kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2006

    Nie ma problemów.
    Są tylko cztery możliwości:

    Albo rybka, albo pipka, albo karaś, albo akwarium.

    Wszystko, to znaczy cała ta lustracja. Słowo daję, jak tak dalej pójdzie, to zacznę popierac wszystkich tych współpracowników SB.

    Był taki facet, stary, dobry znajomy moich rodziców. Świetnie wykształcony, profesjonalista w swojej dziedzinie (nie będę podawac żadnych danych osobowych, bo jeszcze ktoś się zorientuje :P), przy tym człowiek niesamowicie kulturalny, dowcipny, typ lwa salonowego, szalenie uprzejmy (mama namiętnie opowiada o nim taką mini-anegdotkę, mianowicie że gdy pewnego deszczowego dnia stał z parasolem na przystanku autobusowym, deszcz był tak zwany rzęsisty, i jakaś kobieta stojąca za nim zwróciła się do niego z tak zwanym dalej pyskiem, że woda jej kapie za kołnierz, co on sobie w ogóle wyobraża i niech się wypcha, przynajmniej taki był ogólny sens tej szczególnie niemiłej wypowiedzi. Na co on skłonił się w pół i przeprosił najuniżeniej i najuprzejmiej na świecie, na co biednej kobiecie zrzedła mina). Znałam go właściwie tylko z opowieści rodziców, ale poza tym, że się roztył, nie słyszałam o nim nigdy w życiu nic złego.

    No i niedawno, nie wiem, może z pół roku temu? okazało się, że współpracował z SB. Pisząc to, mam ochotę wziąc słowo ‚współpracował w cudzysłów. On zresztą niedługo potem, jak go, ekhem, namierzyli, miał jakiś wywiad w gazecie, w którym przyznawał się do tego, tłumacząc jednocześnie powody. Wynikało z tego, że po prostu co jakiś czas spotykał się z urzędnikami, dosłownie pro forma, nigdy w życiu na nikogo nic złego nie powiedział, a robił to tylko dlatego, żeby miec święty spokój i możliwośc częstych wyjazdów za granicę. Ja osobiście jestem w stanie w to uwierzyc, moi rodzice od razu to tak sobie tłumaczyli, bo nie zakładali nawet takiej możliwości, żeby ten facet mógł komuś zrobic coś złego.

    Ale oczywiście towarzystwo go napiętnowało, pisano o nim w gazetach, wyrzucono go z pracy (co było trochę bez sensu, bo nawet jeśli faktycznie by donosił coś na kogoś, to jak to się ma do wykonywanego zawodu? :P on podobno wykonywał swój świetnie. Był profesorem na uniwersytecie, tata mój był na jego kilku wykładach i twierdził, że świetnie prowadził zajęcia). Pewnie połowa tak zwanych przyjaciół przestała się do niego przyznawac, ale przepraszam, jaki, cholera, w tym sens?

    Na pewno byli w tych czasach jacyś okropni ludzie, którzy donosili na wszystkich, co popadnie, i pewnie takich ludzi należy jakoś napiętnowac i ukarac… zresztą sama nie wiem, jeśli dany osobnik mial piętnaście lat, żeby się zrehabilitowac? Ale w każdym razie, nasz dany facet spotykał się z urzędnikami SB tylko po to, żeby wcisnąc im jakiś kit i móc bez przeszkód pojechac sobie za granicę! I co teraz? Został wrogiem publicznym numer jeden. (No, może nie numer jeden, no ale wiecie :P)

    Czasem gadam o tym z moją mamą, i ona, trochę tak jak Passent (ostatnio czytałam Chorobę Dyplomatyczną i on tam właśnie między innymi o tym pisze), że ma wyrzuty sumienia, że wtedy, na studiach, nie umiała się do tego jasno ustosunkowac i na przykład działac jakoś przeciwko Systemowi, jak znała (przelotnie :P) Różę Thun, która tam parę roczników wyżej latała na uniwersytecie i organizowała różne akcje, ale mama raczej specjalnie się do tego nie włączała… a moja mama jest osobą, którą ja sama strasznie szanuję i uważam, doprawdy, za jedną z najuczciwszych osób na świecie… :P i tak sobie myślę, że przecież wtedy chyba strasznie trudno było się do tego jakoś ustosunkowac, znaleźc się w tym wszystkim, nie?

    Przypomniałam sobie to wszystko, bo właśnie w radiu mówili coś o jakimś zlustrowanym księdzu, znanym i powszechnie poważanym, który okazał się byc kolejnym współpracownikiem SB. I tak sobie myślę, jak to było w jego wypadku. Bo każdy kij ma dwa końce, co :]

    Jak tak dalej pójdzie, to cała ta odnowa państwa będzie polegac na tym, że połowa ludzi zostanie wyklęta za współpracowanie z SB, i zamiast robic coś sensownego i, żeby użyc tego wyświechtanego zwrotu, patrzec w przyszłośc, będziemy grzebac się w teczkach z IPNu. Szczególnie odkąd Bronisław Wildstein został nowym prezesem TVP :]

    Nie wiem, skąd to hasło wzięła Psióła M., chyba z jakiejś piosenki? Ale dzisiaj to jest zupełnie adekwatne. Pamiętam, że kiedyś pisałam taką notkę, że księżyc jest taki olbrzymi, jakby go Bruce Wszechmogący przyciągnął bliżej za sznurek. (To chyba było gdzieś w listopadzie :P) I dzisiaj jest zupełnie tak samo. Niebo jest całkowicie czyste, a (chociaż jak wiem z dobrze poinformowanego źródła ;) pełnia jest dopiero jutro, dzisiaj ten księżyc jest taki ogromny i świeci tak niesamowicie jasno, że aż mnie przeraża. W pełni księżyca zawsze było dla mnie coś zupełnie przerażającego. (Zmarli poeci, czas, przemijanie i te klimaty. Taką samą reakcję wywołuje u mnie patrzenie na gwiazdy, ale pomimo to to jest strasznie dla mnie fascynujące! Niestety zgubiłam swoją jedyną mapę nieba, zakupioną zresztą w Chorzowie w planetarium :P)

    update, 13.05, 9.12
    Dzisiaj jest wyjątkowo piękny poranek (strasznie nie lubię używac słowa ‚piękny’, wydaje mi się sentymentalne i przesadzone, ale dzisiaj nic na to nie poradzę. Zresztą, jak byłam mała, wolałam ‚piękne księżniczki’, a dzisiaj wolę ‚śliczne królewny’. Mój Boże, czy gust zmienia się nawet w kwestii słownictwa?) i aż mnie korci, żeby wyjśc na pole. (Albo na dwór, w zależności od tego, w jakim regionie kraju znajduje się dany czytelnik. Ja zaciągam dialektem z Małopolski (?) :P) Zaraz zresztą idę z mamusią na zakupy, i po bilety na Łańcucki Festiwal, mlask mlask (aczkolwiek humor zepsuła mi wieśc, że na festiwal przyjeżdżają Państwo Kaczyńscy, a w ramach miłego gratisu także Państwo Juszczenkowie). I potem opalac się na działkę Psióły M. (co prawda ona jeszcze o tym, zdaje się, nie wie < lol2 > ale w każdym razie ja wciąż nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś się opalę :P W ogóle uważam to za straszną ironię losu, że ja, osobniczka z jasną, aż białą skórą, musiałam się urodzic akurat w tym stuleciu, kiedy jasna skóra wyszła z mody po byciu a’la mode przez dwa tysiąclecia (?:P) i zaczęła byc modna zdrowa opalenizna!)

    Ale wracając do tematu, czyli do księżyca, to kładąc się wzoraj spac, zauważyłam, że taka poświata wystaje zza sąsiedniego bloku, który widac było z okna. Dziesięc minut później, kiedy otworzyłam oko jedno i drugie w celu przewrócenia się na bok numer dwa, zauważyłam, że zza bloku wystaje już nie poświata, ale dobre pół księżyca. Po następnych dziesięciu minutach, kiedy chciałam powtorzyc tę samą czynnośc w odniesieniu do boku numer jeden, księżyc całkowicie wychynął i bezczelnie świecił mi prosto w ślepia! Zupełnie przerażające.

    Ostatnio (znaczy przez jakiś ostati tydzień) namiętnie słuchałam koncertow skrzypcowych Bacha (chciałam przed egzaminami wcielic trochę tej ach, nieuchwytnej boskości z gry Igora Szumskiego do swojej własnej, w sumie to tak średnio mi to wyszło :P ale w każdym razie namiętnie słuchałam). NO i jak tak sobie namiętnie słuchałam, to jeszcze w życiu mnie tak nie zachwyciły. Rozkoszuję się tym Bachem, upijam, …aż do momentu, w którym nie spotkam kogoś znajomego w autobusie i trzeba zdjąc słuchawki :P Ale potem wracam do domu, i znowu wkładam słuchawki, i idę przez szpaler bloków, obsadzony równo drzewami, jarzębiną, rajskimi jabłonkami, zwykłymi jabłonkami (które teraz tak prześlicznie kwitną!) i kwiatami, słońce świeci i tak ślicznie prześwituje przez liście drzew, ptaki śpiewają, i myślę sobie, że po prostu nie można nie wierzyc w Boga, słuchając Bacha w takim surrounding. A potem wychodzę wieczorem na spacer i widzę ten olbrzymi księżyc, i jeszcze bardziej się w tym przekonaniu utwierdzam.

    Pozdawałam wszystkie egzaminy na świecie. Na skrzypcach się zdenerwowałam troszkę i zrobiłam taką masę palcóweczek w moim prześlicznym ukochanym koncercie E-dur Bacha, że w życiu bym się o to nie podejrzewała. Za to cała komisja była miła i znajoma, połowy nie znałam zupełnie, a połowę znałam bardzo dobrze (komisja składała się z czterech osób). Jeden miły profesor, widząc mnie wchodzącą do sali, zakrzyknął: ‚A to TY jesteś (tu padło moje nazwisko :P)!’, szczerząc się szczerze, i po chwili dodał, że ‚bardzo nam miło, bardzo nam miło!’. Pamiętał mnie bowiem sprzed czterech lat, kiedy to zdawałam egzamin do średniej, grałam koncercik i w ogóle dużo rzeczy na oczach połowy właśnie tej komisji, a potem zrezygnowałam ze szkoły muzycznej :P i teraz się rehabilituję :P

    Ale w każdym razie zdałam, i dzisiaj rano, jak wstałam: Ach, nie ma cudowniejszego uczucia na świecie zdecydowanie no! Otworzyłam okno, stanęłam w oknie, a powietrze miało taki charakterystyczny słodki zapach – wszystko teraz kwitnie: mlecze, jarzębina, rajskie jabłuszka (zresztą rajskich jabłuszek sobie nazrywałam i wsadziłam do chińskiego wazonika, bo po prostu je uwielbiam), jabłonie (śliwki? wiśnie? wszystkie mają białe kwiatki :P) i jest tak słodko wszędzie, więc wdychałam to słodkie powietrze, a w tle cedet mój grał sobie Bacha, drugą, wolną częśc koncertu na dwoje skrzypiec, jednego z moich ulubionych, taką spokojną, liryczną melodię, i rozkoszowałam się, ach, porankiem, proszę Państwa!

    A potem popędziłam na drugi egzamin, z teorii, który zresztą napisałam bez problemu raczej, a egzamin przeprowadzała nauczycielka, którą pamiętałam z tego półrocznego chodzenia do średniej przed laty, z wyjątkowo wysokim poziomem poczucia humoru. Niestety ona chyba już mnie nie skojarzyła, więc straciłam wyjątkową szansę do pogadania o starych polakach, ale za to spotkałam inną interesującą osobę :P

    Teraz przerażeniem zupełnym napawa mię fakt konieczności powrotu do szkoły i przystosowania się z powrotem do szkolnego reżimu. Na chwilę obecną nie mam odrobionych żadnych lekcji, nie jestem niczego nauczona, tylko siedzę i jem biszkopty z kwaśną śmietaną. (ostatnio uwielbiam kwaśną śmietanę. Jest pyszna: bardzo gęsta i… bardzo kwaśna. Mama mi powiedziała, że jest również bardzo tucząca.) Przeczytałam ostatnio książkę pod intrygującym tytułem ‚French women don’t get fat’ i od razu schudłam dwa kilo. Myślicie, że to od czytania? No w każdym razie zamierzam utrzymac tę dobrą passę.

    PS Coś mi się dziwnego dzieje, i jak naciskam alt i ‚c’, to mi się włącza jakiś program. Więc na wszelki wypadek już nie naciskam alt i ‚c’. Sorry folks! :P

    PS2 Aha aha, bo zapomniałabym. Ponarzekac. Zdarłam sobie dzisiaj nogi, szukając jakiegoś zbioru opowiadań Mrożka. Chodziło mi o jedno konkretne opowiadanie, o tytule ‚Profesor Robert N.’, bo jest to taki śmieszny zbieg okoliczności, że mój profesor skrzypcowy nazywa się właśnie tak samo. A opowiadanie też jest o muzyku, no i chciałam mu zrobic prezencik, coby było do śmiechu. No i nigdzie, nigdzie, byłam chyba w ponad dziesięciu księgarniach w promieniu 5 km, nie ma żadnego zbioru opowiadań Mrożka! Co najwyżej Tango (czy to przypadkiem nie jest lektura? :])

    PS3 A właśnie, proszę Państwa, namówiłam mateńkę, coby się ze mną do Warszawy wybrała, na Tartuffe, czyli szalbierz‚a, bo chciałam to zobaczyc od miesięcy, od czego odwiódł mnie ociec, twierdząc, że to jakaś zaściankowa wersja zapewne i nie ma sensu jechac, ale po tym, jak wszyscy tej sztuce naokoło wystawiają pozytywne recenzje, no to ja po prostu muszę to zobaczyc, no, i chyba zobaczę w końcu ;-D

    czyli, że w sensie, tentego, iwogle, i co tam jeszcze, no.
    czyli, że no.
    aha, no bo tentego, że tu siedzi kajanku sp. z n.n., czyli kajus i anku. I w związku z tym, że na kajusie dawno żadnej notki nie było, a anku przyjechała do łańcutka z odwiedzinkami, zamierzają się one wyżyć literacko tutaj, co zeresztą już wcześniej uczyniły na moominqu.

    i anku mówi, że nie ma pomysłu.

    kajus pisze:
    życie jest piękne (jeee! – krzyczy entuzjastycznie anku ;p)
    a jeśli nie jest,
    to trzeba się dobrze wyspać
    i poczekać do jutra.
    (W ORYGINALE WIERSZYKA BYŁO JESZCZE:
    „a jutro Dydek kupi sobie krawat.”
    ale nie sądzimy, żeby to było istotne dla całości.)

    Przechodzimy do rzeczy, czyli do meritum:

    Dzisiaj niewiasty dwie owe były na spaceropikniku w parku łańcuckim. Poczynając od tego, że żadna nie była pewna, czy pikniki w parku są dozwolone – strażnicy łańcuccy są niezwykle czuli na stan parkowych trawników. Pomne tego, zdecydowały się jednak podjąć ryzyko, chyciły kocyk i pomaszerowały na łączkę. Rozłożyły się w parku po długich a ciężkich deliberacyjach dotyczących wyboru dokładnego miejsca piknikowania, rozłożyły się owóż pod drzewem, więc terenik był nieco pochyły, co wielce utrudniło im później odbywanie ćwiczeń fizycznych (poomysł zaczerpnięty z pewnego brukowego czasopisma dla młodych dziewczątek, którego tytuł tutaj pominiemy ze policzkami naszemi pałającemi wstydem, że takie pismo otworzyłyśmy w ogóle) no więc skoro poczęłyśmy nasze, tfu, tfu, w sensie że skoro dwie dziewoje poczęły owe ćwiczenia fizyczne wykonywać, rozjechały się natychmiast i wykonywały szalone ewolucje nożne w celu utrzymania równowagi, co koniec końców im się udało.

    a Teraz anku siedzi u kajusia (wcześniej kajus siedział u anku) i czesze mu włoski. Mówi przy tym z całym przekonaniem: ‚dobrze, że tej swojej głowy nie widzisz’. Rezultaty będzie można podziwiać na flickrze. W ogóle dużo nowych zdjątek kajanku. To taka mała przerwa na reklamę była, a teraz wracamy do rzeczy, czyli do meritum.

    Anku właśnie twierdzi, że ‚tu się rozleciało i muszę poprawić’. Zresztą kajus wcześniej anku już czesał i zdołał jej nawet zapleść warkoczyk, co jest nie lada osiągnięciem, zważywszy zarówno na długość włosów delikwentki (anku znajduje się mniej więcej w tym samym stadium rośnięciowłosa, co kajus), jak i na kompletną leworęcość kajusi.

    Anku właśnie parsknęła śmiechem.

    całuski, bestregardują:
    kajanku. Hasta la vista, bejbs!


    • RSS