kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2005

    i znalazłam wierszyk Gałczyński z lutego. Rozmowę Liryczną. A na dole dopisek, że on to pisał w Praniu.

    I sobie przypomniałam, jak rok temu na wakacjach byłam na Mazurach. I w leśniczówce w Praniu. I jak mi się strasznie Mazury podobały. I jaką straszną mam ochotę tam jeszcze pojechać.

    A potem przypomniałam sobie, że M. mi pokazywała ofertę obozu konnego… nad Bełdanami :)

    Co jest jeszcze bardziej pociągające ze względu na baśń o czarownicy (z tego starego, fajnego zbiorku Złote Źródło, który czytało się w podstawówce).

    gaaaah.

    1 komentarz

    bo wygląda na to, Moominqu, że na razie nasze blogi będą consistować of notkas describing the handsome Latinos :P

    Wczoraj, wyobraźcie sobie, Alberto zapytał mnie, czy byłam w piątek na koncercie :P (tylko że po hiszpańsku, więc ledwo zrozumiałam < lol2 >

    A właśnie przed chwilą wpadłam do mamy na zajęcia, i okazało się, że ma z Hiszpanami, i jak wychodziłam, to Rodrigo pyta ‚don’t you want stay learn Polish with us? :P’

    Mm, latinos are cool (sub – zero, Frosty the Snowman! They will die of hypothermia! (reading: About a boy, Nick Hornby)

    PeeS specjalnie dla Walczącej z suszarką:
    Dzisiaj tak mnie bolały biodra, że w środku nocy zdesperowana wzięłam i podłożyłam sobie jedną z moich najładniejszych poduszek kanapowych w okolice tyłka :P

    moja mama:

    6 komentarzy

    Nigdy się nad tobą nie znęcałam, dziecko, ale czas nadrobić zaległości.

    update, 27 listopada, 10.00

    Szczyt lenistwa według kajusi?

    Nie chciało mi się rozkładać kanapy, więc pościeliłam sobie łóżko na podłodze.

    Musiałam oczywiście naznosić dwa razy więcej kołder. Ale fajnie się spało, dzisiaj też tak śpię :P

    ON

    8 komentarzy

    jest Hiszpanem. Jest wysoki, czarny, z bródką i z okularami. Jest prześliczny. Moja mama uczy go polskiego i angielskiego, i właśnie weszłam, i zauważyłam, i padłam (na fotel) z wrażenia. Poprzysłuchiwałam się ich konwersacji, i doszłam do wniosku, że jest uroczy, inteligentny, dowcipny, i szybko łapie języki (lubię takich) i och-jakże-prześlicznie się uśmiecha. Uśmiechał się również do mnie. Uroczo się uśmiechał. Nawet o coś się zapytał po hiszpańsku, ale ledwo zrozumiałam :P No ale jestem normalnie, proszę państwa, zachwycona tudzież zauroczona. Zakochałabym się z czystym sumieniem, gdyby nie dwa fakty:

    *ma dwadzieścia trzy lata
    *w marcu wraca do Hiszpanii

    Rzeczywistość skrzeczy.

    Cholera, gdybym była starsza, to bym przynajmniej mogła go podrywać, a tak to głupio, przecież facet nie będzie kręcił z jakąś szczylowatą licealistką.

    Phi :P

    update, 17.16

    Będzie mnie uczył hiszpańskiego!

    AAACH.

    luja, elli, franusia, toniego i whama, last christmas słucham. Z kuchni mi pachnie plackiem z makiem, który babcia właśnie pracowicie piecze, i nikt mi już nie powie, że święta jeszcze daleko. W ogóle to najchętniej bym już ubrała choinkę. Jee!

    W życiu nie spodziewałabym się po mojej własnej mamie takich zupełnie niechrześcijańskich, wrednych uczuć. Rozmawiałyśmy, mama stała przy oknie, przyuważyła jakiś samochód, próbujący wyjechać do góry pod naszą małą uliczkę i grzęznący w śniegu, i nagle mówi: „Patrz, nie może facet wyjechać, HA HA HA.”
    A potem jej powiedziałam, że wyjechał, to ona dodała, że niestety. Tragiczne, co?

    W gimnazjum to tak strasznie chciałam iść do liceum, a teraz z szalonym sentymentem wspominam stare dobre gimnazjalne czasy. Tam to był taki święty spokój… teraz to się muszę ciągle wysilać. Chętnie zrobiłabym sobie ze dwa tygodnie wolnego.

    Byle do Gwiazdki!

    wydziwianie

    5 komentarzy

    No i kto widział iść na koncert Grupy MoCarta, wyłączyć komórkę przed rozpoczęciem z pełną premedytacją, wiedząc, że koncert może się skończyć późno, a ostatni autobus do Łańcuta jest o dziesiątej dwadzieścia, włączyć ją na końcu i odczytać z ekranika informację, że jest dziesiąta czternaście, iść na dworzec pks w nadziei, że jednak coś jeszcze pojedzie w tamtą stronę, dowiedzieć się, że jednak nie, nic, iść na plac wrn i jeszcze raz upewnić się, że żadna prywatna linia też o tej porze nie jeździ, szlajać się po okolicy w poszukiwaniu postoju taksówek i trząść portkami ze strachu na widok różnych podejrzanych typów, znaleźć postój i taksówkę, dowiedzieć się, że przewóz z Rzeszowa do Łańcuta kosztuje 100 zł, mało nie paść z wrażenia, dojść do wniosku, że skoro to tyle kosztuje, to lepiej dać zarobić znajomemu taksówkarzowi, dzwonić o jedenastej w nocy do znajomego taksówkarza, który jest kochany i na szczęście bez oporów przyjeżdża i jeszcze obniża cenę ze stu pięciu do siedemdziesięciu złotych, wreszcie przyjść przed dwunastą do domu, świecić oczami przed dziwnie-nie-wkurzoną mamą, paść na łóżko… i odkryć, że na przepisanie czeka zeszyt z geografii?

    No ja :]

    no bo dzisiaj po perfekcyjnym popołudniu spędzonym z Psiapsiółą M. na robieniu kolczyków wybrałam dłuższą drogę do domu.

    I szłam sobie w tempie żółwim do kwadratu, zatrzymywałam się co pięć minut i podziwiałam.

    Patrzyłam się na śnieg pod światło (a latarnie rzucały takie cudne, miękkie, żółto – różowe światło, if you know what i mean), jak płatki śniegu spadają mi na nos i do oczu wlatują, i mrugałam sobie radośnie (o ile można radośnie mrugać), i wdychałam mroźne powietrze, i patrzyłam na tę śliczną kołderkę śniegu na trawie, i delikatnie ośnieżone drzewa, i wszystko to wyglądało tak szalenie malowniczo, że zupełnie się nie mogłam napatrzeć, i ogarnęło mnie takie fantastyczne uczucie szczęścia, euforii wrręcz, że aż miałam ochotę krzyczeć.

    Rzecz jasna, nie chciałam powystraszać ludzi z całej okolicy (tym bardziej zważywszy na to, że nie oddaliłam się jeszcze bardzo od domu M.), więc zaczęłam śpiewać wszystkie znane mi piosenki o śniegu.

    Ech.
    Jakie to życie jest piękne.

    Uwielbiam takie małe zwykłe rzeczy.

    No i mimo wszystko j’aime l’hiver. Oh mon Dieu, mais oui.

    Na kanale History (or whatever) jest taka reklama, że życia nie mierzy się ilością oddechów, ale liczbą chwil, które zapierają dech w piersiach. I jakkolwiek stwierdzenie to jest dość banalne, mimo wszystko bardzo zgrabnie ujmuje moje dzisiejsze petite rencontre avec l’hiver*.

    ——-
    *or whatever is grammatically correct :P

    z Psiapsiółą M. i doszłyśmy do następujących wniosków:

    1. ładniutcy są faceci. M. preferuje Legolasa, ja – Aragorna.

    2. prześliczna i pełna wdzięku jest Arwena. Natomiast Miranda Otto, co prawda niebrzydka, ale nie dorównuje Liv Tyler :P

    3. (tu się różniłam z M.) film pełen okropieństw i rzeźni. Jedna scena bitewna na wszystkie trzy części zdecydowanie by mi wystarczyła.

    4. scena z Szelobą była blaaah

    5. Frodo często zachowywał się bardzo pretensjonalnie

    6. film rzeczywiście ładny wizualnie (ale: patrz punkt 3.)

    7. koniki, oh my god, koniki.

    Ohmigod, chcę, żeby już była Gwiazdka i ubierać choinkę i mieć święty spokój i w ogóle wyjechać do Francji i mieszkać sobie na Ile de la Cite i wychodzić z domu w piękne październikowe poranki i słuchać gitarzystów i saksofonistów jazzujących na Pont Neuf (albo jakimś innym moście, już nie pamiętam :P)

    PeeS nie mający związku z tematem notki:

    It’s just like Jane Austen, really. The Wickham Syndrome. The Good Guy and the Bad Guy. And the Darcy syndrome, although I would never ever marry the real – life Darcy here. He’s much too unpleasant. But anyway quite nice and has got a huge sense of humour. (Don’t think somebody has read Pride and Prejudice, so almost sure am quite safe in posting this bit. Sorry, I felt like it.)

    a ja napiszę Wam, moi złoci, o czymś bardziej może dla Was zrozumiałym.

    Otwieram rano oko. Mamusia mówi:
    -Wstawaj, dziecko, śnieżek sypie!
    -< spaaaaaać! >
    -No wstawaj!
    No to w końcu zwlekłam się z łóżka. Patrzę za okno, ale śnieżek nie pada. Mówię do mamy:
    -No ale popatrz, już przestało padać!
    -No bo śnieżek się obraził na ciebie, że nie popatrzyłaś się na niego wcześniej.

    Aha. No dobra.
    Ale mimo wszystko patrzę się za okno, i ta cienka warstewka śniegu na trawniku wprawia mię w taki szalenie dobry nastrój, że zaczynam śpiewać White Christmas (dla lepszego efektu okropnie fałszywie i piejąco). A potem mówię do mamusi:
    -Kiedy ubieramy choinkę?
    -Jutro.
    -Super!

    P.S. Znowu pada!

    paradoks:

    5 komentarzy

    moja babcia prowadzi życie bardziej towarzyskie niż ja. Właśnie zaprosiła do siebie koleżankę, która zostaje na noc.

    Padał dzisiaj śliczniutko śnieg i w pewnym momencie było nawet całkiem biało, ale oczywiście wszystko zdążyło stopnieć, zanim wyszłam ze szkoły.

    Poza tym drobnym zgrzytem jestem w siódmym niebie, nabyłam bowiem dwie spódnice i żakiet, i jeszcze dostałam rabat dwudziestozłotowy i katalog. (Sprzedawczyni była właściwą osobą na właściwym miejscu.) Ale: zepsuł mi się cholerny zamek od moich nowych dżinsów! Dzisiaj idę się kłocić i reklamować.

    Dwa milsze wczorajsze wydarzenia:

    a) wczoraj byłam na korkach z fizyki. U własnej cioci. Ciocia jest sweet, a rozwiązywanie zadań z jej pomocą bardzo dobrze mi idzie, gorzej jest, kiedy próbuję rozwiązać na własną rękę.

    b) idę ci ja sobie od mojej cioci z w.w. korków, spacerkiem między akademikami. Idzie naprzeciw mnie jakiś (nieznajomy oczywiście) facet, pewnie student, całkiem ładny, wysoki, z kręconymi czarnymi długimi włosami. Uśmiecha się do mnie. No to ja uśmiecham się do niego. No to on mówi mi ‚cześć’.
    < zonk >
    No to ja odpowiadam :P


    • RSS