kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2006

    Otóż Szejk pierwszy raz w życiu idzie na imprezę sylwestrową ;]
    Szejk bowiem od małości, a raczej od paru lat konsekwentnie jeździł po Świętach na narty i sylwestra spędzał z kuzyneczką. (Jak Szejk był jeszcze mniejszy, to Sylwestra spędzał w domku przed telewizorem. ;D) W tym jednak roku mamusia Szejka stwierdziła, że na narty jej się absolutnie nie chce, więc Szejk stanął przed koniecznością zorganizowania sobie czegoś na sylwestra. Jako że Szejk typem imprezowicza oj nie jest, oj nie jest, byłby całkowicie bezradny, gdyby nie niezawodna psióła, która wkręciła go na imprezę, zresztą do starej znajomej z gimnazjum (aaah, good old times ^^).

    Tak więc Szejk, albo skończę już z tym głupkowatym lekko szejkiem, ja, czyli kajus, dzisiejszy ranek spędziłam na zabiegach kosmetycznych, a teraz właśnie przed chwilą doszłam do wniosku, że absolutnie nie mam się w co ubrac; po czym wygrzebałam z szafy swoją ostatnią deskę ratunku, dżinsową mini. To go with fishnets and a low-neck black t-shirt ;]

    Chwila na refleksję:
    When I was seventeen
    It was a very good year

    chociaż nie mogę powiedziec, że
    It was a very good year for small town girls
    ponieważ osobiście wolałabym boya
    (już nie mówiąc o Boyu ;D)
    Czas na podziękowania:
    Thank you Franuś Sinatra for the lovely song!
    I muszę jeszcze powiedziec, znaczy napisac, że kocham życie bez względu na wszystko, ponieważ mam niewiarygodne, pitolone wręcz szczęście!
    To tak w ramach afirmacji świata, (pamiętam chyba takie silly wyrażenie z lekcji polskiego w pierwszej klasie gimnazjum, czyli – mój Boże – sprzed czterech lat!)

    a teraz:
    Więc wszystkim kochanym ziutkom życzę Szczęśliwego Nowego Jorku, znaczy Roku, żeby pisali ślicznie swoje blogi, i żeby wszyscy byli dobrzy, grzeczni i dla innych serdeczni, i tym uroczym pitoleniem zakączam *lol* niniejszym ostatnią notkę w roku 2006.

    PS A Altowiolistka w prezencie noworocznym zamiast pół księżniczki dostaje księcia! (tylko żeby z tego jaka wojna trojańska nie wybuchła, ło)

    Skonstatowałam mianowicie, …że Wańkowicz gra… znaczy się że skoro z wyjątkiem dwojga komentujących wszyscy inni zbojkotowali świąteczną notkę, to powinnam może napisac nową ;P

    Little learning is dangerous, jak wielokrotnie powtarzali mi mamusia. Otóż ostatnio byłam z tatą w Krakowie. Siedząc rano w pociągu, zaczęliśmy rozmawiac na te różne poważne tematy, na które nie da się rozmawiac inaczej jak trochę dyletancko, a z miną znawcy przybraną najzupełniej bezprawnie; zaczęliśmy mianowicie gadac o kulturze europejskiej i chińskiej. Przeraziłam się otóż, że za paręset lat Europę zaleje powódź rozmnażających się w ekspresowym tempie Chińczyków i cała europejska znakomita kultura pójdzie w diabły. Na co tata powiedział, że chińska kultura też jest przecież bardzo wysoko rozwinięta – i się zaczęliśmy zastanawiac – architektura? ok, ale potem przypomniałam sobie malarstwo chińskie, i pojawiły się w mojej wyobraźni mgliście jakieś takie wesołe, cienkie ludki pląsające po żółtawym papierze, obrazek, który pamiętałam z jakiegoś albumu o Zakazanym Mieście; i wyraziłam wtedy pogląd o zdecydowanej niższości malarstwa chińskiego nad europejskim.
    O, jakżesz żem byłam się myliłam!

    Coś, co z założenia miało byc m.in. wyprawą po centrumach handlowych, w tym po wielkim nowym molochu zwanym Galerią Krakowską, przerodziło się w Bookstore Trip. Z Galerii wyszłam zdegustowana i z bolącymi nogami. Za to w okolicach rynku, na tych wszystkich Brackich i Grodzkich co chwilę wchodziliśmy do jakiejś księgarni i w rezultacie tyle, ile chciałam wydac na ciuchy, wydaliśmy na książki. Upolowałam sobie między innymi Witkacego ‚Nowe formy w malarstwie’ i ‚szkice estetyczne’. Zaczęłam oczywiście czytac, i w pewnym miejsciu znalazłam taki oto ustęp na temat malarstwa chińskiego właśnie, zupełnie jakby Opatrznośc chciała mię ukarac za ten mój lekceważący stosunek do pląsających ludków:

    ‚Ludzie mający mało prawdziwej artystycznej kultury, a wychowani na „kleksowym naturalizmie” wieku XIX, którego praojcem jest Velazquez, mówią z lekceważeniem o największym malarstwie, jakie kiedykolwiek istniało i prawdopodobnie istniec będzie: o sztuce chińskiej(…). Nierzadko słyszec można pogardliwe wyrażanie się o „kaligrafii” Chińczyków, tych nieporównanych mistrzów kompozycji i harmonii barw, lub teżprotekcjonalne odezwanie się w razie skonstatowania przez „znawcę” dawności daty danego chińskiego arcydzieła: „Mój Boże, III wiek, jak na owe czasy to jest wcale ładne i naturalne.” O sancta simplicitas, o ile w ogóle tak się mówi w takich razach. Nie – Chińczycy nie są kaligrafami w malarstwie, pomimo że byli i są kaligrafami w zakresie różnych artystycznych interpretacji swego niezmiernie bogatego pisma, w którym każdemu pojęciu prawie odpowiada znak oddzielny, a kaligrafem był np. Audrey Beardsley i do pewnego stopnia największy polski artysta malarz Stanisław Wyspiański.’

    Dalej tłumaczył Witkacy, jak to jest z tymi kaligrafami, a ja zwijałam się ze wstydu, że kiedykolwiek coś równie lekceważącego w kwestii chińskiego malarstwa przeszło mi przez usta, po czym obiecałam sobie, że jak tylko wrócę do domu, chwycę za jakiś album i postudiuję. Oczywiście zamierzenia jeszcze nie wykonałam, ale chęci dalej mam szlachetne ;P

    Dalej natomiast tęsknię za tymi Witkacymi, Słonimskimi, Waldorffami, bo podczytuję ostatnio recenzje teatralne Słonimskiego z lat późno-międzywojennych, i mój Boże, dlaczego już nie ma takiej Warszawy, potem czytam krytyki muzyczne Waldorffa z lat sześcdziesiątych, i czytam tam, jak on pisze, że ‚teraz’ już tak żywo się ludzie teatrem nie interesują, że dawniej jak Modzelewska zrywała z Hemarem, to cała Warszawa o tym plotkowała ;P

    a przy okazji, moja ulubiona Słonimska recenzja, ze sztuki pod tytułem „Ćwiartka papieru”:
    To nie była cwiartka. To była rolka.

    i no gdzie, no gdzie są te nasze jakieś Witkace, Słonimskie, Waldorffy? aż chce się zakrzyknąc dramatycznie: królestwo za inteligenta!

    Miałam o czymś tam jeszcze napisac, ale zapomniałam.

    update II – uwaga, ten fragment jest z leksza obleśny! ale nie mogłam się powstrzymac ;P
    Moja babcia zobaczyła mnie w łazience z dezodorantem w sztyfcie w akcji.
    I powiedziała, co następuje:
    ‚Kajuś, jak chcesz, to u mnie jest taka maśc w szafce, żeby smarowac pod pachami. Czasem coś świerzbi, nie wiadomo co się człowieka czepi. Jak chcesz, to sobie weź.’
    *rotfl* ^^

    update: no to będzie notka superdługa.
    Miałam otóż napisac o tym, że wiem, dlaczego zima tegoroczna jest taka ciepła. Otóż wszystko dlatego, że litowała się nade mną Natura. Litowała się dlatego, bo kupiłam sobie za cienki płaszcz na zimę (przynajmniej moi mameńka cały czas twierdzą, że za cienki) i Natura oszczędzała mię, żebym ne musiała marznąc, podnosząc temperaturę otoczenia. Oto tajemnica globalnego ocieplenia! ;P natomiast teraz najwyraźniej Natura się na mnie wkurzyła i cierpliwośc straciła, bo spadł śnieg i temperatura utrzymuje się poniżej zera stopni. Ale ja Naturę przechytrzę i będę nosic grube swetry.

    Natomiast nowego tematu do rozważań (tematu do rozważań, mój Boże, jakich ja ładnych słów używam ^^ chciałam napisac ‚temacik’, ale to nie jest mały niepoważny ‚temacik’, to jest temat) dostarczyła mi poranna audycja radiowa o filmach w Jedynce, w której Bożena Janicka mówiła o najnowszym filmie Mela Gibsona ‚Apocalypto’. Ja tego nie słyszałam, bo zdążyłam się dobudzic dopiero na końcówkę, ale zasięgnęłam informacji z drugiej ręki, i te informacje są mniej więcej takie: Mel Gibson twierdzi, że jest to film o tym, jak i dlaczego doszło do upadku imperium Majów, więc z założenia ambitnie, natomiast po obejrzeniu filmu okazuje się, że co prawda są tam f e n o m e n a l n e sceny pościgu (sceny pościgu w filmie o Majach, not exactly my cup of tea ;]), ale film po prostu epatuje okrucieństwem, są tam mordy, rzezie, i ma się wrażenie, takiego zwrotu zdaje się użyła Janicka, że ten film jest wręcz na granicy sadyzmu, że tym okrucieństwem ‚bawili się’ (złe słowo, ale nie mogę znaleźc lepszego) i aktorzy, i, zdaje się, nawet sam reżyser.

    I to jest film o Majach – wycinanie się w pień na sto pięcdziesiąt osiem różnych sposobów, skoro można zrobic go tak, żeby pokazac te ich wszystkie wielkie osiągnięcia, kulturę, sztukę, niesamowity sposób, w jaki oni byli opętani kalendarzem – no nie wiem, ale jakoś fajnie na pewno się to da pokazac, na litośc boską! – ale nie, po co, jak można zrobic mordobicie, na które wszyscy zwalą do kin – ‚Apocalypto’ w Stanach już bije rekordy popularności. I na dodatek taki film robi gorliwy chrześcijanin! Mel Gibson to przecież straszny chyba katolik jest nie wiadomo jaki; więc jak przyzwoity człowiek, który wierzy w Boga dobroci i miłości i tych wszystkich innych miłych i dobrych rzeczy, może robic takie okropne filmy!? Kurde, pójdzie na to jeden z drugim, napatrzą się, a potem będą próbowac na sąsiadach.

    Jest tyle rzeczy okropnych na świecie, dlaczego mamy się jeszcze tym okropieństwem i okrucieństwem zachwycac w kinie? Dlaczego nie można robic filmów pięknych, uczyc ludzi kultury i estetyki i tego, że trzeba byc dobrym i szlachetnym, i mówic im o różnych pięknych o rzeczach, które ludzie własną ręką byli uczynili, o willach włoskich w Toskanii, o Rubensach, Vermeerach, i Mozartach, i uczyc ludzi, że to trzeba kochac, a nie – obszczają rukopasznają schwatkę a’la maniere russe?

    I thought that it would be a good idea to send this early… you may want to try it one time before the holiday!

    Ingredients:
    1 cup of water
    1 tsp baking soda
    1 cup of sugar
    1 tsp salt
    1 cup of brown sugar
    lemon juice
    4 large eggs
    nuts
    1 bottle Jose Quervo
    2 cups of dried fruit

    ——
    [for those of you who don't know what Jose Quervo is.. -i didn't! i only guessed it's some kind of alcohol ;P -
    google says it's a good brand of tequila, but it's spelled cuervo on the net]

    ——

    Directions:
    Sample the Quervo to check quality.
    Take a large bowl, check the Quervo again.
    To be sure it is of the highest quality, pour one level cup and drink.
    Repeat.
    Turn on the electric mixer.
    Beat one cup of butter in a large fluffy bowl.
    Add one teaspoon of sugar.
    Beat again.
    At this point it’s best to make sure the Quervo is still OK.
    Try another cup…just in case
    Turn off the mixerer thingy.
    Break 2 leggs and add to the bowl and chuck in the cup of dried fruit.
    Pick the frigging fruit off floor.
    Mix on the turner.
    If the fried druit gets stuck in the beaterers just pry it loose with a drewscriver.
    Sample the Quervo to check for tonsisticity.
    Next, sift two cups of salt.
    Or something.
    Check the Jose Quervo
    Now shift the lemon juice and strain your nuts. Add one table.
    Add a spoon of sugar, or somefing. Whatever you can find.
    Greash the oven.
    Turn the cake tin 360 degrees and try not to fall over.
    Don’t forget to beat off the turner.
    Finally, throw the bowl through the window,
    Finish the Jose Quervo and hug a gloved one.

    CHERRY MISTMAS!

    Dzisiaj było bosko.
    Mój ostatnio ulubiony look to taki a’la dziewczynka z międzywojnia: czarny płaszczyk w kolanko, do tego ciemnozgniłozielona spódniczka troszkę za kolanko, do tego czerwone skórzane buciki w pół łydki, a w celu uzyskania total look – zwieńczenie – warkocze. Właściwie no, warkoczyki, ze swą długością zaraz za ramię nie zasługują jeszcze na miano autentycznych warkoczy ;P kojarzy mi się to strasznie z Romą Ligocką i Dziewczynką w czerwonym płaszczyku; tyle że ja jestem – dziewczynka w czarnym płaszczyku; albo ewentualnie dziewczynka w czerwonych bucikach – w każdym razie, retro *lol2*

    (czasem czuję się dziwnie z moim poczuciem estetyki, kiedy chodzę po mieście i widzę te wszystkie dojrzale poubierane dziewczyny z wyprostowanymi prostownicą, wycieniowanymi włosami, w kozakach na szpilce, kurteczkach, co nie sięgają do tyłka i obcisłych biodrówkach, albo też inne wariacje na ten sam temat – nie żebym miała cokolwiek do takich, jak laska ma dobry gust, to wygląda bosko – tyle że wszystkie one są takie niesamowicie nowoczesne! ;P)

    ale co najlepsze, dzisiaj spadł śnieg! I stałam sobie na przystanku autobusowym, słuchając Sonaty Kreutzerowskiej Beethovena

    [wczoraj na lekcji psor skrzykcowy rzucił hasło, że jeszcze z nikim nie robił Sonaty Kreutzerowskiej Beethovena i byłoby może ciekawie, jakbym ją zagrała, w odpowiedzi na moje błagalne spojrzenia dotyczące sonaty Brahmsa - nazwa 'kreutzerowska' brzmiała mi znajomo, potem psor zagrał kawałek i również mi znajomo brzmiało, ale dalej nie byłam co do tego pewna, czy to znam, czy nie - ale oczywiście ochoczo się na tę sonatę zgodziłam, po czym wróciłam do domu i znalazłam nagranie - i było to nagranie, którego słuchałam byłam namiętnie przez całą podstawówkę moją, i słuchałam sobie tego wczoraj do północy, przypominając sobie no każdziutki dźwięk z nagrania tego! i oczywiście się nie wyspałam ;]

    więc słuchając sobie Kreutzerowskiej Sonaty Beethovena, pierwszej części, takiej niesamowitej zupełnie, przy tym podniosłam łepetynę swoją zmoczoną już doszczętnie, włosy miałam przemoczone do suchej nitki, chociaż nici we włosach raczej nie miewam, w górę ją więc podniosłam, i patrzyłam się, jak śnieg pada. Padał takimi dużymi płatkami, a gęsto, i wiecie – jak się podniesie głowę, to się ma takie niesamowite uczucie, że świat wiruje i zaraz coś spadnie na głowę, kawał granatowego sufitu w białe maziaje alboco. No genialnie, proszę Państwa! Stałam tak długo z tą głową w górze, aż jakiś stojący obok mnie pan patrzył się na mnie dziwnie, ale oczywiście się tym nie zraziłam, tylko dalej uparcie wyglądałam tych płatków śniegu i przy okazji na idiotkę, aż mi te płatki do oczu wpadały i moja znakomita czarna kredka do oczu rozmazała mi się na dolnych powiekach, i stałam, i wirowałam sobie, i mokłam. I bosko było, bosko! a teraz wróciłam do domu i będę grac taki utworek, co się nazywa Havanaise, od Hawany ;D

    (ależ mi wyszła babska notka, o ciuchach i kredkach do oczu *lol2*)

    KLIKAJCIE TU I CZYTAJCIE!

    Znaczy się nie będzie o polityce, tylko o pewnym popisie, który miał miejsce pewnego dnia, znaczy się – wczoraj, w pewnej rzeszowskiej szkole muzycznej – o popisie nie będzie dużo, tyle tylko, że byłam przed nim worried sick, jako że to miał byc mój oficjalnie pierwszy popis od – maj Gad – czterech lat chyba, a na dodatek nic nie miałam perfekcyjnie docwiczone, ale oczywiście się okazało, że niepotrzebnie się bałam. Było nie w dużej auli, tylko w małej sali kameralnej, publicznośc była – sami swoi, poszło mi całkiem nieźle, a wisienkę na czubku tortu stanowił fakt, że po popisie profesor mnie pochwalił ;D (wybaczcie mi, ale muszę się wywnętrzyc, bo inaczej – kęsim – pęknę!) Otóż profesor, kiedy stałam sobie w kółeczku z nim i jeszcze jedną dziewczyną i jeszcze jednym chłopcem z jego klasy, powiedział, co następuje: ‚I bardzo dobrze! bardzo dobrze! – i zwracając się do nich – Ta oto istota jako jedyna ma wyczucie czasu w muzyce.’ Tak powiedział! Ha! (tu następuje wybuch szaleńczego śmiechu a’la Mandark z kreskówki Laboratorium Dextera.) Co prawda zaraz potem dodał, że jestem też największym leniem na Podkarpaciu (a może gdzie indziej, ale sens był taki właśnie ;P) i że jak się nie zabiorę do pracy, to mnie wyrzuci z lekcji, ale mam już plamę (lol, ale tutaj to trafił, bo ta plama to już moja obsesja jest), więc ma nadzieję, że się poprawię :P

    a chłopiec ten, co tam stał, to już właściwie od pół roku wzbudza we mnie mild zainteresowanie, jako chłopiec b. dobrze grający, a przy tym miły, dowcipny a towarzyski. Dodajmy też, że ładny, nawet bardzo ;P ale widujemy się raczej rzadko, a i tak kajusia oczywiście podrywac nie będzie, because that is very not her style, tylko poczeka, aż się sprawy rozwiną, a sprawy rozwiną się tak, że chłopiec ów wyjedzie na studia, bo gra w tym roku dyplom, i problemu nie będzie ;P

    Popis wczorajszy został zakończony podwójnym koncertem d-moll Bacha na swoje skrzypiec – mój Boże, ten koncert to jest prawdziwa uczta dla uszu, z tymi wszystkimi barokowymi zaplątaniami linii melodycznej, razy dwa, bo skrzypiec jest dwoje, ten koncert jest naprawdę prześliczny – ale wczoraj został zagrany w nader nieodpowiedni sposób. Pierwszą rzeczą więc, jaką zrobiłam po przyjściu do domku, było sięgnięcie po nagranie tego koncertu w cudnym, boskim wykonaniu i zapodanie go sobie do uszka. Słuchałam więc, i napawałam się –

    – nigdy nie zapomnę, jak kiedyś szłam z niejaką M. ulicą i zobaczyłyśmy w oknie przyulicznego domku jakąś kobietę, która stała przy oknie właśnie, trzymając czajnik, z którego dośc mocno parowało, wydaje mi się, a M. stwierdziła: ‚oo, napawa się czajnikiem!’ –

    napawałam się więc pierwszą częścią, a potem była druga, słodkie, uwielbiane przeze mnie adagio, czyli wolno, a potem przełączyłam jeszcze na adagio z innego koncertu, również jedno z moich ulubionych, ale tym razem w tonacji moll, więc było smutniej –

    - wygląda to na semantyczne niedopatrzenie, ale w koncercie d-moll wolna częśc jest w odpowiadającej tonacji durowej ;P –

    i było to adagio tak słodkie, niebiańskie, spokojne i smutne, jak tylko Bach potrafi napisac –

    – wyłączając jeszcze paru innych równie fajnych albo i fajniejszych kompozytorów, jak na przykład Mozart, którego wolne części w koncertach skrzypcowych to Absolut –

    - fajnie tak się pisze w tych pauzach –

    i przypomniałam sobie, jak słuchałam tego właśnie adagia w maju w zamku w Łańcucie na koncercie pewnej orkiestry kameralnej z Sankt – Petersburga, kiedy solista zagrał Bacha bardzo po swojemu, zupełnie nie tak, jak się tutaj nas uczy tego Bacha grac, tam, gdzie wszyscy grają głośno i sciszają, on zaczynał od piano, czyli cicho, i ściszał do niewiarygodnego piano pianissimo, i wszystko w ogóle robił odwrotnie, ale z niesłychanym wdziękiem, a kiedy przeszedł do tego adagia – tam jest taki fragment, gdzie kończy się motyw w mollowej tonacji, jest króciuśka pauza i zaczyna się nowy, w E-dur, i jest piękny, słodki i bardzo delikatny, i zawsze sobie myślę, że tak właśnie musi wyglądac niebo, raj, jak ten temat –

    – kto to powiedział? że w niebie obowiązującą muzyką jest Bach, ale kiedy aniołowie są sami, grają sobie Mozarta ;P

    ten temat jest naprawdę niebiański, i on, ten Rosjanin, zagrał go tak, że ja to niebo naprawdę usłyszałam – przedłużył pauzę, i dało się słyszec w tej pauzie szum drzew, śpiew ptaków, bo zamek w Łańcucie jest położony w środku ślicznego parku, który akurat w maju wygląda najpiękniej (oczywiście wygląda najpiękniej też, kiedy spadnie śnieg, albo kiedy złota polska jesień, albo w lecie po deszczu), i słyszałam te ptaki, a potem On wszedł z tym durowym tematem, cichutko i łagodnie w tym swoim piano pianissimo, i to było doprawdy cudowne.

    Znalazłam właśnie sobie w sieci okładkę Psałterza Wrześniowego, owego znakomitego – co to jest, oratorium? – skomponowanego przez ulubieńca tłumów, Piotra Rubika, żeby popatrzec się na ten kicz raz jeszcze i znaleźc w sobie jeszcze więcej jadu – żeby go przelac na bloga. Na litośc boską, Piotr Rubik z natchnioną miną, spod batuty którego wylatują różowe iskierki, a z tyłu trzy uśmiechnięte panie w różowych sukienkach! Chociaż nie, to nie iskierki, to – liście są? w każdym razie są różowe i trącą mi zbytnio Barbie. Piotr Rubik wygląda zupełnie jak Ken prosto z opakowania Mattela. Z tego całego towarzystwa podoba mi się jedynie Maciej Miecznikowski, który ma chyba fajny głos i na zdjęciu na okładce zrobił fajną minę, jak taki nastroszony sympatyczny kogucik.

    Jeszcze do imydżu: oglądałam kiedyś, muszę się ze wstydem przyznac, Magiel Towarzyski na TVN Style, i tam ta kobita zauważyła, słusznie zresztą chyba, że jak jest wywiad z Piotrem Rubikiem, to zawsze najmniej jest o jego muzyce, a najwięcej o jego zmianie wizerunku i wyglądzie – o różnych innicyh rzeczach w ogóle, o wszystkim, tylko nie o muzyce. Czyżby nasz Piotruś nie miał niczego ciekawego do powiedzenia na ten temat? ;> i zupełnie jak na potwierdzenie jej słów, ostatnio znalazłam w Glamour pożyczonym od psiapsióły – nie, to chyba nie było Glamour – w każdym razie, na jakiejś gali rozdawano nagrody za różne rzeczy i między innymi Agnieszka Holland dostała za jakąś Osobowośc Roku czy coś w tym stylu, natomiast Piotr Rubik dostał – no za co!? – za Wizerunek Roku! (czy to się może jakoś tam ładniej nazywało, ale w każdym razie chodziło o jego w i z e r u n e k, i m a g e )

    [Glamour zresztą niestety ostatnio mi się naraził, po tym, jak przeczytałam rubrykę Coolturalnie, i wyszło, że redakcja wcale a wcale nie jest Coolturalna – skoro, cytuję, ‚kultowego już ‚Borata’ (…) trzeba zobaczyc. Film bije rekordy popularności’, natomiast o Kopii Mistrza (swoją drogą, tytuł to niefortunny przekład ‚Copying Beethoven’) napisano ‚Reżyseria Agnieszki Holland plus muzyka Beethovena tworzą niezły duet.’ Woła o pomstę do nieba! Boratowi dano pięc na sześc gwiazdek, a Beethovenowi – trzy. Jak to przeczytałam, miałam ochotę pojechac do siedziby szanownej redakcji Glamour i zadusic całą ekipę własnymi gołymi rękami.]

    Ale cóż świat zrobił Piotrowi Rubikowi, że sięgnął po pióro!? Bo wyszła spod niego tak przedziwna mieszanina, ta muzyka, która ma niby byc symfoniczna i genialna, zdaje się, przepraszam – czy Piotr Rubik kiedykolwiek sięgnął po Mozarta? Chociaż gdyby każdy kompozytor sięgał po Mozarta, źle by było; przeczytałam kiedyś takie fajne zdanko, nie pamiętam, jak się autor nazywał, ale zdanko brzmiało tak: ‚Kiedykolwiek napiszesz jakiś utwór i myslisz, że jest szczególnie dobry, skrzydła podcina ci myśl, że Mozart prawdopodobnie napisał lepszy, mając 9 lat.’ < r o t f l > A piotr Rubik stosuje takie oklepane schematy muzyczne, jego orkiestracje są takie jakieś mało oryginalne; wczoraj słuchałam koncertu Prokofiewa fortepianowego i tam były takie niesamowite brzmienia, teraz mam ochotę cisnąc w Piotra Rubika tą płytą z Prokofiewem, żeby sobie posłuchał, i kurczę, zobaczył, co to jest muzyka! Znaczy – niech Piotr Rubik pisze sobie s w o j ą muzykę, ale niech, na litośc boską, nie aspiruje do roli wielkiego twórcy!!!

    Inna jeszcze sprawa to teksty, zdaje się – niejakiego Zbigniewa Książka? Tak grafomańskie, ach, że pot po mnie spływa jak tłusta oliwa. W jednym wersie o dłoni, co policzek jak ogień pali (cóż za nieznośne, pretensjonalne porównanie, obraził się kajus), a zaraz potem o szaliku, który został w komodzie – honestly, czy mąż ów nie ma totalnie wyczucia słowa? Czy może nie przykładał się do lekcji polskiego, kiedy była mowa o stylu, albo środkach poetyckich, albo innych podobnych bzdurach? W każdym razie, gdzież są niegdysiejsze śniegi, sorry, niegdysiejsi poeci, kurna chata, Jan Kanty, Gałczyński, Baczyński, jest tyle pięknych tekstów, gdzie ten Zbigniew Książek się uchował, że teraz takie straszne banałki pisze? Taki tekst, to ja bym potrafiła napisac, ba, lepszy! chociaż poetka ze mnie wyjątkowo marna jest.

    Finito, amigos.

    PS Przepraszam, jeżeli ktoś słucha Piotra Rubika i go uwielbia, byc może za ostro go oceniłam, bo ostatecznie nie jest hip – hopowcem rzucającym ‚sukami’ i ‚kurwami’, ale czymś, prawda, więcej, ale właśnie takich jak Piotr Rubik najtrudniej zaklasyfikowac, co? ;P ja jednak go nie lubię.

    e r r a t a
    Gala była owszem, opisana w Glamourze, a zorganizowana przez Galę, to czasopismo znaczy się; Agnieszka Holland dostała nagrodę uroczo zwaną Różą Róż, a Piotr Rubik – chłe chłe – statuetkę w kategorii Piękni Teraz.

    Strasznie lubię Święta. Uwielbiam, kiedy wchodzę do empiku, i puszczają właśnie ‚Na całej połaci śnieg’ z Jopkową Anną Marią i Jeremim Przyborą. (Kiedyś szalenie uwielbiałam Jopkową Annę Marię, teraz mi przeszło prawie całkowicie, ale mam do niej sentyment, a tę piosenkę, na całej połaci śnieg, po prostu uwielbiam ;P). Ostatnio zresztą było bardzo świątecznie – miło, bo szukałam w empiku prezentu mikołajkowego dla kolegi z klasy, i chwyciłam za jakiś mały albumik Mleczki, i obok mnie stała dziewczyna mniej więcej w moim wieku, która takoż również trzymała podobny albumik w dłoniach swych. Uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo, ona zapytała, czy na Mikołajki, i wymieniłyśmy kilka miłych, kochanych, grzecznościowych zdań na temat tego, jak trudno znaleźć chłopcu fajny prezent mikołajkowy. ^-^

    Natomiast moja Wielka Szalona Miłość jest over and done with. O, jakież ze mnie cielę młode a głupie! Ja się chyba jednak nigdy nie zakocham ;P w każdym razie przez niecałe trzy tygodnie było bardzo sympatycznie, więc nie żałuję – wniósł ożywczy powiew do mojego zastałego nieco kręgu znajomych i krewnych królika ;P

    Przepraszam, że nikomu nie komentuję i w ogóle się blogowo nie udzielam – to jest tylko taki quick update u mameńki mojej w pracy, bo u mnie w domu internet nawala i jestem na niego ciężko obrażona. A tymczasem, kochani, jeszcze tylko dwa tygodnie – i Gwiazdka! ;D

    Gdyby nie drobny fakt związany z pojawieniem się przy boku kajusa pewnego osobnika płci przeciwnej (^-^), można by się było, ach, załamac. Na skrzypcach psor stale stale powtarza mi, że nie cwiczę, że za mało pracuję, że stac mnie na więcej, a tak to stoję w miejscu, wygłasza mi już pogadanki o odpowiedzialności i marnowaniu cennego czasu, a przy tym wszystkim zapisuje mnie na popis w czwartek (dzisiaj jest sobota, a popis jest w ten, co będzie, czwartek!), to jezu kochany, gwałtu rety! A najlepsze jest to, że wiedząc i przemyślawszy to wszystko, siedzę w tym momencie i piszę tę notkę zamiast cwiczyc. Ale nie, ja za chwilę już pójdę grac…

    Ściągnęłam sobie ten lejałtowy gotowiec, bo jakoś tak mi wpadł w oko ;P


    • RSS