kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2005

    :Part Two

    Znaczy, że, jak to mamy co roku w zwyczaju, jedziemy z mamusią na nartki do Krynicy. Lokalnie, miło i kameralnie. Tylko nie mam pojęcia, jak z tą górą jedzenia w żołądku podniosę się z tego marazmu* (i jak udźwignie mnie wyciąg narciarski). Aaaach.

    Bo Święta są po to, żeby, kiedy tylko przetrawisz choć część tego, co aktualnie masz w żołądku i zrobi ci się trochę wolnego miejsca, wchłaniać nową porcję. (Wprowadzam tę zasadę w życie z żelazną konsekwencją.)

    Natomiast in the meantime obejrzałam i z polecenia tego oto niewątpliwie najsłodszego dziewczęcia, z którym zresztą będę spędzać krynickiego sylwestra, nagrałam Legalną Blondynkę 2, i jestem pod szalonym wrażeniem. Elle Woods to jedyna dziewczyna na świecie, która potrafi patrzeć na życie bezwzględnie w różowych barwach i wyjaśniać zagadnienia z zakresu życia obywatelskiego na przykładzie salonu fryzjerskiego w Beverly Hills.

    Zasadniczo miała to być notka pożegnalna, więc niniejszym
    ŻEGNAM WAS UROCZYŚCIE, MOI ZŁOCI, I ŻYCZĘ WAM NAJBARDZIEJ POPITOLONEGO SYLWESTRA, NA JAKI TYLKO WAS STAĆ, I ŻYCZĘ SOBIE, ABYM PO POWROCIE NA BLOGU MOIM ZASTAŁA KOMENTARZY BEZ LIKU.

    papa! :*

    —–
    *w książeczce znanej zapewne ogółowi czytelniczemu pod tytułem Bogowie, Groby i Uczeni, znalazłam urocze wyrażenie, które miało opisywać tam upadek Krety, zdaje się, a jest bardzo adekwatne do mojego stanu: sybarytyczna dekadencja

    gratis
    Zapomniałam dodać, że w przeddzień Wigilii byłam u Psióły dekorować pierniczki i tak nam się to spodobało, że aż udekorowałyśmy same siebie. A’la Wielka Stopa, wódz plemienia Komanczów. Zdjęcia będą.

    zasadniczo

    5 komentarzy

    Więc zasadniczo to o jakiejś zupełnie nieziemskiej porze (znaczy koło wpół do dziewiątej) mama mnie beszczelnie zbudziła i kazała mi maszerować do kuchni i ubić pianę do piernika. (co ma piana do piernika?) No dobra… Poszłam. Ubiłam. Nawet wszystko zamieszałam! I właśnie miałam to pakować na blachę.

    Ale wtedy usłyszałam Piosenkę.
    Nat King Cole.

    I stałam nad tym piernikiem, śpiewałam głośno, ale tak się nagle wzruszyłam ze szczęścia, że głos dosłownie mi się łamał, i chyba nikt nie słyszał jeszcze mnie tak okropnie śpiewającej, i rozpłakałam się nad tym piernikiem, i stałam, łzy mi ciekły do miski chyba, i darłam się na cały głos, a potem przytuliłam się do mamusi z brudnymi, zpierniczonymi łapami. Kurde dur*, Gwiazdka to taka fajna rzecz! A śnieg znowu pada, jee.

    Piosenka:
    SO I’M OFFERING THIS SIMPLE PHRASE
    TO KIDS FROM ONE TO NINETY TWO
    ALTHOUGH IT’S BEEN SAID
    MANY TIMES MANY WAYS
    MERRY CHRISTMAS
    TO YOU

    Potraktujcie to jako życzenia :)

    ——–
    *dyskryminacja tonacji durowych w tym powiedzonku wydawała mi się zawsze bardzo dyskryminująca.

    odejrzewam, że to wszystko dlatego, że babcia znowu uruchomiła swoją świąteczną produkcję świątecznych bułek na wielką skalę i wszystko w domu przesiąka zapachem drożdżowego ciasta. Mmm.

    Paskudztwo: zrobiło się wilgotno, śnieg już się nie skrzy ślicznie, tylko zszarzał cokolwiek, a tam, gdzie stopniał, pojawiła się wstrętna, szarobura paciaja. Oraz kałuże na miarę Morza Śródziemnego. (moje biedne futerkowe kozaczki do tego stopnia nasiąkły wodą, że będę chyba musiała je zaraz wyżąć) Jeśli nie zrobi się znowu mroźno do Gwiazdki, to powiadam Wam, moi złoci, że chyba urwę się z choinki.

    Muszę coś upiec. Bo oszaleję!
    (tylko że żeby coś upiec, muszę iść do garażu po Stary Wypróbowany Przepis. Mam do wyboru: marznąć w drodze do garażu i na miejscu zostać zjedzonym przez kołatki, albo oszaleć z braku jakiejkolwiek aktywności piekarniczej)

    A ludzie przed Świętami zdają się mieć nagle trzy razy więcej kłopotów.

    up to date:
    Jeszcze w życiu nie czytałam tak interesującego horoskopu w Filipince. Really, Psióła i… ON? :P
    (mój śmiech słyszał cały dom Psióły – i rodzice na dole, i siostrzyca w wannie.)

    Spośród szesnastu przeżytych przeze mnie lat rok 2005 plasuje się zdecydowanie na 1. miejscu, jako najśmieszniejszy, najmilszy i najbardziej popitolony.

    Skoro od roku regularnie zdarzają mi się takie dziwne rzeczy, to co będzie w sylwestra?

    I ostatnio często spotykam osoby niewidziane-od-wieków. Ale śmiesznie.

    (to taka notka napisana, bo mi parę głupich myśli przyszło do łba, jak wracałam do domu dziś.)

    I jeszcze ostatnio pasjami chadzam do eMPiKu i czytam książczyny. Przeczytałam już Żabę, Księżniczkę i Dziedziczki.
    I o ile wierzę w Żabę Schoppe, to, pomimo że książka mnie wciągnęła, nie wierzę w Monikę Stiepankovic. Ale nie dlatego, że jest wampirem. Haha. Natomiast znalazłam tam fajną, znaczy ciekawą, teorię na temat magii. Haha.

    A tak w ogóle to dodałam te fotki z Choinka Party. (gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała) Filmów nie będzie, bo Psióła nie umie przerzucić na kompa. :P

    Czyli jestem tak zachwycona śliczną zimą, śniegiem – tym leżącym na ziemi, od którego tak ładnie się niebo świeci – i tym spadającym, który tak ślicznie wiruje w świetle latarni i który wścibsko pakuje mi się do rzęs, i Rzeszowem i Łańcutem, które pod tonami śniegu znikły i zamieniły się w prawdziwy winter wonderland (jak to ktoś przede mną już ładnie ujął). Jestem tak zachwycona tym śniegiem w szczególności spadającym, że chodzę jak głupia bez czapki i pod koniec takiej przechadzki wyglądam jak klasyczna Panna z mokrą głową, ale nic to, dalej łażę z gołą łepetyną, pomimo zapewnień babci, że z pewnością niedługo zapadnę na zapalenie opon mózgowych albo jeszcze co gorszego.

    A co do babci, to babcia nie tylko puchnie, ale też i głuchnie, co jest dość tragiczne w skutkach. Otóż babci głuchnięcie zaczęło postępować monstrualnie szybko, i teraz babcia nie słyszy ani dzwonka do drzwi, ani dzwonienia telefonu. Wskutek czego, próbując wejść do mieszkania (a nieopatrznie zapomniawszy zabrać rano własnego klucza), spędziłam pewnie z pół godziny dzwoniąc, waląc do drzwi i nerwowo majtając klamką, z praktycznie żadną perspektywą wejścia.
    Babcia w końcu usłyszała. Cud, powiadam wam.
    Właściwie to mi tak troszkę głupio, że jestem ironiczna na temat własnej babci, ale… ech.

    czyli po szóstej chyba, ciemno jeszcze było, więc sobie leżałam i drzemałam. Dobiegały mię co rusz jakieś przedziwne odgłosy z sąsiednich pokojów, i za chwilę – pomimo mego prawie całkowitego zamroczenia – zorientowałam się, że babcia puchnie. Nie wiem zupełnie, co to ma do rzeczy, ale w każdym razie nadało to grozy sytuacji.

    A potem sobie leżałam (dalej) i myślałam (ajboli!), mianowicie o tym, że ja to jednak jestem bardzo pruderyjna. Ale to chyba w niektórych przypadkach nawet na miejscu, hę?

    A teraz siedzę, wcinam naleśniki z dżemem śliwkowym, i, proszę Państwa! Za jakieś dwie, trzy godziny będę widzieć premiera Marcinkiewicza live! Szpan, co?

    Coś tam jeszcze miałam napisać, bo coś tam sobie jeszcze w tych ciemnościach łańcuckich powymyślałam, ale jakoś… zapomniałam. Ale – ale! Śnieg spadł. Żeby tylko wytrzymał do Bożego Narodzenia.

    A tak w związku z Bożem Narodzeniem, to wczoraj z psiapsiółą M. ubierałyśmy choinkę. Ghahahahaha. Skończyło się na sesji zdjęciowej i kręceniu Teledysku. Właściwie to trzech. Na Teledyskach widać, jak z M. śpiewamy kolędy, wygłupiamy się, ehkm.. tańczymy, dusimy się nawzajem, i ogólnie rzecz biorąc wesoło sobie a świątecznie pitolimy. Jak będę miała czas, to zaraz wstawię, ku Waszej uciesze. Tymczasem – nara!

    apdejt

    DRODZY PAŃSTWO, I CÓŻ BY MY BYŁY ZROBIŁY, GDYBY NIE NASZA KOCHANA OLCIA! :*

    [w sensie że Olcia to młodsza siostrzyczka Psiapsióły M., przeżywająca ciąłe ataki śmiechu (jak my wszystkie) oraz Lufka (z aparatem w ręku)]

    Chłopiec przez kilka pierwszych lat chodził ze mną do podstawówki. Strasznie się kumplowaliśmy, i najśmieszniejsze było to, że on bawił się ze mną lalkami. Moja babcia też go sobie upodobała, i kiedy tylko przychodził do mnie (czyli dość często), karmiła go babcinymi obiadkami (pamiętam, że wyścigiwaliśmy się, i zawsze szybciej jadł on, a piłam ja. Dziwię się, że przy tego rodzaju niebezpiecznych grach nie zwężył się nam przełyk alboco.)

    Chłopiec tańczył w lokalnym zespoliku tanecznym. Tańczył chyba całkiem dobrze, bo w czwartej bodajże klasie podstawówki wyjechał do Warszawy, do szkoły baletowej. Od tej pory nie miałam z nim żadnego kontaktu. Jedyne informacje, jakie o nim posiadałam, brały się z lokalnych gazet albo ploteczek – Łańcut jest na tyle małym miastem, żebym była poinformowana, kiedy chłopiec przyjeżdża do rodziny na wakacjach, ale na tyle dużym, żebyśmy się w ogóle – albo rzadko, przelotnie, na ulicy – widzieli. A jeśli już, to tylko na cześć-cześć.

    Weszłam sobie teraz na stronę Teatru Wielkiego (poluję sobie na Andrea Chenier), i zauważyłam Wieczór Baletowy Szkoły im. Romana Turczynowicza. Wiedziona wrodzoną babską ciekawością, poszperałam trochę w Google i znalazłam parę interesujących rzeczy… że rzeczony chłopiec jest, czy był, stypendystą Kwaśniewskich, dostał parę ładnych pierwszych nagród i ogólnie jest to zdolne dziecię.

    A potem weszłam sobie w galerię tejże szkoły, w konkursy, było niewiele zdjęć, więc oglądnęłam skrupulatnie wszystkie, i na jednym był podpis. Imię i nazwisko rzeczonego chłopca.

    Zasejwowałam sobie obrazek, otworzyłam, i patrzę.

    Ale to śmieszne, patrzeć na kogoś, kogo się tak dobrze znało, z kim siedziało się przy stole, bawiło lalkami i dręczyło długonogie komary w słoikach, kto teraz jest takim VIPem i ma na sobie obcisły kubraczek, baletki i zawadiacką minkę i wydaje się kompletnie obcy i całe wieki stąd.

    ———
    Rzeczony chłopiec znajduje się na oto tym obrazku. Ale numer, co?

    Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie
    jak fotografia wszystkich wiosen.
    Kantyczki deszczu wam przyniosę –
    wyblakłe nutki w nieba dzwon
    jak wody wiatrem oddychane.
    Tańczą panowie niewidzialni
    „na moście w Awinion”.
    Zielone, staroświeckie granie
    jak anemiczne pączki ciszy.
    Odetchnij drzewem, to usłyszysz
    jak promień – naprężony ton,
    jak na najcieńszej wiatru gamie
    tańczą liściaste suknie panien
    „na moście w Awinion”.
    W drzewach, w zielonych okien ramie
    przez widma miast – srebrzysty gotyk.
    Wirują ptaki płowozłote
    jak lutnie, co uciekły z rąk.
    W lasach zielonych – białe łanie
    uchodzą w coraz cichszy taniec.
    Tańczą panowie, tańczą panie
    „na moście w Awinion”.

    K.K.Baczyński

    Mmm.

    Ostatnio moje życie jest iście królewskie. Jutro, drugi dzień z rzędu, nie idę do szkoły, a wszystko dlatego, że za sprawą swojej znakomitej elokwencji (o ile elokwencja może być znakomita?) przekonałam Mamusię, że w domu zrobię więcej niż w szkole. Teraz, żeby się nie załamała, muszę jej tylko pokazać, że istotnie całe dzionki spędzam na przyswajaniu słówek hiszpańskich, sprzątaniu domu i ćwiczeniu oktaw palcowanych, i wszystko będzie KUL. A tymczasem wyświadczam dodatkowe przysługi komputerowe w przepisywaniu testów dla biednych udręczonych studentów. (Właśnie teraz też wyświadczam, ha ha.)

    Ostatnio zresztą z zadziwiającą wręcz a podejrzaną gorliwością ćwiczę na skrzypcach. Może to dlatego, że za każdym razem, kiedy idę do filharmonii i po koncercie łażę na tyły zbierać autografy, spotykam swego czarującego koncertmistrzo – would-be profesora, który za każdym razem uśmiecha się równie czarująco, a ostatnio dał mi nawet swój numer komórki. Szpan, co?

    Pierwsza Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    bezsprzecznie, moja Mamusia. (Gdybym była ewentualnie chłopcem, cierpiałabym na kompleks Edypa.)

    Druga Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    Kabaret Starszych Panów

    Trzecia Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    moje skrzypce (i wszystko co z nimi związane)

    Czwarta Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    obrazy Vermeera

    Piąta Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    angielska Regencja (i wszystko, co z nią związane)

    Szósta Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    amerykańsko – angielska kultura musicalowo – jazzowo – rock’n'rollowa (cokolwiek przez to rozumiecie, moi złoci, ja rozumiem Franusia, Luja, Ellę i Dżin i Żuki i jeszcze ciasteczko am.)

    Siódma Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    sezamki i chałwa i kakao

    Ósma Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    lato nad morzem i śnieg na Słotwinach

    Dziewiąta Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    moja gitara i moje piosenki gałczyńskie

    Dziesiąta Najcudowniejsza Rzecz Na Świecie:
    ja! < hahaha >


    • RSS