kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2006

    Wczoraj wieczorem zaczęłam połykać polskiego Pottera. Połykałam aż do mitycznej godziny, czwartej nad ranem. I skończyłam dziesięć po.

    A rano sięgnęłam po Politykę. I wyczytałam parę ciekawych rzeczy. Cytaty:

    Kraj: „Jarosław Kaczyński wyraźnie więc mówi, czego sobie w Polsce nie życzy. Nie życzy sobie mianowicie wpływowości i popularności lobby homoseksualnego, jak też upadku roli Kościoła. „Na Zachodzie nastąpił upadek znaczenia Kościoła, religijnej regulacji życia i to zarówno na poziomie indywidualnym, rodzinnym, jak i w sferze życia publicznego. Ja sobie tego w Polsce nie życzę.”

    Przepraszam, a może najpierw Jarosław Kaczyński zapyta się, czego my sobie życzymy?

    Polityka i obyczaje: Dziennik „Głos Pomorza” relacjonuje burzliwą dyskusję toczoną przez dwóch (obecnego i byłego) prezydentów Koszalina. (…) Na koniec posiedzenia radni zgodzili się tylko w jednej kwestii: „Z porządku obraz bez większych kontrowersji wycofano też ulicę Jana Ignacego Paderewskiego, która miała powstać w okolicach hipermarketu przy ul. Gnieźnieńskiej. – Ulica jest za krótka dla tak wybitnego Polaka – stwierdziła Krystyna Kościńska (SLD), zyskując poparcie większości radnych.”

    Na koniec coś, żeby pośmiać się szczerze, a nie z politowaniem:
    W felietonie Stommy Ludwika znalazłam małe śmieszne tłumaczenia Tuwima z łaciny:

    Homo sapiens – astmatyk
    Persona grata – stare pudło
    Carpe diem – gdy jem karpia
    Primus inter pares – prymas w łaźni
    Corpus delicti – rozkoszne ciało
    Ex catedra – ruiny świątyni
    Nota bene – nie ma tak dobrze
    Occasio facit furem – trafia mi się facet z furmanką
    Ius civile – nie jest w wojsku

    Have a nice read!

    Wczoraj miałam regulaminowego doła. Już od początku było niewyraźnie, słońce nie świeciło! I było tak jakoś ponuro. I ogólnie no właśnie. A przedwczoraj koło wpół do szóstej rozwieszałam z mamą bieliznę.

    I powiedziała mi mama o jakiejś hali w Chorzowie, co się na gołębiarzy zawaliła. I żartowałyśmy sobie z tego, że co za hobby, że ich pokarało, bo trzymali gołębie w klatkach, i te pe. I dopiero wczoraj, oglądając te nieszczęsne wiadomości, zdałam sobie sprawę z tego, jakie to okropne. Najbardziej to mi się chciało płakać, jak pokazali faceta, któremu zmiadżdżyło żebra, przygniotło jedną rękę… i on miał na tyle siły, żeby drugą wyciągnąć spod rury i pukać w tę rurę, kiedy ktoś przechodził obok. No i go uratowali. I on był taki strasznie spokojny, jak o tym opowiadał.

    A na domiar złego późno w nocy zaczęłam oglądać Imię Róży. I był to jeden z najbardziej przerażających filmów w mojej karierze. (Mam za sobą takie doświadczenia, jak demonstracyjne wychodzenie z sali kinowej w połowie Świtu Żywych Trupów – byłam za bardzo przerażona i za bardzo zdegustowana i czekanie godzinę w holu wydawało mi się bardzo pociągającą perspektywą) i pewnie jak czyta się książkę, to to nie jest takie straszne (już nie mówiąc o tym, że właściwie nie przeczytałam książki < wstydniś >, zabierałam się do niej w mych latach szczenięcych, ale dałam za wygraną po paru stronach), dopiero jak widzę te wszystkie rzeczy na filmie, to mnie przerażają. Nogi wystające z beczki pełnej krwi. Palenie ludzi na stosie. Przypalanie rozżarzonym żelazem. Słowo daję, cała się trzęsłam :P i aż pod koniec z tego wszystkiego, żeby uspokoić swe nerwy (all those tremblings and flutterings…), wzięłam sobie do łóżeczka Three men on the Bummel (on A bummel? nie pamiętam) i czytałam, z rozkoszą czytałam o panach, co to ‚misunderstand seven languages’, o ‚ladies who don’t understand satire’ i długo jeszcze po tym strasznym filmie czytałam, aż zasnęłam na książce.

    PS Sybarytycznej dekadencji ciąg dalszy: na śniadanie ubiłam sobie bitą śmietanę.

    Dzisiaj jest taka piękna, urocza, słoneczna pogoda, jakby Apollo uśmiechał się z góry, i nawet pomimo tego, że jest zima, jest strasznie jasno i optymistycznie. Nie mówiąc już o tym, że wreszcie są ferie!

    Zostałam dzisiaj brutalnie zerwana z łóżka o dziewiątej, wyobrażacie to sobie, o dziewiątej rano! A później jadłam obiad na podłodze. I słuchałam Jacquesa Brela. I przed obiadem zżarłam chałwę. I ogarnia mnie w tej chwili uczucie takiego prosięco niebiańskiego zadowolenia. Mmmmmmm.

    Sprzątam sobie w życiu. Zaczęłam od swojego pokoju. Dzisiaj to chyba nawet poodkurzam. Rodzinka znowu w komplecie, a nawet w cokolwiek większym składzie (wiem, jestem zabóójczo enigmatyczna). Czuję napływ nowej energii, czuję, jak te zastałe wcześniej po kątach zeny, yiny i yangi krążą mi po pokoju (zawsze byłam zleksza zabobonna, jeśli chodzi o feng – shui, jogę i takie tam) i z tego wszystkiego chyba pójdę, nakupię sobie świeczek i poustawiam po kątach – i w konsekwencji mój pokój będzie wyglądał jak cmentarz nocą na Wszystkich Świętych. O ile się nie spali.

    PS Rozebrałam z mamusią choinkę. Jeszcze w życiu nie rozbierałam choinki z takim lekkim sercem jak dzisiaj. Jeszcze w życiu się nie cieszyłam, że w pokoju będzie więcej miejsca, jak już zniesiemy to olbrzymistwo na dół. Blah. Mamusiu, czy ja się starzeję?

    No, to teraz mogę się wreszcie zabrać za rzeźbienie talii osy przy pomocy hoola – hop! :P

    PS2 Ostatnio brałam bodaj najbardziej nastrojową kąpiel w życiu. W łazience spaliła się ostatnia dobra żarówka i byłam zmuszona sięgnąć po świeczki.

    Dzisiaj nawet Google obchodzi jego urodziny: Literka O ma założoną śliczną peruczkę, a za nią plącze się pięciolinia. Myself, zapomniałam o Mozarcie i dopiero właśnie Google mi o nim przypomniało, (gee, what a shame,) ale za to, jak tylko mi przypomniało, ruszyłam do cedeta, włączyłam Wesele Figara – i, powiadam Wam, moi złoci, jeszcze nigdy z taką przyjemnością nie słuchałam tej ślicznej uwertury. (Oraz całej reszty :P) A pomyśleć, że dzień zaczęłam bezmyślnie i bezczelnie od Monteverdiego.

    U mojej mamy ostatnio zaobserwowałam przedziwną rzecz. Normalnie, kiedy protestuję przeciwko chodzeniu do szkoły, zazwyczaj się zgadza, ale z wyrzutami sumienia i ogólnie ciężkim sercem. Natomiast dzisiaj, kiedy mogłabym najzwyczajniej w świecie iść (nie mówiąc o tym, że dzisiaj jest ostatni dzień szkoły przed feriami, to jeszcze lekcje są skrócone [mróz] i połowy nauczycieli nie ma w szkole. Pytałam się wczoraj mojej koleżanki, czy na pewno idzie do szkoły. Odpowiedź: ‚Idę. dla szydery.” Migod, w ogóle ile się teraz rzeczy robi dla szydery! straszne.), moja mateńka droga w obawie o moje zdrowie zostawiła swoją zachrypiałą córeczkę w domku.

    Voi che sapete che cosa e amor,
    donne vedete s’io l’ho nel cor.
    Quello ch’io provo vi ridiro;
    č per me nuovo, capir nol so.
    Sento un affetto pien di desir,
    ch’ora č diletto, ch’ora e martir.
    Gelo, e poi sento l’alma avvampar,
    e in un momento torno a gelar.
    Ricero un bene fuori di me.
    Non so ch’il tiene, non so cos’e.
    Sospiro e gemo senza voler,
    palpito e tremo senza saper.
    Non trovo pace notte, ne de,
    ma pur mi piace languir cosě.
    Vio che sapete che cosa e amor,
    donne, vedete s’io l’ho nel cor.

    PS Właśnie w radiu słucham zabawnego nagrania – Mozart na jazzowo. Ładnie nawet całkiem. W ogóle gdzie się nie ruszę, tam Mozart – prawidłowo! Grupa MoCarta powinna dzisiaj dać chyba jakiś jubileuszowy koncert.

    Dzisiaj rano otworzyłam jedno oko, ale tak niecałkiem, i przez maluteńką szparkę wpadały mi promienie słońca do oka. W radiu leciała nieśmiertelna Bonnie Tyler ze swoim I need a Hero – moje automatyczne skojarzenie – wakacje w Terce (taka bieszczadzka wieś) z Psiółami, kiedy słuchało się na okrągło ścieżki dźwiękowej ze Shreka 2, kiedy pogoda była piękna, dziadkowie Psióły M. przemili i opowiadali nam o duchach, a rzeka chłodna i można było sobie pokazowo przemoczyć szorty. I dzisiaj rano, kiedy tak leżałam sobie w łóżku, tak strasznie, strasznie chciałam, żeby po otworzeniu oczu zobaczyć, że drzewa są zielone.

    Co roku tak mam, kiedy już mam kompletnie dość zimy, jest zimno, wstrętnie, a do szkoły chodzę na tyle długo, żeby już nie móc doczekać się wakacji – codziennie rano przed otworzeniem oczu wmawiam sobie, że zobaczę, że naokoło jest już lato. Tylko że to jakoś nie skutkuje. Bezczelna przyroda, nie chce się poddać (co prawda niezbyt wielkiej, ale!) sile mojej woli.

    I tak strasznie, strasznie, strasznie chcę jechać do Kent (a jeszcze lepiej do Derbyshire!), zobaczyć Florencję, w ogóle Toskanię, Prowansję; Gandawę, Brugię, Amsterdam (na Amsterdam mnie wzięło po przeczytaniu Historyka, wampirzego thrillera wyszarpniętego od Psióły). Muszę wyjechać i zobaczyć coś pięknego, bo jak nie, to pęknę od patrzenia na prowincjonalny, schludny Rzeszów.

    Pojedziemy na wakacje znów do…
    …słucham sobie mimochodem najnowszego Turnaua, płyty wyszarpniętej od pewnego dżentelmena, z której podobają mi się trzy piosenki na czternaście (słucham tych trzech w kółko).

    I robi mi się cokolwiek leniwo, nostalgicznie i melancholijnie. Tudzież zimno – po prostu zamarzam. Co pięć minut chodzę do łazienki i myję ręce wrzącą wodą, piję hektolitry gorącej herbaty, odkręcam ogrzewanie w pokoju na max – wszystko na nic! Niedługo zamarznę i będziecie mogli przyjechać do Łańcuta i podziwiać mój lodowy pomnik.

    Poza tym oczywiście-jak-zawsze toczę ze sobą boje o przezwyciężenie swojego własnego lenistwa i całymi dniami zabieram się do ćwiczenia na skrzypcach. Nawet ostatnio mi to wychodzi, rypię sobie swoje dwudźwiękowe sonaty i partity Bacha, a miernikiem mojego zaangażowania jest to, że skóra na szyi zrobiła mi się cokolwiek chropowata.

    Jezu, żeby tylko dotrwać do ferii!
    Dzisiaj na podłogę spadło mi niedogotowane jajko. Myślicie, że to coś znaczy?

    Coraz więcej osób mówi mi, że mam ten swój taki śmieszny zwyczaj, jak ktoś coś opowiada, to ja w odpowiedzi szczerze się szczerzę i mówię: „Tak?” (; a M. to się podobno nawet tym zaraziła). Chyba mam to po mamusi :]

    Wszystko wydaje mi się strasznie nierealne. Uszu mych dołazi spokojny swing, za oknem biel, gdzie okiem nie ciepnąć, koniec roku szkolnego wydaje mi się strasznie odległy (pięć miesięcy, na litość boską!), nie wspominając już o kursach muzycznych, uczucie to straszliwe potęguje jeszcze turnał razem ze swoim kinem Bałtyk – i wszystko jest takie dalekie.

    Już nie wspominając o tym, że potential Mr Right is unavailable and leaves for Kraków within a year!

    Czyli generalnie rzecz biorąc powracam do swojego ulubionego stanu sybarytycznej dekadencji, spędziwszy nockę u Psióły M., zasnąwszy około drugiej w nocy, otworzywszy jedno oko około południa, drugie zaś jakieś pół godziny później, naoglądawsy się wszelkiego rodzaju horrorów oraz komedii romantycznych, naćpawszy się wszelkiego rodzaju sałatkami, delicyami, macą, chrustem, który tutaj nazywa się faworkami, i ogólnie wszystkie obowiązki mam w miejscu, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę. Ach!

    Znaczy już przede mną Zanussi to wymyślił, no trudno. Jako rasowy przypadek dezorganizacji oglądam sobie właśnie na necie Goye różne (w związku z przygotowaniem się solidnym na cholerny WoK i zagięciem Wstrętnisi), i aż się przerażam. Mam takie automatyczne skojarzenie, że człowiek, który malował okropieństwa, musiał być smutny. Obok takiej zdrowej, okrągłej Doni Izabel Cobos de Porcel, którą można by było schrupać, są te Czarne Obrazy na ścianach jego pokoju. Przeraża mnie olbrzym jedzący (poobgryzanego już i ociekającego krwią) człowieka. Ach, to Saturn jest, właśnie przeczytałam, spożywający swoje dziecko na surowo. Saturn ma w oczach obłęd. Przerażają mnie te Black Paintings.

    Doszłam do wniosku, że jedyne, do czego się nadaję, to granie po knajpach. Aparat mi szwankuje (ja wiem, tragicznie), technika też, bo nieregularnie ćwiczę, za to mam dość ładny dźwięk i potrafię nieźle improwizować na śliczne jazzowe tematy, jak i swoje własne. Oto krótka (nie)obiektywna ocena. Ba. Zawsze oczywiście mogę zostać kompozytorem, Kilar powiedział, że to doskonałe zajęcie dla leniwych.

    Najbardziej niepojęte stworzenia na świecie to nastoletni chłopcy. Isn’t that so?
    Czasami chciałabym siedzieć w środku czyjejś głowy i wiedzieć sobie dokładniutko wszystko to, co ktoś myśli. (Nie, nie tylko chłopców to dotyczy ;]) Na razie zostaje mi jednak tylko delektowanie się herbatką cynamonową, i w takim celu się niniejszym oddalam.

    I’ve had Dreams about some strange things. About buying Krówki Opatowskie (każdy szanujący się krówkozjadacz wie, że najlepsze są Opatowskie), about eating chocolate Studentzka (or whatever do you spell it). And about kissing with a Warhammer Maniac Boy. Funny, eh? :P Ugh. How on Earth could I fancy a boy who enjoys playing Warhammer. Ridiculous.

    A tymczasem słucham namiętnie Paroles Paroles Paroles i aksamitny głos Joe Dassina sączy się w moje uszka, szepcząc: ‚Tu es comme le vent qui fait chanter les violons.’ Mmm.

    It is a truth universally acknowledged that Jane Austen is the best novelist ever. And that Pride and Prejudice is the loveliest nover ever written! And so…

    Byłam. Byłam na filmie, na który czekałam cały rok. Wreszcie! God, I can’t believe I’ve already seen it, I have to see it once more (or twice, or… ;)

    And I loved it. It was absolutely glorious. It was waaaaay too romantic to be true Jane Austen style, but it was gorgeous. It was lovely to look at (nawet biegające wokół świnie i krowy nie naruszały mojego poczucia estetyki). Of course there can’t be a better matched and played couple that Jennifer Ehle’s Elizabeth Bennet and Colin Firth’s Mr Darcy, but Keira Knightley didn’t turn out as silly as I expected (I was seriously prejudiced against her!), in fact her Lizzy was great and v. likeable (though Jennifer Ehle had more grace and there was something to her) but I still think Rosamund Pike would make a very nice Lizzy (great playing! she played Jane, Lizzy’s sister) and Matthew McFayden was quite a nice Mr Darcy. But it’s just like, he was a sweet, romantic boy. Not like My Perfect Darcy et al. (Colin Firth’s still remains my favourite, although I’m wondering about Sir Lawrence Olivier.)

    The music score was wonderful (mental note: buy it!), the scenery was wonderful, the houses were wonderful, Charlotte Lucas was just perfect! And Mr Collins was made into quite a likeable character, which I’m not sure if I liked or not. (I mean I liked Tom Hollander’s Mr Collins, but I’m not sure if I should like Mr Collins!) I didn’t like Miss Bingley, and I missed Mrs & Mr Hurst. I didn’t like Georgiana – not v. pretty and too chatty, and Jena Malone’s Lydia was so pretentious! Papa Bennet was hideous. (No, I’m afraid I do not like Donald Sutherland, he just wasn’t Papa Bennet.) Aand he spoke with an American accent. But over all –

    I loved it. The first reason to love it was that it’s a film about Lizzy Bennet and Fitzwilliam Darcy, how could I not love that!? And the film was great. Very nice to watch. Very moving. I smiled, laughed – and cried. (very expressive acting, over all. Not v. Jane Austen, but great anyway.) I recited lines with the actors. I knew what was going to happen next. (No wonder, as I know the whole book almost by heart.) I absolutely loved it. Oh, and I was so disgusted when I first knew that Keira Knightley was going to play my beloved Elizabeth. But I have to confess, I underestimated her. She’s actually good, but she wasn’t as graceful and playful as Jennifer Ehle (Ehle’s Lizzy, now she was different, arch and sweet, a complete Lizzy). As Matthew McFayden is quite allright, but he can’t compare with Colin Firth. It’s just not the same, and so I’ll always picture Lizzy and Darcy with Ehle and Firth’s faces. But the film was great, oh it was! It was just wonderful. V. good acting, actually, well, lovely shoots and God, I rarely cry in cinemas. But I did. I absolutely loved it.

    And then I went out into this gloomy, unAusten like world, looking for my own Mr Darcy :)


    • RSS