kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2006

    Upadki: Jako zdeklarowany ekolog i do-good-der (good-doer? no bloody idea! :P) ostatnio, idąc sobie przylegającą do parku alejką, wykonałam nieszczęsną rescue mission. Otóż szłam ci ja sobie dosyc szybko i mignęło mi przed oczami coś zielonego. Z początku skojarzyłam to zielone coś z trawką albo z liścmi, ale mój podejrzliwy ptasi móżdżek uznał ową zielonośc za zdecydowanie za zieloną i kazał mi się odwrócic, zejśc z trasy i przystanąc. Takoż zrobiłam, i uważyłam, że owo nienaturalnie zielone stworzenie to fascynujący w rzeczy samej pasikonik. (Skąd pasikonik na tej ulicy – oto jedna z niewyjaśnionych zagadek natury.)

    Jako że sama w.w. pasikonika mało co nie nadepnęłam, uznałam za stosowne uratowac go przed zmiażdżeniem przez stopy innych tubylców poprzez przeniesienie na pobliską trawkę. Jak sobie umyśliłam, takoż zrobiłam – po licznych skomplikowanych zabiegach pasikonik łaził sobie bezpiecznie po trawce. (Trzeba dodac, że trawka umiejscowiona jest o parę centymetrów wyżej od chodnika.) W tym momencie – całe wydarzenie rozegrało się dosłownie w sekundę – z płotka nieopodal trawki przyleciał wróbel, porwał biednego pasikonika w dziób i natychmiast odleciał, pewnikiem w celu skonsumowania go.

    Poczułam się fatalnie.

    ————

    PS dostałam się do pierwszych skrzypiec na orkiestrze kursowej! ;D

    Bo teraz cały czas przychodzi mi do głowy ta powszechnie znana i eksploatowana fraza ‚zielono mi’. Bo tak też w istocie mi jest.

    Dzisiaj obudziłam się o wpół do dziesiątej i czułam zapach świeżo skoszonej trawy. Zerknęłam sobie przez okno na śliczny zielony szpalerek klonów i jarzębin, i na płaczące wierzby, i na czerwone dachy domków, na niebieskie niebo (oczywiście pogoda jest boska, słońce jest at his best i jest aż wyczerpująco gorąco, ale ja zdecydowanie wolę niesamowicie gorąco niż niesamowicie zimno, jestem typową czerwcową dziewczynką. A’propos, 13 dni temu miałam urodziny! :P). Daję słowo, gdyby nasze mieszkanie było większe albo dwupiętrowe, czułabym się jak na wsi na tym naszym osiedlu :P

    więc obudziłam się i zaraz zapodałam sobie koncert skrzypcowy Mozarta do uszka. ( i jest po prostu bosssko!) Za tydzień zaczynam kursy muzyczne, i z powodu małego nieskoordynowania czasowego z moim nauczycielem musiałam w poniedziałek jechac do Rzeszowa i (w tym insane upale) chodzic i szukac czegokolwiek, co nadawałoby się na kursy, byłoby do wycwiczenia w tydzień i miało akompaniament fortepianowy. (W domyśle: Ha ha ha. Znaleźc księgarnię muzyczną w Rzeszowie to dopiero wyzwanie, a dopiero następnym krokiem jest znalezienie czegokolwiek w tej księgarni, co jest może jeszcze trudniejsze.) W końcu znalazłam trzy rzeczy, przyjechałam do domu i zaczęłam cwiczyc ten koncert, który już wcześniej miałam w domu, więc cała moja ofiara poszła na marne. Ale w każdym razie koncert jest śliczny, i jak go nie gram, to go słucham na okrągło.

    A tymczasem, jak wspominałam, Łańcut przeżywa inwazję, wczoraj do Łańcuta przyjechały również dwie skądinąd tu znane dzielne a miłe obywatelki blogowiczki Zuz wraz ze swą kuzyneczką i Anku, takoż ze swą kuzyneczką. Anku jest tu zresztą stałym bywalcem, ale Zuz była tu po raz pierwszy (i zresztą spotkałyśmy się po raz pierwszy), i mogę Was zapewnic, że wyraziła dostateczny zachwyt Łańcutem ;) Otrzymałam zresztą od Zuz, jako zdeklarowanej altowiolistki, obietnicę, że w przyszłym roku przyjeżdża na kursy! Zrobiliśmy sobie takoż jakoż również sesję zdjęciową (razem z nami po parku szwendał się również niejaki Dżonny) i wyskoczyliśmy na krótką krajoznawczą wycieczkę do stacji kolejowej (w celu odebrania Anku z pociągu, który spóźnił się – bagatela – o bodajże pięc godzin?).

    No i oczywiście chodzimy na koncerty. Chodzenie na koncerty jest doskonałym sposobem, żeby wpaśc w kompleksy. Wczoraj byłyśmy na jednym takim, na którym grał między innymi jeden taki boski boy, zaledwie rok starszy ode mnie, na skrzypcach, taki wirtuozowski utworek jednego romantycznego kompozytora, i tak to grał, że ja siedziałabym wygodnie z buzią otwartą na całą szerokośc mojej szczęki, jeśli nie wyglądałoby to zbyt niecodziennie. Miał nienaganną technikę i niesamowicie dopracowany dźwięk. I potężną czuprynę z czarnych, kręconych włosów. (Nie, nie zębów :P) Doprawdy, skąd ludzie biorą takie czupryny?

    UPDATE: wymyśliłyśmy z mameńką nową piosenkę o panu prezydencie, ale nie chcę jej tutaj umieszczac, bo jeszcze posądzą mnie o zniesławianie głowy państwa :P

    jest to, że zawsze wtedy, kiedy się najwięcej różnych ciekawych rzeczy dzieje, nie mam zupełnie czasu tudzież chęci do opisywania ich na blogu. Może wchodzi tu w grę moja podświadomośc, która podszeptuje mi, że im więcej mam do opisania, tym dłużej muszę pikac w klawiaturę (a w konsekwencji siedziec przy kompie… marnowac czas… nie grac na skrzypcach… nie, okej, jednak myślę, że ma to związek z moim lenistwem. Ostatnio widziałam na gg u kogoś opis z wielce interesującym hasełkiem – „obudziło się we mnie zwierzę… ale obawiam się, że to leniwiec”. Widzicie, chyba we mnie też. Doprawdy, śpię całymi dniami (z wyjątkiem wieczorów, kiedy to chadzam sobie na kursowe koncerty, i pół godziny po południu, bo wtedy leci fajny stary angielski sitcom na bbc) – really, how pathetic is that?)

    Ostatnio moja stareńka babcia wzbudziła we mnie niejakie zdenerwowanie, żądając pokazania jej mojego tegorocznego świadectwa. Jako że pierwszy raz w swojej całej karierze szkolnej nie przyniosłam do domu świadectwa z paskiem, a moja stareńka babcia stawia to sobie za punkt honoru (‚zawsze się świetnie uczyłam, moi bracia zawsze się świetnie uczyli, twoja mama zawsze się świetnie uczyła’ itp.), więc zrozumiałe jest, że nie miałam zamiaru pokazywac mojego brzydkiego świadectwa bez paska mojej stareńkiej babci, która zapewne przez pół miesiąca wałkowałaby werbalnie, głośno i z żałością ten temat (kiedyś, kiedy pokazałam jej ten mój papierek, że wygrałam olimpiadę anglistyczną, ubzdurało jej się, że jestem ‚najlepszą uczennicą w województwie’ i nie dało jej się wyprowadzic z błędu – do tej pory tak myśli i wypomina mi to w okresach lenistwa – ‚wstyd! żeby najlepsza uczennica w województwie podkarpackim opuszczała szkołę!’ (najlepsza uczennica w podkarpackim ma, nota bene, na świadectwie dwie tróje) – a teraz nie mam zamiaru jej wyprowadzac aż tak drastycznie, przez pokazywanie świadectwa bez paska :P)

    No a tymczasem w Łańcucie zaczęły się kursy, znowu na ulicach zaroiło się od Chińczyków (i innych Japończyków, Koreańczyków, i jakich tam jeszcze czyków, w każdym razie żółtych i skośnookich), a w parku ludzie rozkładają futerały i grają, i szalenie przyjemnie się chodzi na spacery. Można na przykład usiąśc sobie na ławeczce nieopodal prześlicznego (skośnookiego oczywiście) wiolonczelisty i podrywac go wespół w zespół na uśmiechy ;>

    A były my starą paką jeszcze w Terce, na trzy dni, z czego przez 50% czasu padało, a przez 10% było pochmurno, ale powszechnie wiadomo, że Mondży ludzie się nie nódzą. Ekhem myśmy się zaiste nie nódzili :}


    • RSS