kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 6.2006

    Miałam trochę nie pisac na blogu, przestac siedziec przed komputerem i zając się porządnie szeroko pojętym rozwojem osobistym oraz porządnie się nareszcie zorganizowac, co ze względu na nadchodzące wakacje jest cokolwiek łatwiejsze niż w roku szkolnym, ale… byłam away przez weekend i zaiste mam co opisywac :P

    Namówiłam otóż mameńkę, żeby pojechała ze mną na premierę Czarodziejskiego Fletu do Teatru Wielkiego do Warszawy. Po długich a ciężkich deliberacjach znalazłyśmy się więc w końcu na jedynym peronie lokalnego dworca kolejowego i bez przeszkód dostałyśmy się do pociągu tudzież dojechałyśmy do Krakowa, gdzie zaczęły się właściwe rozrywki. Otóż do przedziału naszego wsiadł pewien sympatyczny ksiądz oraz pewien młody człowiek z gazetą sportową w ręku. Słowo po słowie wywiązała się między nimi konwersacja, w której brała również udział moja mameńka, o konkwistadorach, chrześcijaństwie i w ogóle o Meksyku. Młody ów człowiek rzucał co jakiś czas prowokujące wypowiedzi, w których znac było niejaką wiedzę historyczną, a biedny ksiądz pocił się cały czas, żeby odeprzec jego argumenty. Po jakimś czasie okazało się, że ksiądz jest benedyktynem, a młody człowiek – wyznania protestanckiego, wojskowy (jeśli dobrze zrozumiałam ) i nacjonalista, a historia jego konikiem. Zaczął tłumaczyc mameńce mojej, że zawsze go to bawi, że ludzie mylą nacjonalizm z faszyzmem, mameńka moja nie wyglądała na bardzo przekonaną i odpowiedziała coś, i zaczęli znowu na ten temat, więc młodemu człowiekowi było przykro, że wysiadamy w Warszawie, bo chciał jeszcze z mameńką moją na ten temat podyskutowac (ja się nie udzielałam, siedziałam z wyłączoną mp3 w uszach dla niepoznaki, żeby mnie przypadkiem nikt o nic nie zagadał, ale żeby móc spokojnie słuchac. Mameńka później pytała się mnie, czy coś mi nie jest, bo miałam taką straszną, zdegustowaną minę. Muszę popracowac nad mimiką. A w dyskusji i tak nie miałam chyba zbyt wiele do powiedzenia, bo ta partia, co tam w Meksyku już w latach trzydziestych, to mi się kojarzy tylko z Diego Riverą, a i tak nie wiem, czy to słuszne skojarzenie, a pobyt Lwa Trockiego w Meksyku tylko znowu z Fridą Kahlo :P)

    Ale jak już w końcu wysiadłyśmy na Dworcu Centralnym, to zupełnie, ale to zupełnie nie mogłyśmy znaleźc odpowiedniego wyjścia, plątałyśmy się po tych podziemiach chyba z piętnaście minut, aż w końcu mama zapytała jakiegoś uprzejmie wyglądającego starszego dżentelmena, którędy się powinno iśc na Ochotę, a ów dżentelmen okazał się byc Anglikiem. Na szczęście wiedział.

    Ruszyłyśmy więc w odpowiednim kierunku i po dalszych piętnastu minutach pałętania się po korytarzach znalazłyśmy wyjście, daję słowo, że był w tym jednak jakiś palec Boży, bo w czasie tego pałętania wpadłyśmy (nie dosłownie, ale szkooda :P) na pewnego młodzieńca, który właśnie skończył studia muzyczne, skrzypka, którego znałam, nawet osobiście (:P) z letnich kursów muzycznych, i był to generalnie młodzieniec niesamowicie ładny i szalenie miły; i pędził sobie ten młodzieniec ze skrzypcami (na plecach) i wywieszonym jęzorem (na brodzie), …i mnie nie poznaał… :P

    Skoro już dostałyśmy się do ciotki, która nas przesypiac miała, wyruszyłam w miasto (i byłam szalenie dumna, że udało mi się wysiąśc na właściwym przystanku z tramwaju) na spacerek z Our Mutual Ex. Było szalenie gorąco, ja miałam na sobie długą brązową sukienkę (miałam iśc później prosto do Teatru), a na dodatek, kiedy zasiedliśmy sobie na rynku w fotelikach i zamówiłam kawę mrożoną, to miła panienka przyniosła mi gorącą latte. Ja, jak to grzeczna sierotka, nie protestowałam, i wypiłam, co mi przynieśli, ja się nie lubię awanturowac… :P

    W końcu weszłam z mameńką do Teatru, znalazłyśmy swoją lożę, zasiadłyśmy uzbrojone w program na niewygodnych fotelikach i obserwowałyśmy. Nasza cierpliwośc została nagrodzona, albowiem w loży poniżej i tuż na prawo zasiadł obywatel Marek Borowski z małżonką. (Szalenie mu to się chwali, że chadza na premiery, od tej pory będę darzyc SdPl zdecydowanie większą sympatią :P) Natomiast zdecydowanie lepsze miejsce, bo my z mameńką, jak i również Mr Borowski, siedziałyśmy troszkę z boku, więc lepsze miejsce, bo w loży na środku, zajął drugi wypatrzony przez nas VIP, a mianowicie Kardynał Józef Glemp. Nadałyśmy mu kryptonim JG, czyt. Dżej Dżi, żeby łatwiej móc sobie o nim różne informacje zakomunikowywac. Oczywiście Dżej Dżi również został z miejsca establishowany jako człowiek kulturalny :P

    Sam spektakl był natomiast nie tak dobry, na jaki liczyłam :P Wszyscy śpiewacy mieli powkładane na głowy olbrzymie maski, przedstawienie było utrzymane w konwencji, ee, że tak to określę, szkolnej, Sarastro (taki zły czarodziej, co okazuje się byc dobry) został dyrektorem szkoły, Królowa nocy (taka dobra czarodziejka, co okazuje się byc zła) była jej wicedyrektorką (swoją drogą Królowa Nocy faktycznie miała dobry głos i tę słynną arię koloraturową śpiewała całkiem nieźle i z wdziękiem), a Paminę, taką, co się miała zakochac w takim Tamino, porywa Monostatos, obleśny.. nauczyciel wuefu, z klasy dziewcząt do klasy chłopców. Papageno, taki sympatyczny bzik, i Papagena, jego dziewczyna, śpiewają pod koniec taki prześliczny duecik, w którym do siebie wołają: ‚pa-pa-pa-pa – papa- papa – i tak dalej – papageno – papagena’, takie bardzo urocze to jest, i ja to uwielbiam, odkąd to na festiwalu muzycznym w Łańcucie śpiewali Olga Pasiecznik i Adam Kruszewski, i śpiewali to z takim niesłychanym wdziękiem i dowcipem, że ja się w nich zakochałam no po prostu, a tutaj… eech, nie, niee :P Wszyscy byli poprzebierani za duże dzieci, i z tego się zrobiła taka farsa. Słowo daję, wolałabym porządnie zrobione wykonanie w osiemnastowiecznych kostiumikach, bez żadnych Interpretacji, bo to tylko odciąga uwagę od muzyki. (W czasie uwertury przyłapałam się na tym, że zmaiast słuchac muzyki, oglądam jakąś kobitę na scenie, która grała Sprzątaczkę i chwilowo za zadanie miała zamiatac podłogę.)

    Po tym wszystkim tak niesamowicie bolały mnie nogi :P popędziłyśmy więc z mameńką prosto do tramwaiku, przez Nowy Świat, i właśnie zaczęłyśmy obserwowac do siebie, jak to tu bezpiecznie, wszyscy sobie chodzą i nic się nie dzieje, nawet młode dzieci, a tu nagle przystanął przed nami jakiś młody człowiek i głosem potężnym, acz zmienionym nieco przez (jakże stylową) chrypkę i kilka browarków ryknął do mnie: ‚Moja żona! Znalazłem moją żonę!’ Przeszłam obok niego szybko, nie zaszczycając go spojrzeniem, on natomiast wstrząśnięty, ale nie zmieszany poszedł dalej, śpiewając hymn polski w stylu podobnym, jak Jarosław Kaczyński.

    W końcu jednak dotarłyśmy do cioteczki, wyspałyśmy się i wyruszyłyśmy do Krakowa. W przedziale odbyło się tym razem bez większych rewelacji, oprócz tego, że jechała z nami jakaś śliczna angielskojęzyczna para i jakaś druga, starsza, mniej śliczna i polskojęzyczna, z której osobnik płci męskiej tak straszliwie kaszlał i kaszlał, w rękę, jakby zaraz miał zejśc na gruźlicę, że myślałam, że zaraz się wkurzę i wcisnę mu chusteczkę do ręki. Dosłownie czułam w powietrzu fruwające prątki.

    Schodziłyśmy potem z mameńką cały Kraków, łącznie z krótkim interludium w Galerii Kazimierz, a gdy w pewnym momencie siedziałyśmy na Plantach, jedząc czereśnie, tuż przed nami przedefilował, jeśli dobrze zauważyłyśmy, Jerzy Trela, wzbogacając tym samym naszą kolekcję wypatrzonych VIPów. Potem już właściwie nie działo się nic interesującego, aż do momentu, kiedy wysiadłyśmy z pociągu i wsiadłyśmy w autobusik, i ja zaczęłam coś głośno i ze swadą mamusi tłumaczyc; musiało to byc istotnie dośc głośno, bo w pewnym momencie poczułam na sobie czyjś wzrok, podniosłam oczy i zobaczyłam jakiegoś ładnego studencika, ciemne włosy, ciemne oczy, który się na mnie gapił i lekko uśmiechał. No to się odgapiłam, odśmiechnęłam lekko i zburaczyłam chyba :P On potem usiadł z kompanionem swoim za nami i dyskutowali z pasją o znajomych, uniwersytetach i akademikach, a mameńka ich podsłuchiwała, uważając ich za ciekawe źródło prawdziwej wiedzy o uczelniach rzeszowskich. Koło mnie natomiast siedział jakiś ostrzyżony na jeżyka młody, spity byczek, który zasypiał na siedzeniu co chwilę i tak sie niebezpiecznie przechylał w kierunku przejścia, że myślałam, że zaraz spadnie z siedzenia na podłogę.

    No i komu będzie się teraz chciało czytac taką długą notkę, o kurde moll… :P

    oraz niezainteresowanych informuję, że:
    żyję, chodzę, funkcjonuję, mam okropniusiego doła i ubóstwiam Pawła Szczepańskiego. Oraz proszę o zrozumienie. I ['aj', as in 'me', nie 'i' as in 'and' :P] thank you from the mountain.


    • RSS