kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2006

    Uparcie i skrycie och życie kocham cię kocham cię kocham cię nad życie
    W każdą pogodę potrafią dostrzec oczy moje młode niebezpieczną twą urodę

    Kocham cię życie poznawać pragnę cię pragnę cię pragnę cię w zachwycie
    choć barwy ściemniasz wierzę w światełko które rozprasza mrok

    Wierzę w niezmienność Nadziei nadziei
    W światełko na mierzei Co drogę wskaże we mgle
    Nie zdradzi mnie Nie opuści mnie

    A ja szepnę skrycie och życie kocham cię kocham cię kocham cię nad życie
    Choć barwy ściemniasz Choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz Choć się marnie odwzajemniasz

    Kocham cię życie Kiedy sen kończy się kończy się kończy się o świcie
    A ja się rzucam Z nadzieją nową na budzący się dzień

    Chcę spotkać w tym dniu Człowieka co czuje jak ja Chcę powierzyć mu
    Powierzyć mu swój niepokój Chcę w jego wzroku Dojrzeć to światełko które sprawi
    Że on powie jak ja – jak ja

    Uparcie i skrycie och życie kocham cię kocham cię kocham cię nad życie
    Jem jabłko winne I myślę ech ty życie łez mych winne Nie zamienię cię na inne

    Kocham cię życie Poznawać pragnę cię pragnę cię Pragnę cię w zachwycie
    I spotkać człowieka Który tak życie kocha I tak jak ja Nadzieję ma

    (Wojciech Młynarski)

    A w przerwach, kiedy życia nie kocham, chodzę przemęczona jak zombie i narzekam na cały świat. Tak, kochani, nareszcie zasłużyłam sobie na dumne miano Człowieka Zajętego!
    Zaległości nadrobię w łikend. O ile wcześniej nie dostanę skurczu mięśni szyi alboco, tfu tfu.

    że z przyjemnością czytam książki, które mówią coś o życiu. Które życie bardzo spostrzegawczo i dowcipnie opisują. Lubię round characters, postaci nakreślone dokładnie (psychologicznie :P), które wydają mi się tak realne przy czytaniu, że jestem w stanie wyobrazić je sobie teraz, tutaj. Lubię, kiedy autor na tyle sugestywnie pisze, że jestem w stanie uwierzyć, że to wszystko naprawdę się zdarzyło.

    Być może dlatego niespecjalnie przepadam za fantasy. Wszystko to jest dla mnie kompletnie oderwane od rzeczywistości. Jeśli pochowane są tam aluzje do Religii czy Moralności, nigdy nie potrafię ich znależć i o tym zupełnie nie myślę w trakcie czytania, koncentruję się tylko na fabule, biorąc ją bardzo dosłownie; nie umiem i nie lubię przekładać sobie fantasy na moją rzeczywistość. Opowieści z Narnii, jedną z dwóch książek fantasy, które bardzo lubię, czytałam bardzo dosłownie, i lubiłam właściwie za jakąś taką ogólną atmosferę (i właściwie sentyment z dzieciństwa, bo dostałam pierwszą część od matki chrzestnej na komunię świętą :P) i nigdy w życiu nie doszukiwałam się tam jakichś aluzji do Chrystusa, religii, a tu nagle przy okazji wypuszczenia filmu okazuje się, że Narnia to jedna wielka aluzja do chrześcijaństwa i chrześcijańskiej moralności.

    Ale o ile jestem w stanie wyobrazić sobie dzieciaki Pevensie, żyjące w realnym świecie, o tyle już nie jestem w stanie wyobrazić sobie Aragorna. Może dlatego, że w Narnii są odniesienia do tej prawdziwej Anglii, a u Tolkiena rzecz dzieje się w zupełnie odrębnym świecie. Poza tym Tolkien jest dla mnie zbyt smutny i zbyt patetyczny. O ile rzeczywiście ładnie pisał, z LotR nie trafił w mój gust. Hobbita lubię, takie przyjemne opowiadanko, ale już Władca Pierścieni jest dla mnie za ciężki. Jeśli mówimy o poważnych sprawach – bo ja wiem, Tolkien tam pewnie poruszał jakieś poważne problemy? znowu to samo, nie doszukiwałam się tam alegorii, po prostu czytałam powieść – to nie chcę, żeby to wszystko ukrywało się pod powłoczką bajki. O poważnych sprawach wolę na poważnie, nie w bajkowej konwencji.

    O bajkach: wszyscy zachwycają się baśniami Andersena. Ja za nimi specjalnie nie przepadam. Pamiętam, że jak byłam mała, czytałam Królową Śniegu; nie pamiętam, czy mi się podobała, czy nie, ale pamiętam, że książka skończyła jako podkładka do action painting, pobazgrana kredkami. Namiętnie czytywałam za to baśnie braci Grimm – cudnie na takim szorstkim, pożółkłym, grubym papierze wydane, ślicznie zilustrowane, śliczne i wesołe, z żabkami, księżniczkami, dywanikami, igiełkami, i złymi czarownicami lądującymi w beczkach najeżonych gwodździami. Taka dziewczynka z zapałkami była dla mnie zawsze za smutna.

    Uwielbiam ‚About a boy’, uwielbiam ‚Bridget Jones’, uwielbiam „Pride and Prejudice’, bo te wszystkie książki są takie cudownie realne i cudownie dowcipne; ich autorzy są cudownie spostrzegawczy, a ich bohaterowie są bardzo ludzcy; właściwie aż do tego stopnia, że się z nimi identyfikuję, że mam strasznego doła, kiedy Bridget trafia do więzienia, i wpadam w euforię, kiedy Elizabeth przyjmuje drugie oświadczyny Darcy’ego. Kufer na stu (?) nogach nie jest dla mnie ludzki ani odrobinę.

    ——-
    *przypomniałam sobie o istnieniu pidżamy porno i słucham :P

    , jak dzisiaj śpiewał pewien pan w telewizji, karygodnie myląc słowa (ja dla odmiany karygodnie mylę palce, rozczytując skrzypkowe utworki). Bo ja mam strasznie dużo piosenek, które mi się z czymś kojarzą.

    Sarah Vaughan My favourite things kojarzy mi się z ohydnym, późnojesiennym dniem, który spędziłam, siedząc nad Wisłokiem na ławeczce, i patrząc na łódki i ludzi, którzy w tych zielonych łódkach pomiędzy wysokimi trawami się z czymś szarpali. Urwałam się wtedy ze szkoły; i myślałam sobie, że do tych wszystkich moich ulubionych piosenek mogłabym zrobić film… zaczęłam nawet pisać jakieś grafomańskie opowiadanie :P

    Pidżamy Porno Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości kojarzy mi się z późno – wczesno jesiennym przedpołudniem, kiedy jest jeszcze ciepło, drzewa zielone, ale światło jest już takie chłodne i wilgotno, ale poranki są takie świeże i śliczne; i z końmi. Byłam wtedy na koniach z Psiółą i słuchałyśmy tego z discmana, idąc do stadniny.

    Cała ścieżka dźwiękowa ze Shreka, a w szczególności Accidentally in love i I need a hero, kojarzy mi się z cudownymi, idyllicznymi wakacjami u dziadków Psióły w bieszczadzkiej wioseczce Terką zwanej, i tak jak teraz o tym sobię myślę, to tak strasznie, strasznie chcę, żeby była już wiosna, ciepło i słońce.

    Dona McLeana American Pie kojarzy mi się z deszczem. Słuchałam tej piosenki namiętnie w listopadzie, kiedy tak strasznie padało, a ja skakałam przez kałuże obwieszona skrzypcami, co z kolei kojarzy mi się chwilowo z Kap kap kap, płyną łzy, i fontanna szlocha też, i tak dalej…

    Maryli Rodowicz Remedium śpiewałam namiętnie na wakacjach, i tak strasznie wtedy bolałam nad faktem, że piosenka nie jest do końca aktualna, bo jest lato. Pamiętam, jak wyjeżdżałyśmy z Krynicy Morskiej, autobusem, w strugach deszczu, a ja pod nosem nuciłam sobie tę piosenkę, patrząc, jak wszystko zostaje w tyle…

    Wszystko sprowadza się do deszczu. Turnałka Bracka to był taki fantastyczny moment, jak ją sobie przypomniałam, wracałam chyba wtedy sama pociągiem z wakacji? i właśnie pociąg zatrzymał się na stacji w Krakowie, i padało. I tak bardzo chciałam wyskoczyć z pociągu i pobiec na Bracką.

    T.Love Ajlawju kojarzy mi się w komersem w podstawówce muzycznej, Elektrycznych Gitar To już jest koniec z końcem roku w podstawówce (puścili tę piosenkę na sam koniec akademii w szóstej klasie), a Sikorowskiego Ale to już było z zakończeniem gimnazjum, kiedy cały chór to śpiewał, i ja też zaczęłam to śpiewać; ciekawe, jaką piosenkę będę pamiętać po liceum?

    A ostatnio czuję się coraz bardziej letnio, bo świeci słońce i pada deszcz, zupełnie jak w Bollywood, robi się cieplej i jaśniej, i chyba się urwę do Krakowa. Mam już dość płaszcza i mam ochotę zacząć chodzić w spaghetti stripes i mini skirts, i pojechać gdzieś daleko daleko. I zdać do szkoły muzycznej i na studia muzyczne też mam ostatnio coraz większą ochotę. I nawet ćwiczę, i nawet mam plamę, i nawet na komputer nie mam ochoty, I’ve undergone so material a change, sama sobie się dziwię. Dzisiejsza notka z lekka chaotyczna, ale wybaczycie mi, prawda? Idę ćwiczyć Bacha. Peace! ^_^

    PS 1. Jedenaście Stopni Celsjusza! Cieszmy się i radujmy, bo oto nadchodzi Wiosna!
    2. Nieoficjalnie pobity życiowy rekord kajusi: mój kucyk ma już 10 cm, słownie dziesięć centymetrów długości! Akcja „Zapuszczanie” trwa.

    Wieki temu mateńka moja wysłyszała w radiu następujący (znaczy powtarzam niedokładnie) ZSyP:
    „Związek Polskich Leserów domaga się odszkodowania za często występującą chorobę zawodową, jaką są u leserów odleżyny.”

    Natomiast nieco później mateńka moja kupiła parkiet, przepraszam, Parkiet, aby zostać ekonomistką w całym tego słowa znaczeniu (mateńka moja mawia, powtarzając za jakimś znanym Kimś, że jest ekonomistką wierzącą, ale niepraktykującą). Kupiła parkiet, przepraszam, Parkiet, a kiedy się o tym dowiedziałam, zapytałam się jej, czy mogę sobie położyć ten parkiet w podłodze. Na co mateńka moja powiedziała, że Parkiet ten puszcza farbę. Potem mateńka moja chciała sobie wypróbować nowy długopis i w związku z tym potrzebowała papieru. Zaproponowałam jej Parkiet, ale ona stwierdziła, coś ty, głupeczku, przecież na parkiecie nie będę pisać! (Kto połapie się w tutej misternej siateczce wyrafinowanych aluzji, Nobla mu!)

    A ja, Psze Państwa, zostaję Makrelem Giełdowym.

    Info: Witkacy twierdził, że kompleks to węzłowisko upośledzeń.

    Niedawno zaś podśpiewywałam sobie w domciu piosnkę znaną zapewne szerszemu ogółowi pod tytułem Moon River, zaś mateńka moja zaproponowała mi inną wersję, bardziej zapewne patriotyczną, bo lokalną (a co za tym idzie, zgodną z duchem reform naszego nowego rządu): San River.

    A ja, mind you, zakupiłam sobie do pokoiku mego świecę o zapachu tahitian vanilla, hiacynta, którego wsadziłam do kubka (nie miałam pod ręką żadnej doniczki) i liczę na to, że mi rozkwitnie w przeciągu… (od okna mi ciągnie, bo nieszczelne); i powiesiłam sobie w drzwiach olbrzymi kawałek materiału zdobny w różne esy floresy, słoniki i fiki miki, zakupiony w india shopie w Zakopanem. I pojęcia zielonego nie mam, jak uda mi się wrócić do szkoły. Ach. Zycie jest okhutne.

    PS To co, może wyślijmy sobie wszyscy nawzajem walentynki, a potem zaproszę Was wszystkich na mazurka do Babci Psióły M. i zrobimy sobie orgię? :P

    Zasiadłam właśnie do śniadania, na które jem Mazurek. Mazurek dostałam od babci Psióły M., Mazurek to zresztą jedna z jej wypiekowych specjalności (druga to szarlotka, na myśl o której oblizuje się cała moja rodzina). Mazurek jest pyszny, kruche ciasto pokryte grubą warstwą czekoladowej maziai z utopionymi w niej orzechami. No i jak tu dbać o linię…

    Wczoraj byłam (w babskim towarzystwie :P) na tej nieszczęsnej Polskiej Komedii Romantycznej, Tylko Mnie Kochaj. Szłam na to mocno sceptycznie nastawiona; ostatecznie czego można się spodziewać po polskich reżyserach, u których najczęściej używanym w scenariuszach słowem jest ‚kurwa’. Zaskoczono mię jednak pozytywnie, ani jedna na filmie nie padła! I kurczeblade, naprawdę mi się podobało. To może być tylko kolejna zwykła, głupia, tandetna komedia romantyczna, ale mi się podobało. Kajus lubi głupie komedie romantyczne. Najgorsze było to, że się popłakałam! (w ogóle ostatnio na jakikolwiek film nie pójdę, to ryczę. Na Tylko mnie kochaj – ryczałam. Na Pride and Prejudice – ryczałam. Na Opowieściach z Narnii – ryczałam. Chyba nawet na Potterze uroniłam łezkę czy dwie! Dojrzewanie? :P) i kiedy zaświecili światło, musiałam wyglądać zupełnie tragicznie. Alenoco. Się wzruszyłam.

    In the mood:
    Jestem dziś taki sentymentalny
    Że mógłbym sprzedawać łzy.
    Adresik: Hotel Fenomenalny
    Pokój numer trzysta trzydzieści trzy.
    Jestem dziś szalenie sentymentalna. Słucham sentymentalnej Katie Meluy śpiewającej o sentymentalnych rowerkach w Pekinie. Wynoszę sentymentalnym kaczkom chleb pokrojony w kosteczki przez moją sentymentalną babcię. I czuję się jakoś nierealnie.

    Aha no i kto mi wyśle walentynkę? :P

    PS Wiecie, czego boginią była Minerwa?
    Zdrowia psychicznego ^_^
    Powiedzcie sobie parę razy głośno: Mi – nerwo…

    Bach! proszę Państwa, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Wcześniej Bacha mało grywałam, właściwie przez całą podstawówkowo – muzyczną karierę grałam Bacha tylko raz na poważnie. Słuchałam, lubiłam, owszem, ale bez sensacji, uwielbienia i zamykania oczu w trakcie koncertów.

    Fiksacja Bachowska zaczęła mi się właściwie od wakacji, kiedy to na kursach muzycznych usłyszałam orkiestrę kursową grającą tę słynną Arię ze suity D-dur. Wykonanie nie było jakieś pierwszorzędne (wiadomo, że my, młodzi muzycy, nie gramy jeszcze idealnie :P), ale to było jak, powiadam Wam, oświecenie! Siedziałam tam i się wzruszałam i oddychałam razem z dyrygentem, a po powrocie do domu natychmiast odszukałam nagranie Arii i nauczyłam się jej na pamięć ze słuchu. (A niedawno miałam dziką satysfakcję, jak jakaś dziewczyna, która grała na skrzypcach dłużej ode mnie o trzy lata, nie potrafiła zagrać jej do końca poprawnie z nut. Mój-Boże-jaka-ja-jestem-wredna, powiedziała z dziką satysfakcją kajusia.)

    Natomiast teraz Bacha zadano mi różniaste partity i sonaty na skrzypce solo, i tak mi się szalenie ten Bach spodobał, zaczęłam go grać, przewróciłam stronę, zaczęłam następny fragment, poszłam do cedeta, rozebrzmiał z niego Henryk Szeryng, rzuciłam się do pianina, wygrzebałam Małe Preludia, wyćwiczyłam trzy, rzuciłam się na Inwencje Dwugłosowe, na tym etapie niestety utknęłam na inwencji numer 1. (i pomyśleć, że mamusia chciała mię dać na fortepian do szkoły muzycznej), rzuciłam się więć z powrotem do cedeta i zapodałam sobie do uszka osławioną Arię.

    Bach wywiercił mi pośmiertnie dziurę w mózgu. I zapchał ją skrzypcowem koncertem E-dur.
    A tu macie, żeby było in the mood: gałczyński wierszyk o bachowej wielkanocy.

    PS Ach bo znowu zapomnę! Powtórka z rozrywki. W piątek byłam na Boskim Koncercie. Jakowicz był i Tangata była. I tym razem byłam na całym koncercie i słyszałam wszystkie tanga. I było ‚Pamiętam twoje oczy’, i ‚Pamiętasz, była jesień’, i ‚Umówiłem się z nią na dziewiątą’, i ‚Całuję twoją dłoń madame’, i ‚Ta ostatnia niedziela’… i siedziałam w pierwszym rzędzie, i Jakowicz tańczył po scenie i się do mnie uśmiechał z estrady, i ja się do niego odśmiechałam, i dostawałam bzika z euforii, i kupiłam ich płytę, i wróciłam do domu i się namiętnie zasłuchiwałam, a jak już będę duża, to założę swój zespół, zrobimy międzynarodową karierę, a za te miliony, co je zarobię, kupię sobie willę w Toskanii i będę miała dzieci, które będą wyglądały jak amorki z obrazów Rafaela (i Fitzwilliama Darcy’ego za męża). Generalnie: Aaaach.

    Ostatnio odkryłam, że lubię potrząsać włosami. (Wyobraźcie sobie, mój kucyk ma już długość około czterech – pięciu centymetrów! Ostatnim razem, kiedy miałam włosy tej długości, byłam w pierwszej klasie podstawówki.) Dzisiaj za to na spacerze z Psiółą Misią i Bestią Lufciem padał uroczy oolbrzymi śnieg (Psióle Misi przyszło do głowy zaiste poetyckie określenie na płatki śniegu – porównała je do Nestle Frutiny), i odkryłam, że uwielbiam potrząsać włosami na śniegu, i uwielbiam, kiedy mi płatki wpadają do ust i w rzęsy. Mmm. (tak, chodziłam z otwartą buzią, czekając, aż mi płatek śniegu wpadnie do środka :P)

    Tak więc teraz siedzę sobie, piszę notkę, słucham Desafinado (iMesh twierdzi, że w wykonaniu Charliego Parkera, a czymże ja jestem, żeby podważać trafność spostrzeżeń iMesha?) i od czasu do czasu potrząsam głową w rytm muzyki. (ej bit of ej skicoł)

    Mój pokój to naprawdę czarodziejskie pomieszczenie. Ilekroć posprzątam, porządek utrzymuje się przez jakąś dobę, a potem, słowo daję, w jakiś czarodziejski sposób bałagan robi się sam. I znowu sprzątam, i bałagan się znowu robi, i znowu sprzątam, i w koło Macieju, jak się to mówi. Mama mi opowiadała, że ktoś jej opowiadał o pewnej pani, znakomitej malarce, która, jak wpadła w szał twórczy, to nie myła szklanek po wypitej herbacie, żeby nie tracić czasu, tylko później hurtem kupowała nowe. Ciekawe, czy to byłoby możliwe, żeby zmieniać w ten sposób zabałaganione pokoje? Tylko musiałabym chyba wtedy mieszkać w Wersalu (żeby pokoi wystarczyło). Natomiast Beethoven trzymał nocnik pod fortepianem. (nie, tak źle jeszcze ze mną nie jest :P zresztą już nie mam nocnika :P)

    Doszłam do jakże odkrywczego wniosku, że uwielbiam gawędziarstwo. Skończyłam czytać ‚Three men on the Bummel’ Jerome klapka Jerome’a i strasznie mi się podoba ten jego gawędziarski ton, w jakim wplata do tej książki te wszystkie anegdotkodykteryjkopowiadanka, jak zaczyna opowiadać, i kończy na jakimś zupełnie innym temacie, a wszystko to zaprawione obficie satire. Przypomina mi to mojego starego nauczyciela polskiego z podstawówki, który też miał skłonność do gawędziarstwa (za co zresztą cała klasa była mu wdzięczna, bo kiedy nie opowiadał, to piłował). Od wyjaśniania nam zawiłości rozbioru logicznego zdania potrafił mistrzowsko przejść do dzieciństwa Marii Dąbrowskiej, przenieść się na kulturę ludową i skończyć na chińskiej herbacie. Był z niego wygadany człowiek, oh yes. Natomiast czytałam o Tyrmandzie i o Złym, i że krytykowali go za „rozwlekłość, narracyjny barok, przerost ekspresji, chaos stylistyczny”. Cóż, chaos stylistyczny i narracyjny barok to to, co tygryski, sorry, kajusy lubią najbardziej. Jedna z wielu rzeczy, które mnie denerwują w, dajmy na to, Coelho, to prosty język, aż do znudzenia.

    No i skończyłam Three men on the Bummel, i z powrotem wróciłam do Three men on the Boat (to say nothing of the dog!) Oh what a delicoius treat.

    Tytułem wyjaśnienia: pierwsze nieszczęście – ja, drugie – Pies Psióły M., Lufek. Zobowiązała mię ona do wyprowadzania tego stworzenia, w czasie gdy ona bezczelnie będzie szorować w dół po stokach (podobno nawet widziała już Tuska. A co ze mną, pytam się!?). No i dzisiaj poszłam wypełnić swój obowiązek…

    Na początku szło nam całkiem dobrze, Lufek to stworzenie niezbyt wielkie (dla tych, co się znają: posokowiec bawarski), więc mi specjalnie nie podskoczy (a jak podskoczy, to co najwyżej da mi w nos swoim własnym nosem). Szliśmy sobie noga w nogę, co jakiś czas on rzucał się na mnie wesoło, dając mi nosem w nos, zawędrowaliśmy aż na jakieś niezbadane tereny przedmieść łańcuckich, gdzie moja noga jeszcze nie postanęła, i szliśmy sobie chyba ostatnią wysuniętą na wschód ulicą Łańcuta. Na tej ulicy było dużo domków jednorodzinnych z ogródkami, a w co drugim ogródku – piesek. Pieski, widząc Lufcia, wesoło a głośno poszczekiwały sobie. Wszystko wyglądało wręcz idyllicznie.

    Jeden piesek był duży i czarny. Szczeknął raz basem na Lufka, co, jak podejrzewam, miało znaczyć: „Podejdż ino do płota, jako i ja podchodzę”. Wyglądał na dość pokojowo nastawionego, więc dałam się do niego zaciągnąć Lufkowi. I to był błąd. Wielbłąd.

    Pieski wąchnęły się raz, drugi, po czym Duży Czarny szczeknął potężnie a groźnie, a Lufek z przerażeniem w swoich psich oczkach oderwał się od płota i popędził szaleńczo przed siebie. Ja za nim, oczywiście. Jak już tak biegliśmy, to doszłam do wniosku, że jak się trochę przebiegnę, to spalę trochę kalorii, poćwiczę kondycję, no i nie przerywałam Lufkowi tego jego biegalniczego szału. Lufcio najwyraźniej wyczuł moje intencje, bo przyspieszył – a ja, ciągnięta przez niego, za nim – biegliśmy teraz naprawdę dość szybko. I wtedy…

    …pośliznęłam się (tam musiał być lód! :P) i runęłam jak długa na ziemię. Zanim Lufek się zorientował w kwestii mojego położenia, biegł jeszcze chyba przez dobry metr, ciągnąc mnie za sobą na smyczy wzdłuż uliczki.

    Leżałam tam jak duga rozwalona na ziemi, z wykręconą ręką, ostatnim wysiłkiem nie wypuszczając z ręki Lufkowej smyczy, i przeklinałam w duchu moje nieszczęsne położenie. Aczkolwiek teraz, jak o tym myślę, to zbiera mi się raczej na atak histerycznego śmiechu. Bo to scena żywcem z kreskówki wzięta była, no! :P

    Apdejt
    Wydawszy fortunę na spódniczkę mini moro tudzież sweterek w serek, przyszedłszy do domu, przymierzywszy nabytki, zrobiwszy sobie odpowiedni (dyletancki) makijaż, czuję się straszliwie laskowato i mogę lecieć nawet prosto na sesję do Filipinki. No – ba!


    • RSS