kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2005

    wybaczcie mi, że jestem wredna małpa i nikomu nie komentuję notek, ale życie me ciężkim jest, jutro jadę nad morze (a praktycznie rzecz biorąc, jutro jest za siedem minut, a ja powinnam już dawno się wysypiać, żeby jutro móc wstać o szalonej godzinie szóstej rano).

    Kurs dopiero co skończyłam, było naprawdę cudownie, szpan, fun, i w ogóle, i już nie mogę się doczekać przyszłego roku i przyszłego kursu. Będę ćwiczyć regularnie, zobaczycie!

    A tymczasem idę, oczka mi się kleją, może napiszę, jak gdzieś znajdę jakiś komputer (a swoją drogą nawet wiem, gdzie :P)

    Słuchajcie Modern Jazz Quartet!
    Kupujcie więcej płyt Bitelsów!
    Farewell, my dear friends!

    with very holiday – esque and summerish regards,

    I’VE ACTUALLY PLAYED AN AMATI.

    Nicolo Amati (1596-1684) is considered the greatest instrument maker of the family. His instruments are much admired for their beautiful and penetrating, though not powerful, tone. Violins, violas, cellos, several three- string bass viols, and at least one pochette by his hand are known.

    Jeśli nie słyszeliście o Amatim, to na pewno słyszeliście o Stradivarim. Amati był nauczycielem Stradivariusa.

    Grałam na skrzypcach Helen, które wyszły spod ręki Nicolo Amatiego w 1684 roku. Dała mi je do ręki bez zmrużenia oka; więcej, sama mi to zaproponowała.

    Żeby kupić te skrzypce, sprzedała swój countryhouse w Anglii.

    Grało mi się na nich naprawdę cudownie. I wciąż nie mogę uwierzyć, że trzymałam w rękach skrzypce z XVII wieku. Skrzypce z historią! :P

    a teraz, zamiast ćwiczyć, to siedzę i myślę o tym, kto przede mną grał na tych skrzypcach.

    Dziękuję za wysłuchanie tego peanu, czy też zbioru bzdur,
    yours

    I feel f.h. (that stands for f**king happy).

    Wstałam, przegrałam, poszłam na dziesiątą na zajęcia, i okazało się, że Helen (czyli pani profesor) nie ma i zajęcia są przełożone na czwartą po południu.

    No to poszłam do szkoły muzycznej przez park. Kocham park w lipcu. Ludzie stoją pod drzewami i grają. Idziesz aleją i słuchasz. Luuuuv it.

    Oprócz tego wpadłam na korty, przywitałam się z Panem Trenerem i pogadałam sobie z Pewną Starszą Nieznajomą Panią (która była usatysfakcjonowana, bo dokładnie wypytałam ją o wszystkie dzieci, wnuki i inne gady). Posiedziałam na ławeczce, poukładałam nuty, i miałam tę satysfakcję, że tym razem to ja siedziałam i patrzyłam, a szczyle na korcie biegały i męczyły się :P

    Potem przeszłam się jeszcze raz przez park (a dzisiaj jest taka piękna, słoneczna pogoda i wygląda to wszystko naprawdę śicznie), i poszłam do tak zwanej Asi po loda. Stoję w kolejce, i kogo widzę? My dear Helen we własnej osobie! Nawet miałam do niej zagadać, ale towarzyszyły jej jakieś dwa szczyle, więc dałam sobie spokój. Ależ ja ją kocham! She’s wonderful.

    Potem bawiłam się w szpiega z Krainy Deszczowców i szłam za nią kawałek przez park (no podeszłabym do niej, gdyby była sama :P) i miałam taki szalenie dobry nastrój, wiecie, kiedy raz na jakiś czas człowiekowi tak z niczego chce się krzyczeć i śmiać i płakać ze szczęścia, a na koniec było jeszcze zabawniej, bo niejaka Anna G. (utowska), znakomitość tych kursów, przechodziła koło mnie, to ja się do niej uśmiechnęłam, a ona mi się odśmiechnęła i wydusiła z siebie coś w rodzaju zduszonego ‚bry’, jakby mnie znała, imagine that, po tym incident szłam ulicą i śmiałam się, ach.

    Poziom endorfin w moim organizmie zdecydowanie wzrósł.

    Mam głupawkę, let’s face it!

    Sorry, folks.

    Idę ćwiczyć, mam kilka dodatkowych godzin :P

    update, godz. 19.32

    No ładna kasza, do orkiestr jest regularne przesłuchanie. I co ja im, jasna cholera, zagram??

    Dzisiaj to chyba będę ćwiczyć całą noc.

    ćwiczę na skrzypcach. Trzy godziny dziennie.
    Nie przeszkadzać!

    update; 14 lipca, godz. 20.56

    Oh God. In the name of God and all his cherubim, seraphim, saints, archangels, cloud attendants and beard trimmers. I’m worried sick.

    P.S. Bridget is v.g.

    pasowałoby powrócić do czynnej działalności blogowej.

    Są wakacje, tak gwoli ścisłości, oh joy, i my tutaj to wykorzystujemy – u monisia w basenie, hi hi. Tudzież na bieżni. MIałyśmy taki ambitny plan, biegania codziennie – i one wciąż wprowadzają to w życie, natomiast ja okresowo dałam sobie spokój ze względu na nieludzkie ich wymagania w kwestii pory – na litość boską, wpół do dziewiątej? Ósma? Zdarzyło się im nawet biegać o wpół do ósmej!! Wicked.

    Swoją drogą, to powinnam biegać z nimi i walczyć o utrzymanie dobrej sylwetki – bo niedługo zacznę szybciej rosnąć wszerz niż wzdłuż, zważywszy na to, że ostatnio moim ulubionym śniadaniem jest pokaźna ilość tłuściutkich naleśniczków z dżemem śliwkowym. Pchła.

    Moi drodzy, zapuszczam włosy! Przestaję być zdeklarowaną chłopczycą :P

    I ćwiczę, ćwiczę na skrzypcach. Straszne. Trzy lata temu byłam lepsza niż teraz. Życzcie mi powodzenia na kursach muzycznych.

    update, godz. 22.27

    oczywiście, kursy tańca :P umiem już sambę, czaczę, fokstrota, jive’a, walc angielski (który wcześniej i tak umiałam, razem z wiedeńskim :P) i tak zwaną ‚dyskotekę’ :P i i tak najlepiej tańczy nam się z Gusią, co, Moniś? :P

    A poza tym wróciłam rowerkiem z tenisa z Monisiem (ha! ograłam ją 6:2!) i padam na nos (to znaczy moje mięśnie nóg). Wyobraźcie sobie, na drodze spotkałyśmy Kotka. Kotek oswoił się ekspresowo szybko i natychmiast rozpoczął swoją działalność: łaził po nas, łasił się i mruczał jak odkurzacz. Ja to się nawet z nim całowałam (zdradziłam niecnie swojego Mena, jak to się mawia, ale On mi to wybaczy ;]). Natomiast Moniś chciał go podkraść i natychmiast wykonał serię telefonów do rodziny, czy przypadkiem kota nie chcą. Niestety – nie chcieli. Wobec tego zmuszone byłyśmy do odwrotu, bo ściemniało się i kropiło, groziło nam oberwanie chmury. Odjechałyśmy kawałek, a tu co – kot plącze nam się pod kołami! Biegł za nami przez dobry kawałek, ale w końcu dał za wygraną. Inteligentne zwierzę.

    w sensie że mam już komputer chodliwy, ale mimo tego wciąż siedzę se u monisia i piszę se od niej notkę (bo kazali).

    a w tle leci dżeeem, wehikuł czasu.
    (pamiętam o płytce, osobisty mały sukces!)

    a w ogóle to ostatnio…. się zdarzyło duużo rzeczy.

    i wiecie co, kompletnie wyszłam z wprawy – nie potrafię już pisać notek! Help!

    może zapiszecie mnie na jakiś kurs?

    moniś was, w sensie że Was, pozdrawia.

    oj, następnym razem pójdzie mi lepiej :P


    • RSS