuwać z powtarzaniem gramatyki do przodu w takim zastraszającym tempie, raczej mi nie grozi (tfu, tfu! bo po cichu na to liczę ;]), to będę próbowała dożyć do marca. Czekają mnie też takie miłe przerywniki jak egzamin półroczny ze skrzypiec, i jeszcze może z parę popisików, co by mi żywot umilić, nie zapominajmy też o półrocznym przesłuchaniu z fortepianu dodatkowego (pani fortepianowa mówiła, że to tylko takie malutkie przesłuchanie, zero stresu, okej, okej, ale ja mam ambicję mieć z fortepianu pięć!) Aach, no i taka jestem właśnie biedna. Buu. Samo myślenie o tem wszystkiem przeraża mię na tyle, że przerażona nie jestem w stanie ruszyć palcem, żeby zabrać się do roboty.


    • RSS