kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2005

    człowiek tak czasem ma, że mu się pisać notki diablo nie chce, a tu go zmuszają. Ale gdybym się z tego po swojemu nie wymigała, to nie byłabym sobą. Wilk jest syty i owca cała, w następujący sposób:

    Two Irish Nuns
    Two Irish nuns have just arrived in USA by boat and one says to the other, „I hear that the people in this country actually eat dogs.”
    „Odd,” her companion replies, „but if we shall live in America, we might as well do as the Americans do.”
    Nodding emphatically, the mother superior points to a hot dog vendor and they both walk towards the cart.
    „Two dogs, please,” says one.
    The vendor is only too pleased to oblige and he wraps both hot dogs in foil and hands them over the counter. Excited, the nuns hurry over to a bench and begin to unwrap their „dogs.”
    The mother superior is first to open hers. She begins to blush and then, staring at it for a moment, leans over to the other nun and whispers cautiously: „What part did you get?

    Wysilcie się, bo dowcip jest obleśny, ale śmieszny. Ba!

    update, tralala

    siedzę sobie przed komputerem:

    kwiaty we włosach (powróciłam do starego obyczaju wpinania sobie we włosy czeremchy, w sumie to zwyczaj pożyczony od dzieci z Bullerbyn)

    mięśnie brzucha jeszcze w jako takim stanie, ale zobaczymy, jak będzie jutro (wybrałam się z G., ale tą płci żeńskiej – muszę Ci wymyśłić nicka łądnego jakiegoś, G.! – na aerobik i dostałyśmy wycisk, że hej!)

    na talerzyku grzaneczka z rzodkiewką i chłodne mleko, zarzekałam się przed wyżej wspomnianą G., że kolację sobie oszczędzę, ale, jak się okazuje, brak mi silnej woli :P

    La! I shall be very merry tomorrow!

    chociaż na pewno nie dziś, bo I’m struggling to prepare for the tests. Proszę trzymać kciuki obowiązkowo!!! ale cóż, MOniś zamieściła pewną notkę na blogu, i w konsekwencji której spróbuję udowodnić, że nie jestem typową kobietą (how strange that sounds?). La!

    No to jedziemy z tym koksem.

    Kobieta: to osoba ludzka, gleboko neurotyczna, wyposazona w nie wiecej niz piec-szesc szarych komorek.

    posiadam trzynaście. mogę udowodnić. trzynasta jest mobilna.

    To ktos kto nalogowo zbiera pudelka po jogurcie,

    guzik, segreguję śmieci.

    a tkwiac w samochodzie w korku, pyta: „Po co tu stoimy?”

    nie mam jeszcze prawa jazdy :P

    Osoba owladnieta jednym pragnieniem: zdobyciem mezczyzny, owinieciem go pajeczyna swoich rzes i natychmiastowym przymuszeniem do zawarcia malzenstwa.

    małżeństwa? w moim wieku?? :P

    Ma swoja pasje: zakupy. W butiku, centrum handlowym

    ehehehe-no-cóż :>

    i supermarkecie moze spedzic dowolnie duzo czasu, sciagajac co podleci z wieszakow i wykupujac ziola, ktore nastepnie bedzie zamrazac w pojemnikach po margarynie.

    od margaryny wolę masło, a ziół nie zamrażam, tylko posypuję nimi kurczaka :P

    Cecha charakterystyczna: kobieta nie dysponuje wlasnymi srodkami finansowymi,

    no cóż… życie jest ciężkie.

    co sprawilo, ze jej ptasi mozdzek rozrosl sie do wspomnianych pieciu-szesciu komorek – jej wysilek intelektualny sprowadza sie do sposobow wymyslenia jak spowodowac, by mezczyzna zaplacil za sklepowe rozrywki.

    w wieku 16 lat bardziej sprawdzonym źródłem finansowym są rodzice :P

    Jak rozpoznac kobiete?? To ktos, kto ma 24 pary butow,

    butów? oh-mi-god, kupuję buty raz na pięć lat, i mam te swoje czarne kłapciate adidasy, które, jak mi się rozleciały, zaniosłam do szewca, bo żal mi było się rozstawać z tak wygodnymi butami :P

    potrafi „bez wysilku wypowiadac szesc do osmiu tysiecy slow dziennie”,

    wręcz odwrotnie – mówienie jest szalenie męczące.

    placze przy kazdej nadarzajacej sie okazji

    moi?? :P

    oraz „musi poznac najdrobniejsze informacje na temat innych osob, gdyz sluzy to przetrwaniu jej zwiazkow z ludzmi i jest zakodowane w jej psychice”

    broń Boże:P

    Chwala Bogu, niektorzy autorzy dopuszczaja mysl, ze kobieta jakas tam psychike ma.

    Balzak? ale brakuje mi drugie tyle :>

    Synonimem slowa „kobieta” jest „Wenusjanka”.

    ehehehe.

    thank you, that’s all. Jakaż idiotyczna notka mi wyszła.
    :P

    (yes, I mean you, G.!), odgrzebuję parę notek z cyklu „niech rzyje wiś”, z naszego-wspólnego-nieaktualizowanego-bloga.

    I

    >>>no to se napiszemy a co se bedemy zalowac<<<<

    no to ja zamiast se logladac lopole to ja se ta notke pise i se bedzie historycna notka bo se zadko zdaerza zeby ja se notke zrobila dobrze se mowie nie kajus>?? hehe jo miec taki wiejski nastroj nie co te z miosta. hehe a wiecie ze w MDK w tej lancuckiej metropoli bedzie se ta gwiazda DISCO-POLO LIVE E. flinta?> ni widzieliscie? to se juz wicie i konce se ja i na zakoncenie se ja machne takie zoraz zoraz jak to se mowi super super (c)haselko : powim se krutko nich rzyje wis!!

    II (aczkolwiek bardziej kosmopolityczna, in a way)

    In the jungle, the spooki jungle, the monster sleeps tonight. . .
    If the monster sobie sleeps, to my nie przeszkadzac i juz sobie isc. bo tego i tak nikt nie czyta, wiec . . . niech monsterek sobie spi, a monsterki w sklepie stoja i nikogo sie nie boja. . . Przyjdzie chlop, przyjdzie dwa, i monsterkow juz ni ma.

    III

    …właśnie siedzimy na informatyce…
    …i munik :P właśnie się męczy z excelem, próbując zrobić…a, nawet ni wim, co :P o jo se siedze do góry brzuchem, i jedyny wysiłek, na jaki mnie stać, to przyciskanie klawiszy klawiatury (masło maślane :P)
    oczywiście/jak zwykle/tradycyjnie nie wiem, co ja też tu mam nopisoć. hej! tak to mi się nopisoło. somo ni mogem ślipiom mojem wierzyć, żem tu coś napisoło. Hej!

    Papa… Hej! może powinnyśmy zmienić szablonik na jakiś… wiejski? =D ze zbyrcokiem może?

    ale ale, czas już zimioki obiroć, toteż zostawiom wos, lenie śmierdzące, i idem do roboty. Hej!

    :*

    P.S. Gdyby Munik widzioł, to by Wos pozdrowił! hehe

    =P

    Trzy to szczęśliwa liczba, więc kończę na tym,
    ale muszę jeszcze dodać o naszej wyprawie z Monisiem do kościoła – stałyśmy na zewnątrz pod zielonym, wysokim, pachnącym świerkiem i podziwiałyśmy przyrodę (czyli wróbelki w okresie godowym, jak stwierdził ekspert),
    tudzież o naszym późniejszym rencontre z Monsieur C. i Wesołą Gromadką okolicznych dzieci, w czasie którego rozegrałyśmy pasjonujący mecz siatkówki, to znaczy stałyśmy sobie grzecznie w kółeczku, odbijałyśmy, i słuchałyśmy przedowcipnych komentarzy Monsieur C. Naprawdę żałuję, że nie miałam ich gdzie zapisać.

    A jeszcze, z okazji Tygodnia Geograficznego odwiedził nas Ojciec, czylil misjonarz z Paragwaju, a oto wspomniany przez niego jego własny dialog z tubylcami:

    - Bo wiecie, u nas to w zimie spada pół metra śniegu.
    - No dobrze, a jak sobie krowy wygrzebują spod niego trawę?
    - Ale u nas w zimie krowy siedzą w oborze!
    - A co to jest obora?
    - To taki dom dla krowy.
    - To wy krowom domy budujecie??

    Note: Ojciec jest bratem PP, czyli Przeuroczego Praktykanta. I jest prawie tak samo przeuroczy :P

    Jej, tak długiej notki to chyba jeszcze w życiu nie napisałam.

    bo ja tak chyba mam, aczkolwiek nie łapie mnie reumatyzm – reaguję na to psychicznie. Dzisiaj rano wstałam w absolutnie dobrym humorze, słuchałam Errolla Garnera, zjadłam smaczne śniadanie i-w-ogóle, a pogoda była piękna, świeciło słońce, a drzewa pod moim oknem się zieleniły, ach. Teraz słońce zaszło za chmury, a humor mi się od razu popsuł i pożarłam się z rodziną o sznycle, powód jakże prozaiczny. Na dodatek jutro trza iść do szkoły, co również nastroju mi nie poprawia. Zastanawiam się, czy w ramach comfort eating nie zeżreć tego jajka ze smartiesami, co mi je moja skrzypcowa Miss Teacher dała na Wielkanoc (wciąż stoi na moim biurku i wciąż wygląda bardzo apetycznie).
    Na rozweselenie zamieszczam obok teatrzyk gałczyński.

    P.S. Obrazek: biały kot z czarną łatką na czole, na zielonej trawie, wygrzewający się w słońcu pod żółtym krzewem forsycji.

    Podczytuję sobie Pogaduszki Kerna, rozdzialik o Gałczyńskim. I strasznie mi żal, że nie mogłam go widzieć, słyszeć na scenie. Recytującego swoje wiersze. Znać.
    I żal mi, że teraz już nie ma takich ludzi. I jestem wściekła, wściekła, wściekła na całą kulturę masową.
    Tymczasem, robiąc zakupy w Rzeszowie, widziałam na ulicy ni mniej, ni więcej, tylko samego Wojciecha KILARA! Szłam z mamą wzdłuż 3 maja, i mijał nas jakiś starszy pan o dziwnie znajomym wyglądzie… nie mogłam sobie przypomnieć, skąd go właściwie znam, aż kiedy nas minął, mama powiedziała mi, że to pewnie był Kilar! (musiał przyjechać na 50 – lecie filharmonii, obchodzone z wielką pompą) Ale najlepsze jest to, że gdy mama się do niego uśmiechnęła, to nie znając nas zupełnie, ukłonił się nam! I uśmiechał się, i wyglądał w swojej aureolce siwych włosów zupełnie jak Apollo, ach! Muzyka jednak jest fenomenalna, ta prawdziwa muzyka. Łączy ludzi (wiem, wiem, jak Pop :])
    A co do samych zakupów, to nabyłam koszulkę z dwiema sówkami, tudzież dwie pary Drogich Meksykańskich Kolczyków Bardzo Ładnie Przez Panią Zapakowanych, i znowu sprawdziło się stare powiedzenie Marilyn, że Pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy – tak!

    no heej…

    2 komentarzy

    siedzę na informatyce kompletnie bezczynnie, bo inne jeszcze piszą sprawdzian, a ja nie, ha ha ha (pomijając fakt, że dobre 10 minut biedziłam się nad zadaniem na szóstkę, dochodząc do takich rewelacyjnych twierdzeń jak n=n-(n-n) – to z algorytmów było), więc postanowiłam uszczęśliwić Was, moi złoci, nowiutką notką.
    Dzisiaj była kolejna geografia… aaach, z każdym dniem coraz bardziej lubię naszego praktykanta < lol >, który ma czarujący uśmiech, czarująco rusza rękami, czarująco nawiązuje z nami konwersację przed lekcją i w ogóle jest czarujący.

    No ta notka nie bedzie pisana przez Sir. Kajusa lecz przez Sir. Monika ;p dletego moze ona nie byc poprawna interpunkcyjnie, ortograficznie oraz stylistycznie [ach ten jezyk polski!]No wiec korzystajac z okazji ze kajus siedzi wlasnie w szkole i patrzy sie spojrzeniem pelnym dezaprobaty w naszego przemilego pana praktykanta od geografii ja wlamuje sie jej na bloga
    < lol >No dobra wiec od poczatku :) kajus jest len jakich malo – ulubione zajecie to spanie, notki nie napisze bo jej sie nie chce, grac w siatke sie jej nie chce [ a trzeba przyznac ze sksy w naszej szkole sa bardzo ciekawe ;)], na tenisa chodzic sie nie chce – jaka to niesprawiedliwosc – jej sie od szanownego Mr.M.H.[niech zyje ochrona danych osobowych ;p] nigdy nie dostanie ze jest len- za to mi zawsze ;] no ale oprocz tgo zrobilysmy sobie w sobote 1/2 seansu filmowego :) ogladalismy The ring :) A w drodze na ów seans kajusia oddala sie swojej pasji – meczeniu malutkich niewinnych kociaczkow :) Reasumujac [niech zyje madre slownictwo ;P] ta nudna notke stwierdzam ze kajus pomimo iz len tez czlowiek ;) dzieki ze jestes kajus!!!! :* :)
    Z powazaniem Tajemniczy nieznajomy z rodziny syjamskich blizniat vel MoNik :)

    i próbowałam zabrać się do pisania, i z tego wszystkiego zaczęłam oglądać stare zdjęcia. Znazłam ich trochę, i oglądałam przez dobre pół godziny, i uderzyła mnie nieziemska uroda mej własnej matki ;) jak położę łapy na jamiś skanerze, to Wam, moi Złoci, zademonstruję, tak jak i zresztą czarującą podobiznę mnie siedzącej na nocniczku, mnie w becikach, mnie grającej na malutkich skrzypeczkach, i w ogóle mnie, mnie, mnie, i zabójczo przystojnego faceta (no, jak na ówczesne standardy, ale mi tam się podoba :P zresztą, sami zobaczycie), a tymczasem:
    czytałam wczoraj książkę autorstwa niejakiego Ksawerego Piwockiego (właściwie nie wiem po co to mówię, ale jego zdjęcie na obwolucie ujęło mnie, ach), i z niej przez kilka innych doszłam w swej książkowej journey do albumu „Wille i pałace Włoch”, który to album uwielbiam i sięgam do niego przy każdej możliwej okazji, przeważniej marząc, że kiedyś zarobię Okropnie Duże Pieniądze i nabędę jedną z posesji tam prezentowanych; i oko moje zatrzymało się na widoku Villi Chigi w Cetinale – więc, btw, nie wiem, czy to jest Villa Chigi, czy Villa Cetinale, bo w albumie pisze, że Chigi, a wszędzie w internecie, że Cetinale – MAM OBSESJĘ! Kto pożyczy mi na willę?
    Macie, chłońcie ten boski widok…
    :
    I II III
    ale on i tak nie wygląda tu w połowie tak dobrze, jak w albumie :P

    P.S. trzecia reklama w historii bloga:
    o tu wchodźcie, coś szczególnie dla wielbicieli Tolkiena ;) i nie tylko, jak mi kazali dopisać – lol

    korzystając z nieobecności naszej drogiej Pani Profesor – lekcję prowadził praktykant – stworzyłam jego krótką pseudocharakterystykę… a po lekcji dostałam małego ataku śmiechu, ale o tym później < lol >

    Nasz praktykant geograficzny… jest to mąż chudy a wysoki (czasem przypomina mi Don Kichota), ponadto włosy jego mają kolor ni mniej, ni więcej, tylko ryży. Układają się na jego głowie również w sposób a’la szczotka ryżowa, godnym jednak poświadczenia jest fakt, że nie posiada on piegów (w odróżnieniu ode mnie). Jest to praktykant uczniom przyjazny, na przerwach zagaduje do nas wesoło [pisząc te słowa, nie wiedziałam jeszcze, jak zagada do mnie na przerwie], strojąc ucieszne miny. Od czasu do czasu daje za wygraną i rezygnuje z pytania nas(a naciskamy na niego regularnie). Gestykuluje. Zrefrazuję: macha rękami jak wcześniej wspomniany Don Kichot – a raczej jak wiatrak, ok. Ale macha bardzo wdzięcznie, i aż miło popatrzeć, jak tak sobie nasz praktykant macha. Ubiera się on staromodnie: sweterek typu „dziadziuś”, założony na starannie zapiętą pod szyję koszulę, do tego czarne lub brązowe spodnie – marchewki w kancik. Uśmiecha się za to dość czarująco. Kiedy tłumaczy nam lekcje, chodzi i kiwa się w przód i w tył. Mówi niezbyt głośno (boi się?). Często zerka do książki – czyżby nie znał materiału? Patrzy się uczniom w oczy, zym niewątpliwie raz na jakiś czas zmusza ich do słuchania (przy czym należy zaznaczyć, że zyskał większą audiencję, niż nasza nobliwa Pani Profesor!). Z największym oprychem w naszej klasie prowadzi dialogi o nieopłacalności rozkradania torów kolejowych i sprzedawania ich na złom – żelazo kosztuje tylko 30 gr od kilograma, a dla porównania aluminium wycenione jest na 3,40, bardziej opłaca się więc podkradać rzeczy zrobione z aluminium. Zdziwionej klasie wyjaśnia, że „studia kosztują, a z czegoś trzeba żyć”. Wywołuje dyskusje na temat stanu dróg w Polsce i demonstruje nam w tym temacie nieprzeciętną wiedzę historyczną. Ogółem – uroczy.

    na przerwie

    praktykant podchodzi do mnie i pyta się, co on robi nie tak, bo w moim spojrzeniu (?) wyczuwa jakąś dezaprobatę.

    Pierwszy nauczyciel (no, potencjalny), który zapytał się ucznia, co sądzi o jego nauczaniu! Facet wyjdzie na ludzi, naprawdę żałuję, że nie będę miała z nim geografii. Zaimponował mi!
    Zapewniłam go solennie, że jest wspaniały i genialny, klasa go kocha, a jedyne, co mógłby zmienić, to – mówić troszkę głośniej. Kochany chłop.

    Podyskutowaliśmy sobie jeszcze króciutko na temat nauczania :P

    KOCHAMY PRAKTYKANTA! < lol >

    P.S. Czego się na lekcji dowiesz… w szkole muzycznej:
    *w konserwatorium robi się konserwy
    *dlaczego syn był marnotrawny? bo marnował trawę.
    Logika rządzi : >

    więc

    9 komentarzy

    więc nie zaczyna się zdania od więc :]

    zmiany: małe, ale zawsze

    na dole kilka nowych zdjęć (robię się coraz bardziej narcyzowata, wybaczcie mi)

    niedługo egzamin, nawet zaczęłam powtarzać historię :>

    ćwiczę, ćwiczę, ćwiczę – oczywiście na skrzypcach, na gitarze też się staram, ale zaczynają mnie dezorientować coraz gęstsze rzędy nutek – na skrzypcach jest jeden, przyzwoity głos! :P
    a ćwiczę, bo mam obsesję na puncie kursów muzycznych – okazało się, że przyjeżdża moja Helen, Helen, Helen ukochana, czyli Mrs Helen Brunner, angielska profesor – która chodzi(ła, o ile pamiętam)w skarpetkach w paski, albo na boso, bo buty były niewygodne – zresztą przejęłam to po niej :P

    P.S. Well, if you ask, YES, I AM wearing a wig < lol >


    • RSS