kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2005

    no więc w Krakowie było cudownie pod każdym względem. Ba!

    A w końcu sobie przypomniałam, bo dzisiaj w autobusie zobaczyłam po raz kolejny niezwykle błyskotliwy wierszyk, który już z dawien dawna zamierzałam umieścić na blogu, ale jakoś zapominałam… ach, ten Niemiec, co nam w głowach siedzi :P

    Swoje śmieci weź ze sobą
    ONE stęsknią się za tobą.

    Urocze, co?
    :)

    Pożarłam loda, jutro idę składać te nieszczęsne papiery do liceum i mam wspaniały humor, i wcale-a-wcale nie przerażają mnie te wszystkie straszliwe rzeczy, których się dowiedziałam o sama-wiem-kim ;)

    P.S. Na początku była chuć :P
    To nie ja, to Przybyszewski! :P

    jadę do Krakowa < jupi >

    i z tej okazji zostawiam Wam, Szanowni Czytelnicy, czytadełko, oto i ono:

    Konstanty Ildefons Gałczyński

    Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich

    I
    Ziemia i niebo przemijają,
    chwieją się fundamenty światów,
    ostatni slogan snuje pająk.
    Vanitas vanitatum -

    i od balkonu do balkonu,
    w wąskiej uliczce, w głębi, na dnie,
    pod grozą złego nieboskłonu
    pająk i slogan są ostatnie.

    Ach, ukryć się tu w ciemnej sieni
    z dala od rynku, gdzie tak nudno,
    kędy przechodnie przerażeni
    pytają się, co będzie jutro;

    z trwogą spogląda w niebo karzeł,
    co nuty sprzedaje nad rzeką.
    I w tłumach ciągle te dwie twarze.
    oszusta i potępionego.

    II
    Po niebie płynie moje serce
    i rozpryskuje się na dachach,
    ostatni slogan snuje pająk,

    amorki na portalach grają
    utwory z „Orgelbüchlein” Bacha.

    amorkom żal polskiego serca,
    uliczka nad Sekwaną skręca,
    skręci za parę chwil -

    serce na niebie, księżyc – tutaj,
    pomyłka, fikcja, złudna nuta:
    rue Saint-Louis-en-l’Ile.

    III
    Ach, co za noc! Co za bezdroża
    wśród chmur, a miasta ciężar chmurny
    jak na dnie zielonego morza
    odnalezienie partytury.

    Na noszach mnie uliczką niosą,
    bełkocę: – Księżyc! Tam! Znad domu!
    . . . . . . . . . . . . . . .
    Jesienin kiedyś taką nocą
    zawołał, zawył: – Mamo, pomóż!

    IV
    Niebo i ziemia przemijają,
    chwieją się fundamenty światów,
    ostatni slogan snuje pająk:
    vanitas vanitatum.

    Nasz każdy wiersz zaorzą pługiem,
    będą kartofle, potem wódka,
    bo nasze życie – za długie,
    a sztuka – za krótka.

    Co pozostanie? Noc,
    mitologia niedorzeczna,
    sowiooka noc, zielonooka noc.
    Noc jest wieczna.

    (Z gitarą w ręku. Za uszami z kwiatem.
    W świetle księżyca.
    Chciałbym być choćby najmniejszym szmaragdem
    w jej zausznicach.)

    V
    Paryż. I noc. I Notre-Dame.
    I wiatr. Na pustym placu sam
    odprawiam modły do Madonny.

    Trzy gwiazdki nad wieżami brzęczą
    i drżą. Modlitwa kręci mną
    jak wiatr natchniony, wir szalony.

    VI
    Tak modliłem się:

    żeby – w razie ostatecznej katastrofy – Matka Boska przemieniła mnie w małą płaskorzeźbę z XII wieku, która przedstawia „Daniela w jaskini lwów”;

    żebym w każdej chwili umiał się rozstać z pewnym abażurem, na którym jest wyobrażona bezsensowna ryba;

    żebym natychmiast ofiarował moją kanapę, moją po-złacaną kanapę, właściciele bankrutującego baru, która skarżyła mi się, że po prostu nie ma na czym siedzieć;

    żeby mój ponury kolega zrozumiał, że „średniowieczny” to znaczy wesoły, a czterej Ewangeliści (Anioł, Wół, Lew i Orzeł) to wesołe chłopy, jak pielgrzymi kanterburyjscy, jak czterech kumów na chrzcinach; żeby urzędnicy z firmy „Trwoga & Żołądek”, zamiast opowiadać głupie kawały, lepiej śpiewali podczas przerwy psalmy;

    żebym – jeśli za oknem moim którejś nocy mocniej zagra galilejska fletnia – umiał natychmiast odejść i porzucić majątek, żonę i dziecko;

    żebym – oczywiście stosownie do wymiarów mego serca – również zasłużył na swoją noc mediolańską, podobnie jak św, Augustyn.

    I żebym unikał jak ognia: alkoholu, głupich kobiet i lenistwa:

    żebym tam, gdzie dyplomacja prowadzi do hańby, umiał przyjąć walkę albo męczeństwo.

    *
    „Ziemia i niebo przemijają,
    lecz słowo Moje nie przeminie”,
    kto to powiedział? kto powiedział?
    Zapomniałem.

    Zapomnieć snadniej. Przebacz, Panie:
    za duży wiatr na moją wełnę;
    ach, odsuń swoją straszną pełnię,
    powstrzymaj flukty w oceanie;
    toć widzisz: jestem słaby, chory,
    jeden z Sodomy i Gomory;

    toć widzisz: trędowaty, chromy,
    jeden z Gomory i Sodomy;
    pełna „problemów”, niepokoju,
    z zegarkiem wielka kupa gnoju.

    Nie mogę. Zrozum. Jestem mały
    urzędnik w wielkim biurze świata,
    a Ty byś chciał, żebym ja latał
    i wiarą mą przenosił skały.

    Nie mogę. Popatrz: to me dzieci,
    śliczna kanapa i dywanik,
    i lampa z abażurem świeci,
    i gwiazdka malowana na nim,

    gwiazdka normalna, świeci ziemsko -
    a Ty byś zaraz – betlejemską!

    Posadę przecież mam w tej firmie
    kłamstwa, żelaza i papieru.
    Kiedy ją stracę, kto mnie przyjmie?
    Kto mi da jeść? Serafin? Cherub?

    A tu do wyższych pnę się grządek
    w mej firmie „Trwoga & Żołądek”.

    Lecz wiem, że jednak on się stanie,
    ten wielki wichr: na noc szatańską
    odpowie nocą mediolańską
    święty Augustyn w Mediolanie!

    A kiedy minie Twoja burza,
    czy przyjmiesz do Twych rajów tchórza?

    O nocy słodka, nocy letnia…
    Za oknem galilejska fletnia.

    VII
    Świt. Sekwana ziewa. Trzy
    koty miauczą. Deszczyk mży
    i w śmiesznych rynnach woda płacze.

    Gdy wróci noc, znów pójdę sam
    na pusty plac przed Notre-Dame
    i cień mój pomknie za mną tam
    z wielką walizką rozpaczy.

    i sprawa przedstawia się następująco:
    *Kalwaria Zebrzydowska nie rzuciła mną o ścianę (a powinna?)
    *w Wadowicach ludzie nie robią nic innego, tylko obżerają się kremówkami – w jednej cukierni był na nie taki boom, że ich zabrakło :]
    *w Oświęcimiu jest strasznie i nigdy w życiu nie chcę tam, ani do innych podobnych miejsc, jechać
    *w Chorzowie mają fantastyczne planetarium, i < fajny > park, który kojarzy mi się troszkę z Central Parkiem w NY
    *i kolejny raz się przekonałam, że po prostu nie potrafię długo nie spać :P
    *i, mój Boże, wzięłam gitarę, ale dalej nie jestem do końca pewna, po co :P
    *i żeby nie było, wróciłam przeziębiona.
    Mission: accomplished.

    I wiecie co, jeszcze tylko cztery dni.

    dzisiaj humor mam wyśmienity, bo na muzyce udało mi się zmusić mgr S. do zaśpiewania klasowo ‚Ciągle pada’, z okazji tej, że na zewnątrz padało, a na dodatek, jak wcześniej wykręciłam się od odpowiadania na temat muzyki doby klasycyzmu w Polsce, to w zamian zaproponowałam, że zaśpiewam właśnie tę piosenkę, i co? zaczęło padać dwa razy bardziej, niż przed chwilą – chyba mam dar zaklinania deszczu :P przydatna umiejętność… a jak wracałam do domu, to pomimo tego, że mnie podrzucili kawałeczek samochodem (merci, honey!), to tak mi się ten cały deszcz podobał, że jeszcze się przebiegłam po moim osiedlu, które wygląda ślicznie, zielono, i coraz to nowe cosie tu kwitną, tym razem jarzębiny – których kwiaty wąchałam ci ja sobie, strącając na siebie przy okazji raindrops, i w ogóle pięknie.
    za to na reszcie lekcji zajmowałam się przeważnie moimi dwoma ulubionymi zajęciami, myśleniem o Ktosiu i spaniem, z tym, że z otwartymi oczami, dochodzę do wielkiej w tym wprawy.
    I w ogóle to nic ciekawego nie mam dziś do napisania, więc żeby nie było, z prawej macie coś nowego. Miłej lektury.

    (no, może poza uczeniem się na całkowicie bezsensowną kartkówkę z techniki, czego chyba i tak nie zamierzam robić)… ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę. Mam przyjemniejsze zajęcia (Heaven – and MPB knows what), ale sumienie mnie ruszyło (i nie tylko :P).

    Dzisiaj zajmowałam się rzeczą niezwykle pożyteczną i przydatną; mianowicie: lepieniem garnków (na szkolnej wycieczce do zagrody garncarskiej). Najpierw pan (nota bene całkiem dowcipny, taki typ swojskiego chłopka) demonstrował nam ową tajemniczą sztukę; w jego rękach to wszystko wyglądało banalnie prosto – tu naciśniesz, tam przygładzisz, a tu złapiesz za koniuszek i naczynko gotowe. O tym, że wcale nie jest to takie łatwe, dowiedzieliśmy się jednak już przy pierwszej amatorskiej próbie – zresztą próbowała nasza słodka Pani Od Plastyki – po chwili połowa gliny znajdującej się na kole garncarskim zleciała z tegoż na ziemię. Natomiast ja przy owym kole poradziłam sobie nadspodziewanie dobrze, i gdy tylko wyszła mi z tego ściskania rękami i grzebania kciukiem w glinie jakaś forma ledwoco chociażby przypominająca garnuszek (kubeczek? czy jakiś inny eczek czy uszek), natychmiast przerwałam pracę, żeby przypadkiem czegoś nie popitolić, próbując ulepszyć swoje dzieło. Ależ jestem z siebie dumna, hej! Oprócz tego ulepiłam z gliny ślimaczka (hihi) i kotki, sztuk trzy – z których dwa natychmiast rozdałam, a trzeciego przechowuję z takim samym zamiarem. M., czyli Bliźniak nr 2, troszkę pomogła mi z pyszczkami, ale to szczegół :P
    A ostatnio żyję sobie w stanie wręcz idyllicznym :P ale zawsze jest jakieś ale.

    All I do the whole night through
    Is dream of you
    And with the dawn
    I still go on dreamin’ of you
    You’re every thought
    You’re everything
    You’re every song I ever sing
    Summer, winter, autumn and spring.
    And were there more
    Than twenty-four hours a day,
    They’d be spent in sweet content
    Dreamin’ away
    When skies are gray
    Skies are blue
    Morning, noon and nighttime too
    All I do the whole day through
    Is dream of you…

    P.S. Miał pretensje, że ani razu nie pada jego imię, więc powiem Wam w konspiracji, że On nazywa się Grzesiek :P
    P.S.2 Zachowuję się jak mały, nieodpowiedzialny przedszkolaczek :P

    a dzisiaj cofam to, co wypowiedziałam przed minutą, i cieszę się, skaczę po pokoju, śpiewam na cały głos i zachowuję się jak typowa histeryczka :P

    to chyba ten autobus. Merde!

    (nikt-nie-wie-o-co-chodzi-tylko-ja-i-jeszcze-jeden-ktoś-albo-w-porywach-dwa-ktosie-hahaha)

    Bo w to, że z drzewa spadłam, i to na głowę (a może raczej, że urwałam się z choinki? ale mój horoskop jednak mówi co innego), nigdy nikt nie wątpił :P

    a więc jestem:
    APPLE TREE (Love) – quiet and shy at times, lots of charm, appeal and attraction, pleasant attitude, flirtatious smile, adventurous, sensitive, loyal in love, wants to love and be loved, faithful and tender partner, very generous, many talents, loves children, needs affectionate partner.

    A teraz dokładniej, biorąc pod uwagę dzień moich urodzin, ale już po polsku, specjalnie dla Was przetłumaczę, bo jesteście w większości parszywe lenie, moi złoci! Ale nie chce mi się dbać o jakość tłumaczenia, więc będzie troszkę brzydko i łopatologicznie :P

    Ludzie urodzeni 29 czerwca są pełni wizji i celem ich życia może być spełnianie marzeń. No i że im się to udaje, bo znajdują w tym celu jakieś praktyczne rozwiązanie i dzielą się tym (marzeniami?) z innymi ludźmi. Są wrażliwi na pragnienia innych, i czasem oczekuje się od nich dostarczania [prezentów?], niczym od Świętego Mikołaja.
    Szczęśliwie, możliwość zdobycia środków potrzebnych do spełnienia marzeń jest charakterystyczna dla nich. Często objawiają głęboką wiedzę w ich obszarze zainteresowań, ale nie są zbyt ‚werbalni’, więc, chociaż chętni dzielić się z innymi, mogą mieć problemy z komunikowaniem się. Jednak jakość tego, co robią [produkują?], jest oczywista dla wszystkich, a łatwość, z jaką osiągają ‚taski’, [cele?], może wyrobić im reputację ‚magików’.
    Nade wszystko są poszukiwaczami prawdy, i jako tacy wykrywają fałsz jakiegokolwiek rodzaju, odmawiają posłuszeństwa fałszywym autorytetom i odsłaniają fałszywe… coś tam :P wierzą, że rzeczy, [ba.. ] którym służą, kiedy wreszcie osiągnięte, odsłonią prawdziwą naturę rzeczy. Urodzeni w tym dniu rzadko są ‚doktrynalnie religijni’, bo akceptują mało bez zgłębienia przedmiotu samemu.
    Powietrze, oddech, latanie, śpiew, taniec zą zawsze obecne w życiu 29czerwcowych. Dużo urodzonych w tym dniu ma bardzo żywe, kochające zabawę i ‚bubbly’ (bombelkowe? < lol >) usposobienie. Czasem fałszywie oskarżani o bycie przesądnym, nie rozpowszechniają swojego własnego ‚kodu moralnego’.
    Prezentują dziecięce podejście do świata. w zetknięciu z ‚values’ – wartościami? młodości posiadają pewną niewinność, urok i otwartość. Pomimo takiego zewnętrza, są nieźli w zarabianiu pieniędzy – i wydawaniu ich. Chociaż kompetytywni, konkuretni? , są dobrymi partnerami i kompanionami, przedkładają życie z innymi nad życie zawodowe. Są bardzo hojni i szczęśliwi, kiedy mogą dzielić się z innymi.

    29 czerwca urodziła się cała masa ludzi, a między innymi Antoine de Sait – Exupery (chociaż nigdy strasznie nie przepadałam za Małym Księciem), i Anne Sophie Mutter, ha! I oczywiście szekspirowska Julia :>

    a to wszystko dzięki Szkotce z Australii!

    A teraz bardziej osobiście, wczoraj oglądałam Zaklinacza Koni (the Horse Whisperer?) znakomity, i był to jeden z niewielu filmów, na jakich płakałam. I to wcale nie w tym momencie, w którym powinnam! Ale, katharsis. Oczyszczenie przez łzy. Ba…

    A poza tym, ostatnio spędziłam tu jeden z najmilszych weekendów w swoim życiu, i doszłam do wniosku, że poznawanie ludzi przez internet to jednak wspaniały sposób na poznawanie ludzi, w pełni teraz Cię, Irrie, rozumiem :P
    A Przeuroczy Praktykant, wynosząc się z naszej szkoły, popadł już w całkowite zapomnienie :P
    A jeszcze jedno, wczoraj, będąc w chłanipacy (ba!), almost skutecznie poprawiłam sobie humor, oglądając Deszczową Piosenkę, a teraz słucham piosenek z Amerykanina w Paryżu – ach!

    update

    Kochani, zamierzam się ustatkować!
    (here comes a lusty wink)
    A po ślubie jedziemy z NIM do Szkocji i kupujemy zamek :P


    • RSS