kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2005

    a konkretniej rzecz biorąc, w Paryżu.

    Paryż istotnie jest śliczny. A podobały mi się wcale nie te wszystkie Luwry i Wersale, których mam absolutnie dość (nie, Giocondy też nie zobaczyłam), tylko śliczne uliczki ze ślicznymi kamieniczkami ze ślicznymi kwiatuszkami w oknach i ślicznymi rzeżbieniami i okuciami, i promienie słońca ślicznie prześwitujące przez śliczne platany ze swoją śliczną korą, usadzone wzdłuż ulic w ślicznych rządkach.

    Bo tam tak ciepło było, ze dwadzieścia stopni chyba, i ludzie chodzili w szortach i w krótkim rękawku i świeciło słońce i pogoda była w ogóle marvellous.

    Podobała mi się katedra Notre Dame, ale jeszcze bardziej podobało mi się to, że na skwerku tuż za nią jazzowali sobie jakiś saksofonista i gitarzysta. Podobał mi się też saksofonista przed paskudnym Centre Georges Pompidou, i Chińczyk z gitarą tamże.

    Podobali mi się ludzie, którzy byli bardzo ładni i bardzo ładnie się ubierali – w Polsce ludzie ubierają sie jednak ohydnie. Ja od tej pory ubieram się po parysku :P co znacznie ułatwia mi fakt, że (noszony przez paryskie tłumy) szaliczek nabyłam w Gdańsku na wakacjach, a (również noszoną przez równie paryskie tłumy) płócienną torbę z ręcznie barwionej tkaniny nabyłam w Navaho miesiąc temu. (swoją drogą, sklep powinien przemianować tę uroczą nazwę na Navajo, czyż nie?) Niestety kłopot stanowi fakt, że tylko ci nieliczni łańcucianie, którzy byli na wycieczce, będą wiedzieli, że noszę się po parysku.

    Było też parę drawbacków:

    a) pewien chłopczyk był notowany za komisariacie, czyli u żandarmów, za próbę wniesienia do Sainte – Chapelle olbrzymiego wojskowego noża

    b) napadli nas (znaczy grupę, nie żeby mnie, na szczęście) murzynki, w wyniku czego dwie dziewczyny i pewno profesorskie małżeństwo zostali z lekka poturbowani, pociągnięci po chodniku, stracili paszporty i zamiast Hotelu Inwalidów zwiedzali ambasadę polską

    c) pewna dziewczynka dostała poważnego zatrucia pokarmowego, pod Luwr przyjechała po nią karetka, która wyglądała jak straż pożarna, i biedna dziewczynka musiała spędzić noc w szpitalu z nakłutym brzuchem (nie wiem dokładnie, jak to było, ale opowiadała straszliwe rzeczy o niekompetencji francuskich pielęgniarek)

    d) mniej strasznie: na wszystko mieliśmy strasznie mało czasu, wszędzie się spóźnialiśmy, nasz przewodnik nie znał francuskiego i zachowywał się zupłnie, jakby we Francji był pierwszy raz w życiu, i mówił nam, że na Placu Concorde stoi egipski OBELIKS, a na cmentarzu Pere – Lachaise leży APOLINAR.

    (…nie smakuje mi już nawet sar / siedmioma strzałami melancholii / przebita jestem jak Apolinar :])

    Ale ogólnie rzecz biorąc, Paryżem jestem zachwycona.

    Aha, no i jeszcze wpadliśmy po drodze do Brukseli, którą wszyscy się zachwycali, a ja wcale nie (jedynie starówka była bardziej w porządku)… ale tam jest taki strrrrraszny SYF. Stosy śmieci leżą na ulicach. Słowo daję. Kolega aż zrobił zdjęcie. Przemaszerowaliśmy też do słynnego siusiającego chłopczyka, no i dobrze, był sobie chłopczyk. Ale za to kupiłam cudowną belgijską czekoladę :P

    No i oczywiście podobała mi się wieża Eiffla, bo byliśmy wieczorem, i istotnie wyglądała najzupełniej uroczo, a widok z tych trzystu chyba? metrów też był najzupełniej uroczy i w ogóle zachwycający i straszliwie romantycznie tam było, ach! W ogóle doszłyśmy do wniosku z towarzyszkami M. i G., że jak tylko faceta – to do Paryża go!

    Jak już wszyscy wiemy, Rafcio Farciarz, czyli Rafał Blechacz, został (tam ta ra ram) zwycięzcą 15 Konkursu Chopinowskiego.

    Rafał Blechacz jest to młodzian o niewątpliwie szlachetno – romantycznej fizjognomii oraz niezwykłej a nietuzinkowej dojrzałości uczuciowo – emocjonalnej, co widać na pierwszy, ach, rzut oka (na jego interpretację Chopina); czym zupełnie ujął mnie tudzież Moominqa; w związku z czym stwierdziłyśmy, że zamiast rezerwować sobie braciszków Lin, po jednym na łebka, rozkroimy sobie na pół Rafcia i się nim podzielimy. Ach! Rafciuu…
    < marzyciel > :P

    Rafałowi Naszemu Kochanemu niewątpliwie należała się pierwsza nagroda, choćby dlatego, że Polak (:]), ale jedna rzecz mnie bulwersuje niesłychanie; otóż jedna z finalistek, Yuma Osaki, koncert e-moll w finale grała naprawdę zjawiskowo. Dosłownie przykuła mnie do radia (!:P). Nawet lepiej pewnie niż Rafcio – i to ona, IMNSHO, powinna dostać nagrodę za najlepsze wykonanie koncertu. Jury jest chyba za bardzo uprzejme. A Yuma nie dostała nawet żadnej nagrody z sześciu.

    Natomiast Rafcio wygląda troszkę jak Chopin :P

    I jeszcze jedno, w telewizji pokazywali króciutki spot o Rafciu, i o małym Rafciu, który miał 9 lat, czy może i mniej, i mu nóżki ledwo sięgały do pedałów fortepianu, i zapinkalał jakiegoś Mozarcika na tymże; a potem mówił z szaloną powagą mały Rafcio, że „inni lubią grać w piłkę, a ja lubię ćwiczyć.” Ach, Rafciu, Rafciu. Gdybym ja to wiedziała w twoim wieku… :P

    PeeS Wyborczy: oh my, oh my. albo powtórzę za Bridget: oh fuck, oh fuck.

    PeeS Senny: dzisiaj obudziłam się koło piątej nad ranem, a może nawet wcześniej? pamiętam, że było jeszcze całkiem ciemno – szarawo. Mateńka moja zbierała się do pracy, włączywszy uprzednio radio (nastawione na polskiego radia program drugi)… a ja leżałam sobie pod kołderką, nie do końca przytomna i rozumiejąca, co wokół mnie się dzieje, w półśnie, w ciemnościach (egipskich wręcz), a z kuchni dolatywały mię boskie dźwięki jakiegoś koncertu fortepianowego. Taka śmieszno-urocza chwila.

    Aneks do PeeSu Sennego: śniły mi się dzisiaj zupełnie a zupełnie przedziwne rzeczy. Pamiętam, że (w męskim towarzystwie :P) uciekałam przed kimś, chowałam się gdzieś, łaziłam po pustyni, łaziłam po osiedlu, a jak wlazłam do jakiejś klatki, to ona wyglądała od środka jak kopalnia, z takimi słupami podporowymi (czy-jakkolwiek-się-to-nazywa-:P), gonili mnie, rzucali we mnie czymś (na żarty chyba? :P) a na koniec, kiedy już się budziłam, przyśniło mi się, że siedzę z bohaterami poprzednich snów na ławce przed moim blokiem i jem kwiaty z wiadra (??). Obudziłam się z dziwnym uczuciem, jakbym najadła się trawy :P

    Aa, i jeszcze jedno! jadę na tydzień do Francji :P więc farewell, albo raczej au revoir, Mes Dames et Mes Sieurs! (hihi)

    Tak wracając do tej harmonii, to po tym, jakie pisze piosenki, od razu widać, że facet skończył studia muzyczne. Kiedy próbuję zagrać sobie jakąś piosenkę Turnaua, w główce mojej ciasnej a małej mi się nie mieści, jak można nawpychać do jednego krótkiego utworku tyle przedziwnych funkcji harmonicznych. Ale trzeba przyznać, nudno nie jest. A moje melodie, układane zresztą przeważnie do tekstów Mistrza Ildefonsa, są jednak powtarzalne. Chociaż ostatnio odkryłam pioseneczkę, ułożoną Dawno Temu, do refrenu Urojonej Kantyny, która jest całkiem chwytliwa :P …muszę skończyć jednak te studia muzyczne :P

    Po drugie, był kiedyś, jak byłam zupełnie malutką dziewczynką, taki program w telewizji, z którego nic zupełnie nie pamiętam, tylko takie mgliste wrażenie, że wypowiadały się dzieci – bo zapowiadała ten program piosenka turnałka, Sztorm: ‚Na lądzie powtarzają, na morzu powtarzają, że dzieci i ryby dziś głosu nie mają…’ no i ja się w tej piosence zakochałam zupełnie, tylko skąd ją miałam wziąć, jak nie znałam tytułu, a o kazie czy innym imeshu nawet mi się wtedy nie śniło, bo co dopiero o komputerze… (no dobra, miałam taki z czarno – białym monitorem, a Windows dopiero zaczynał być popularny :P) …no i na tych wakacjach kupiłam sobie płytkę turnałka z piosenkami dla dzieci, ‚Księżyc w misce’, i znalazłam tę piosenkę! To była jedna z tych straszliwie przyjemnych chwil, kiedy odkrywacie coś fajnego i jesteście tacy, no, szczęśliwi! :P

    Miałam jeszcze o czymś napisać, co wymyśliłam rano, idąc do szkoły, ale to wszystko przez szkołę, w szkole zapomniałam, co jeszcze miałam napisać.

    Ale za to w autobusie z powrotem wymyśliłam wierszyk:

    The sky is blue
    The grass is green
    And I am, sadly,
    No longer fifteen.

    (a co :P)

    Czuję się ostatnio strasznie staro. Blaaah.

    Za to dzisiaj maszeruję do filharmonii – jakaś skrzypaczka o straszliwie skomplikowanym nazwisku będzie grała jeden z moich ukochanych koncertów skrzypcowych, D – dur Czajkowskiego. Mm :)

    Byłam na Koncercie.

    Strasznie było fajnie! aaaaaaach. mmm.

    No bo grali i śpiewali Turnau i Sikorowski. I mean, what a treat. Nie szalałam nigdy na punkcie Turnaua, ale rzeczywiście przepadam za nim. Ale: jeszcze nigdy w życiu tak nie przeżywałam tych piosenek! Może to dlatego, że na żywo, ale to naprawdę robiło wrażenie, jak on tam siedział, śpiewał, i przebierał paluszkami po klawiaturze. I rzeczywiście miał dobry kontakt z publicznością. I kazał śpiewać – śpiewałam! Co prawda mój słabiutki głosik raczej ginął w sali :P a w ogóle to sala śpiewała dość cicho i niechętnie, doprawdy, zawiodłam się na rzeszowskiej publiczności. Ale i Lirykę śpiewał, i Bracką, i Naprawdę Nic, i Kutno, i inne rzeczy, tylko mógł jeszcze zaśpiewać Jesienną Dziewczynę :P

    W każdym razie, zawsze uważałam Grzesia Turnaua za człowieka muzykalnego, ale dzisiaj przekonałam się, że oprócz tego jest całkiem dowcipny! W pewnym momencie wszedł na scenę z małą harmonią, na której przygrywał Sikorowskiemu, a potem powiedział:

    „Najważniejsza w życiu jest harmonia.
    Dlatego zawsze noszę ją przy sobie.”

    Wspominał też, ze względu na to, że teraz panuje moda na odgrzebywanie przeszłości swoich przodków, o swoim ojcu, który został przymusowo wcielony do kadry naukowej pewnej akademii, i było też coś o dziadku… < lol2 >

    A z Sikorowskim to jest another story… Miał rzeczywiście świetne buty! No i kiedy śpiewał „Ale to już było”, ech, ach, rozpłakałam się :P Swoją drogą, zawsze sobie tę piosenkę kojarzyłam z Marylą Rodowicz, i jakoś nie wiedziałam, że to jego autorstwa.

    Natomiast – jakie to dziwne i fajne, ludzi, których normalnie widzę w telewizji czy słyszę w radiu, słyszeć i widzieć parę metrów przed sobą! Jak się uroczo uśmiechają, przekomarzają, wyścigują się do wyjścia (:P); rzeczywiście mają mnóstwo wdzięku.

    No a potem, co było chyba naturalną koleją rzeczy, poszłam – po autografy. Oni rzeczywiście dawali na siebie czekać, tyle czasu, że aż zdążyłam poznać jedną Przemiłą Dziewczynkę! Ale w końcu przyszli, i gawiedź (co prawda mniej liczna, niżby się można spodziewać) rzuciła się po autografy, no ja też się rzuciłam, i muszę przyznać, oboje Oni są przemili. Z Sikorowskim specjalnie nie gadałam,

    za to powiedziałam Turnałkowi, że faktycznie jego Bracka ma przedziwną harmonię (do czego sam się wcześniej przyznał, w tym tamtym momencie z Harmonią), na co on odpowiedział, że faktycznie czasami sam nie nadąża. Po uzyskaniu autografu powiedziałam mu, że było ślicznie i strasznie sympatycznie, a on powiedział, żebyśmy jeszcze przyszły! (bo byłam z Przemiłą Dziewczynką) Co prawda nie mógł chyba mieć na myśli żadnego konkretnego koncertu, ale miło słyszeć, że Gwiazda zaprasza cię na swój koncert, co? :P :P

    Ale naprawdę, tak dobrze na koncercie nie bawiłam się już bardzo dawno. To wręcz zakrawa na katharsis! :P Ale rzeczywiście, jak twierdził stary, dobry znajomy Pan Antoś Pianista Akompaniator Kursowy, muzyka powinna wzruszać. Ach, wzruszyłam się.

    Natomiast jak wracałam z autobusika, była (zresztą dalej jest) prześliczna, księżycowa noc (księżyc jest prawie w pełni, świeci strasznie jasnym światłem i jest ogromniasty), a obok księżyca świeciła jakaś strasznie jasna gwiazda… może nawet jakaś planeta? Dręczy mnie to szalenie, cóż to za tajemnycze ciało niebieskie.

    A teraz słucham Turnałka, Znów Wędrujemy. Mm :)

    P.S. Znowu mi kradną przemyślenia. :>

    djobi djoba

    9 komentarzy

    no czyli, zasłyszawszy w czasie malutkiego shopping spree piosenkę Dżipsy Kingów, dostałam malutkiego kota na punkcie tych właśnie owóż, i sobie. No właśnie ten.

    Oprócz tego wygrzebałam u babci dwie fajne książeczki – Washington Square i The Europeans Henry’ego Jamesa w jednym wydaniu, i tak samo w jednym wydaniu (zresztą rosyjskiego wydawnictwa, Raduga – które tak cudownie wydaje, a zresztą raczej chyba wydawało książki!) moją kochaną Austen, Northanger Abbey – która to książka jest satyrą na romansidła, i dla porównania Ann Radcliffe, Romance of the Forest – bardzo popularna, apparently, autorka powieścideł w czasach Austen, i zresztą jej nazwisko pada w NA – I mean, what a treat!

    A oprócz tego:

    Am fully proffesional, open minded (thank God my brains didn’t fall out yet) and positively thinking person. Am open for new (violin – playing) possibilities. And oh yes am a bit Bridget :P

    P.S. W jednej śmiesznej książce poświęconej biografiom paru ważniejszych kompozytorów przeczytałam następujące zabawne zdanko o Mozarcie: ‚Nikt tak jak on nie potrafi skutecznie psuć ci samooceny. Kiedy skomponujesz jakiś kawałek i myślisz o nim z satysfakcją, że jest szczególnie dobry, skrzydła podcina ci myśl, że Mozart prawdopodobnie skomponował lepszy, mając 9 lat.’*

    Właśnie przeżyłam podobną sytuację :P

    Dostałam do grania na skrzypcach 16 kaprys Paganiniego. Kto wie, kto zacz, wie również, że te słynne 24 kaprysy są niezwykle trudne technicznie, są po prostu popisem skrzypcowej zręczności; zaś ich kompozytora i pierwszego wykonawcę nazywano Diabłem, zresztą podejrzewano o konszachty z szatanem, nie mogąc się nadziwić jego nieprawdopodobnej technice.

    No więc oczywiście byłam tym faktem niezmmiernie ucieszona, że moja nauczycielka stwierdziła, że ugram taki kaprys, i ćwiczyłam go namiętnie od dni paru, przed chwilą doszłam do wniosku, że osiągnęłam jako – tako – zadowalający poziom… zrobiłam sobie przerwę, wygrzebałam płytę z nagraniem wszystkich kaprysów (gra niejaki Ilya Kaler), puściłam sobie numer 16…

    i szczęka mi opadła.

    Usłyszałam ten mój szesnasty kaprys grany diabelsko precyzyjnie, ale w iście zawrotnym tempie, prędkość dosłownie kosmiczna.

    Tak, to mi trochę podcięło skrzydła :P :P

    ————
    *śmieszna książka to „Bach, Beethoven i inne chłopaki, czyli historia muzyki wyłożona wreszcie jak należy” (w oryginale „the history of music as it ought to be taught”) Davida Barbera, a zdanko cytuję z pamięci…

    P.S.2. Trzy Uwagi O Zachowaniu

    1.Okropnie mnie denerwuje, kiedy innym ludziom wydaje się, że są lepsi. Niekoniecznie ode mnie < lol2 >
    Blaah.

    2. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że potrafię odezwać się do kogoś o tak: ‚Zamknij się idioto!’ Ostatnio zaskakuję sama siebie :P

    3. Z zasady jestem spokojna i łagodna jak baranek (to aż graniczy z nudą) i jest bardzo mało rzeczy na świecie, które potrafią wyprowadzić mnie z równowagi, ale jest parę osób, które robią to łatwo, zręcznie i szybko, -może nawet i nieświadomie (what do you think:])- jak zawodowi profesjonaliści. A myślałam, że tylko moja mamusia zna czarną stronę mojego charakteru :P


    Reminiscencja Pierwsza

    Wierszyk ułożony przeze mnie i przez mą mamusię drogą a kochaną na plaży w Krynicy Morskiej w dniu 7.08 o godzinie 17.56:

    Gdybym ja ważyła pięćdziesiąt dwa kilo
    To bym wyglądała jak ta Wenus z Milo.

    (no jeszcze z parę kilo mi brakuje do Wenus z Milo :P)

    Reminiscencja Druga

    Siedząc nad morzem, zamartwiałam się z lekka. Powód: miałam odwiedzić – obecnie już eks-Ktosia, z którym żyłam sobie nie całkiem jak ta Spika Tremendosa z Bandałaszkiem, albowiem na odległość, i zostać u niego na parę dni; i, co najważniejsze, poznać jego mamę i poddać się jej surowej cenzurze ;) Zamiartwiając się, wysłałam smsa do psiapsióły M. Psiapsióła M. niezwykle pocieszająco odpisała, żebym absolutnie się nie przejmowała, bo „co nas nie zabije, to nas wzmocni„. < lol2 >

    Aneks do Reminiscencji Drugiej:
    Mama rzeczywiście okazała się przemiła; a zupełnie ujęła mnie za serce tym, że kiedy kiedyś zamówiłam sobie rybę, ale taką w całości, z oczami i kręgosłupem! to wyciągała mi z tej ryby kręgosłup i literalnie pomagała mi ją zjeść po ludzku < lol2 > . No bo ja jak ta ostatnia sierotka marysia nie umiałam :P Na dodatek Mama stwierdziła, że jestem sentymentalna, romantyczna, a co najważniejsze: drobniutka! a co.

    Reminiscencja Trzecia

    Nad morzem zwykłam byłam uczyć się z mamusią, troszczącą się przykładnie o edukację swojej drogiej córeczki, francuskiego. W przypływie takiej chwilowej manii francuskiej wysłałam (kiedyś, do kogoś) sms o następującej treści:

    Mon cheri, qui vivra, verra, mais que diable allais tu faire dans cette navire? Pardon, c’est mon esprit d’escalier. Ou sont les neiges d’antan?

    Mawet nie będąc pewna, czy to wszystko napisane było poprawnie :P

    Podsumowanie Reminiscencji (nie do końca mające sens)

    Nad morzem życie moje było wręcz idylliczne i zmartwień (prawie w ogóle) nie znało. Albowiem Wakacje to zdecydowanie najfajniejszy okres w życiu człowieka. Dlaczego? Bo nikt nic od ciebie nie chce, in the name of God’s all cherubs, arcangels and beard – trimmers. Ja chcę nad morze. Ja chcę łazić po plaży i brodzić sobie brzegiem morza. I rozwalać się na kocyku w południe na plaży, i czytać Northanger Abbey, i w konsekwencji (czytania, leżąc na jednym boku) być opaloną tylko po jednej stronie. (bo nad morzem jest fajnie nawet, jak zimno, i już).

    Aha, i jeszcze jedno. Absolutnie i koniecznie chcę na kursy muzyczne, do Helen Brunner. I już zupełnie i ani trochę i w ogóle nie mogę się doczekać przyszłego lipca. Bo właściwie to ja lubię zaiwaniać/zapinkalać/zapitalać/co tam jeszcze na tych moich kmiecikusach/stradivarcikach, wiecie.

    mam ochotę

    6 komentarzy

    zmienić coś w życiu. Żeby wszystko odtąd było inne, fajne, ciekawe i-tak-dalej. Dzisiaj M. pytała mnie o szkołę. I nawet zaczęłam się nad tym zastanawiać.

    I doszłam do wniosku, że to był lepszy wybór (porównując z łańcuckim liceum*), ale nie najlepszy. Że rzeczywiście biologia, historia i francuski są fajne, a klasa sympatyczna, ale ostatecznie mam chyba prawo oczekiwać od szkoły więcej.

    Ale najgorsze jest to, że mi się nie chce tam chodzić. Podobną sytuację miałam w gimnazjum :P z tym, że w liceum liczyłam na wyraźną poprawę stanu rzeczy. Ale znowu, patrząc na to obiektywniej, wszystkie szkoły są mniej więcej takie same, i nie powinnam specjalnie liczyć na poprawę stanu rzeczy.

    Wiecie co, bo ja po prostu nie jestem stworzona do szkoły. Siedziałabym sobie w domku, grałabym na skrzypcach i uczyłabym się z mamusią francuskiego. A potem poszłabym na studia. Wiecie co, jakby można było zdawać maturę bez chodzenia do liceum, to ja bym tak bardzo chętnie. Ołmajgad, ja po prostu jestem leniwa jak diabli. Żeby mnie zmusić do wysiłku, trzeba czegoś, co mnie szalenie zaciekawi. Szkoła (jakakolwiek) nie jest tym czymś. To znaczy jest, w kwestii biologii, i biologią i biologiem jestem zupełnie zachwycona, i fajnie, ale nie poszłam do liceum po to, żeby się uczyć biologii. Smutne.

    Czasem tak mam (zazwyczaj w niedzielę wieczorem, oo tak), że mam lekkiego doła i nic mi się nie chce. I wybaczcie, moi złoci, że tak pitolę, ale doszłam do wniosku, że muszę się wypisać, a do przemyśleniek dochodziłam w trakcie pisania, więc mogą być trochę bez sensu. A w ogóle to ja chcę już na studia. I chciałabym poznać kogoś, do ciężkiej cholery, kto dla odmiany (od wszystkich skejtów, metali**, i tych, co rzucają kurwami na każdym kroku, i kogo tam jeszcze mamy, i tych ‚normalnych’, co to do wszystkiego, co inne od nich i wykracza ponad przeciętną, podchodzą jak do żaby) interesuje się muzyką poważną, jazzem i dobrą literaturą, kogoś, kto by mi imponował. W mojej klasie rzeczywiście wszyscy są kochani, mili i słodcy, ale mają jeden poważny drawback: nikt mi tam nie imponuje.

    A u M. słyszałam fajną piosenkę i mi chodzi po głowie.

    A w ogóle to ja sobie myślę zupełnie jak niejaka Emma z powieści Jane Austen (bo kogóż by innego). Otóż owa Emma myślała sobie, że nigdy się nie zakocha :P

    ——-
    * coby dziewczynki biolchemowe nie miały jakowychś pretensji, z ich opowiadań wynika, że klasę mają fajną i szkołę też, ale na litość boską, ja na biol – chemie :P a podobno dobrze, że na human nie poszłam, bo beznadziejnie, mówił M. płci męskiej, dla odmiany… no ja nie wiem.

    ** nie mam nic do skejtów i metali, tylko za nic nie mogę zrozumieć ich uwielbienia dla rodzaju muzyki, której słuchają. Czasem mam nawet opory przed nazwaniem tego muzyką. Chociaż z drugiej strony oni z pewnością nie mogą zrozumieć mojego uwielbienia dla rodzaju muzyki, której słucham. Cóż, live and let live. Ale to nie znaczy, że mam się z nimi integrować jakoś specjalnie :P

    ang_bullet.gif

    Ba.

    w kwestii pisania notek, więc nie będę czekać na nowe komentarze, tylko: wpadam w szał pisania.

    Część pesymistyczna tudzież self – reproachowa:

    Muszę uważać na to, co mówię. Muszę się przyzwyczaić do tego, że większa większość ludzi to, co powiem, odbiera zupełnie inaczej, niż ja sama bym to odebrała. Muszę się liczyć z tym, że większa większość ludzi ma zupełnie inny charakter niż ja i odbiera wszystko inaczej.
    < < wykreślone ze względu na zwykłą ludzką przyzwoitość :P

    Część optymistyczno – feministyczna (nie w TYM znaczeniu, nie :P):

    Dzisiaj był dzień Fajnych Lekarzy. Poszłam z moją mamą świeżo-co-poszpitalną do szpitala, żeby odebrać jakieś tam wyniki.. nieważne, ordynator okazał się być zupełnie ujmujący, czarujący, uprzejmy, miły, i powiedział, że jestem pięknym dziewczęciem, (za co niewątpliwie u mnie zaplusował, a co!) i nawet trochę flirtował i ze mną, i z moją mamą, hihi… Dodać należy, że ów ordynator należał do mojego ulubionego typu Facetów Po Czterdziestce. I był naprawdę przystojny! (abrupt giggle) Niestety, jak sam stwierdził, jest żonaty.

    Potem był jeszcze jeden super miły iwogle lekarz, ale już nie był taki charming, aczkolwiek był zdecydowanie milszy niż szara większość PPD, czyli Ponurych Panów Doktorów.

    A potem poszłyśmy na little shopping i kupiłam sobie Sukieneczkę. Sukieneczka jest cieniutka, za kolanko, w kolorze bladozielonym (wpadającym w szary) i uroczo skrojona. Dodatkowo satysfakcję daje mi fakt, że sukieneczka była przeceniona o 200 (!) zł :P

    I w konsekwencji czuję się szalenie kobieco, yes, that is the right word.

    P.S. Jednak nie lubię się dzielić poglądami, bo zazwyczaj na tym tracę. A big NO for thought robbers! :P

    P.S. 2 Na jakim bossskim koncercie wczoraj byłam! Na gitarze zapinkalał niejaki Waldemar Gromolak – paluszki mu po tej gitarze latały z iście kosmiczną prędkością, i grał mój ukochany Concierto de Aranjuez Joaquina Rodrigo, i naprawdę ślicznie i artystycznie śmigał tymi paluszkami (miał taką małą, kobiecą dłoń) i wyglądał równie ślicznie i artystycznie, miał bardzo niewątpliwie artystyczne gesty (słuchał partii orkiestry zapatrzony w sufit, znaczy ten, oczywiście, otchłań), a to wszystko potęgował fakt, że facet miał długie, kręcone włosy! I dyrygent też! Normalnie taaki imydż! :P

    A jak potem poszłam po autografy, to oboje byli szalenie mili, a dyrygent zapytał się: „Pani jest pełnoletnia?” Cóz, musiałam odpowiedzieć, że nie :P A na dodatek podeszła do mnie jakaś przemiła blondynka wiolonczelistka z pierwszego pulpitu, do której się raz uśmiechnęłam na początku i potem już odśmiechiwałyśmy sobie przez cały koncert, i poznała mnie! Cztery lata, a lol, filharmonicy jeszcze mnie pamiętają! < podziw/zdziwienie z nutką nostalgii >.

    Albowiem i owóż postanowiłam sobie, że przykładam się do skrzypiec, i albo od razu, albo po ukończeniu muzykologii (:]) wyjeżdżam za granicę studiować skrzypce, a potem załapać się do jakiejś fajnej orkiestry. Proszę mi przypadkiem tego pracowego marzenia w komentarzach nie obrzydzać. O ile w ogóle będą jakieś komentarze :P

    wczoraj wieczorem

    3 komentarzy

    leżałam w łóżku i naszedł mię świetny pomysł na notkę.
    Ale rano niestety nic nie pamiętałam :P

    Natomiast dzisiaj niebo jest uroczo a nieznośnie niebieskie, słońce wciska się do najgłębszych, ach, zakamarków mej (nie)winnej dziewczęcej duszyczki, a ja sama pożeram skitelsy w rekordowym, jak na mnie, tempie. Przy tym lektura obowiązkowa: Jane Austen, Pride and Prejudice. Znalazłam nawet parę fajnych cytatów, które zwróciły moją uwagę jako wyjątkowo pasujące do mojej sytuacji ‚psychicznej’. La! Mimo wszystko nie będę Was, moi złoci a najmilsi, dręczyć angielskim i zachowam je sama dla siebie. Zresztą ostatnio jakby przeprogramowałam się na francuski.
    Ee, no tak, nie byłam dzisiaj w szkole :P

    Przy tym: dzisiaj przeżywam klasyczną emocjonalną huśtawkę, od euforii do głębokiego doła. A poza tym, osławione spostrzeganie w ludziach dobra ostatnio idzie mi wyjątkowo źle. Może pobawię się w Diogenesa: raz na jakiś czas przejdę się ulicami Łańcuta z latarką w ręku, krzycząc „Szukam człowieka”, a potem znajdę sobie jakąś beczkę odpowiednio wystawioną na widok publiczny i posiedzę sobie w niej przez jakiś tydzień. Przynajmniej będę miała święty spokój.

    Błaaaa.

    P.S. Byłam na spacerze i się zupełnie a kompletnie uspokoiłam. Wszystko przemyślałam, wiem, co zrobiłam źle, wiem, kiedy miałam rację, i jestem szczęśliwa, spokojna, i w ogóle cudownie, i mam perspektywy. Och, i to jakie. I’m just blissfully happy.

    P.S.2 Cieszcie się i radujcie, oto przed wami nadzieje (dwie) polskiego tenisa, Kajus N. i Monik J.! (=D) ograłyśmy naszego drogiego instruktora, niejakiego ukochanego naszego Pana Maćka, który w następstwie tego tragicznego wielce dla niego zdarzenia załamał się nerwowo.. do tego stopnia, że nie chce, żebyśmy przyszły na następne zajęcia :P

    (tak naprawdę to wygrałyśmy tylko jednego gema… ale ciiii…)

    who in the future will try to treat me ill, JESZCZE RAZ POWTARZAM:

    I ALWAYS DESERVE THE BEST TREATMENT BECAUSE I DO NOT PUT UP WITH ANY OTHER!!!

    Jane Austen, Emma

    and the rest, here you are:

    no więc owóż (tradycyjnie) ja mam już absolutnie dość szkoły.

    Dzisiaj się obraziłam na nią i nie poszłam do niej, tylko siedziałam grzecznie w domku ii uczyłam się z mamusią rekonwalescencyjną francuskiego ii grałam na swoich śpiących skrzypkach (wtajemniczeni, którzy wiedzą, o co chodzi, raczej nie czytają tego bloga – what a pity).

    Moje najnowsze muzyczne odkrycie (trochę nie na czasie pewnie, ale cóż) to Carla Bruni. Puściła nam pani praktykantka na francuskiem i mam teraz lekkiego kota.

    Jak widzicie, wreszcie zdołałam stworzyć coś na kształt czegoś, co mi się marzyło. Znaczy lay.

    A w ogóle to dzisiaj byłam na urodzinkach osiemnastych. Takie osiemnastki to ja bardzo lubię, jak dzisiejsza < lol2 >. Wszystkiego najmilszego, dear G. :)

    A poza tym to ja się czuję strrrrrrrasznie śpiąco. Najchętniej to bym sobie pohibernowała przez kilka tygodni. Tak mniej więcej do 25 października (tym razem ci wtajemniczeni, którzy wiedzą, o co chodzi, czasem tu wpadają :>).

    Nie, nie, nie budźcie mnie! śni mi się tak ciekawie – jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie…

    P.S. Z tego wszystkiego w końcu dodałam < nowe > zdjątka (które czekały na wstawienie na bloga od lipca). Zdjątka ukazują, jak głowina ma wyglądała we włosach długich (długie włosy nie mają u mnie długiego żywota). Na jednym mam śmieszną głupią całuśną minę :P


    • RSS