kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2005

    a oto:…

    9 komentarzy

    nowa, niedzielna porcja anegdotek z Wesołego Kramiku:

    I
    Voltaire często odwiedzał króla pruskiego, Fryderyka Drugiego. W czasie tych wizyt zupełnie nie przestrzegał form obowiązujących na królewskim dworze, między innymi często spóźniał się na obiady. Pewnego razu, gdy spóźniony Voltaire wkraczał do sali jadalnej, Fryderyk wziął kredkę i na blacie stołu napisał: „Voltaire jest pierwszy osioł”. Na co V. dopisał: „Fryderyk drugi”.

    II
    X (zapomniałam nazwiska :|) był pewnego razu na koncercie skrzypka, dość marnego. Pytano go, jak mu się koncert podoba, na co odparł:
    - Ten skrzypek przypomina mi Paderewskiego.
    - Jak to! Przecież Paderewski nie umiał grać na skrzypcach!
    - Otóż to.

    III
    W 1904 roku dziennik Czas zamieścił sprawozdanie ze Szwajcarii, w którym donoszono, że szalał tam straszliwy orkan.
    Na drugi dzień zamieszczono sprostowanie do tego artykułu, brzmiało ono następująco:
    „Nie szalałem!
    z poważaniem,
    W. Orkan”

    Zagadka też wspaniała była :)

    Keeping up to date:
    ODPISAŁ MI MR SZNUK NA MEJLA, HA! Już drugi raz < lol > =D

    Byłam na Koncercie.
    K U B A J A K O W I C Z – to powinno mówić samo za siebie!!!
    Siedziałam z otwartą paszczą.

    Po Koncercie była mniej miła część – powrót do domu. Na przystanku sąsiednią ławeczkę zajmowały Dwa Spite Studenckie Stwory, które prowadziły ze sobą przedziwny dialog… a zresztą nie wiem, może takie dialogi są typowe dla Spitych Studenckich Sfer :P
    - Zapiję się na śmierć.
    - Nie, coś ty… życie jest takie piękne. [sic!]
    …później:
    - No stary, to ja już nie wiem, jak ci mam pomóc. (bawimy się w psychologa?)
    Puenta: jeden Studencki Zapity Stwór literally wyrzygał się na chodniczek.
    Żałosne :]
    P.S. W trakcie mojej rozmowy z BNS (Byłą Nauczycielką Skrzypiec, sekcja smyczkowa w Filharmonii Rzeszowskiej) podeszła do nas Pierwsza Wiolonczela… i powiedziała, że mnie pamięta, że tu grałam Bacha! < lol >

    …tak, jutro naprawdę będzie kolejny piękny dzień, albowiem jestem już po konkursie z angielskiego i nikt i nic nie jest w stanie zmącić mojego szczęścia! < lol >
    Na biutku stoi szklanka z dziwną, gęstą cieczą w kolorze… buraczanym, let’s say.. tak, właśnie – sokiem śliwkowym – ostatnio mam na jego punkcie kota. Tak jak i zresztą na punkcie Skaldów (what a coincidence, isn’t it? „Ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował, bo…” :])
    A dzisiaj na deser zamiast Gałczyńskiego będzie Młynarski – i jego tekst do piosenki Skaldów (kogóż by innego…)
    …eeeech. Chciałam Wam, moi złoci, dać „Katastrofę”, ale nie mogę znaleźć… zamiast tego będzie „Bas”.

    Pewien bas, belcanta eks – król
    poczuł raz frustrację i ból,
    że już dziś, co za wstyd,
    nie zachwyca nim się nikt.
    Lecz ten bas, niech każdy to wie
    mówić „pas” nie myślał, o nie!
    walczyć jął niby lew
    by świat wielbił jego śpiew…

    Ludzie, co nie odróżniali
    La Palomy od La Scali,
    przerażeni przystawali,
    słuchając, jak bas
    co dzień, raz po raz
    belcanto doskonali…

    Mijał czas w czekaniu na cud,
    a nasz bas mizerniał i chudł.
    Ale wciąż, co za wstyd,
    nie zachwycał nim się nikt.
    Aż się raz odmienił spraw bieg.
    Z nieba zszedł Puccini i rzekł:
    po coż cię trafia szlag,
    spróbuj basie śpiewać tak…

    Ludzie, co nie odróżniali
    La Palomy od La Scali,
    zachwyceni przystawali,
    a potem – hop – siup
    stworzyli fan – club
    i piano w nim śpiewali.

    Jako morał co dzień rano
    powtórz sobie prawdę znaną,
    ale rzadko stosowaną:
    nie zawsze twój bas
    dociera do mas -
    czasami trzeba piano…

    Czyli: już po bierzmowaniu. Koniec z nowenną, z odpytywaniem, z próbami do bierzmowania po raz n – ty… no i mogę być z siebie dumna – pamiętałam, że trzeba powiedzieć „Amen” i „I z duchem twoim” < lol > . A’ propos…

    Stoimy sobie kiedyś na takiej próbie w kościele z Bliźniaczkami i innymi gadami. Ksiądz proboszcz bierzmuje nas „próbnie”. Mówi coś. Widzimy, że inne dzieci coś tam mu odpowiadają, ale nie zajrzałyśmy do katechizmu przed próbą, więc my ani be, ani me. Wychwyciłyśmy tylko słowo „amen”. Ksiądz dochodzi do mnie, wygląda to tak:
    ksiądz: (……. < cośtamcośtam… > )
    ja (dumna i blada): amen.
    ksiądz: pokój z tobą.
    ja: ??? < zonk >
    Wszyscy się na mnie patrzą, chichoczą się, i w ogóle w kościele panuje ogólna radość. Ksiądz patrzy się na mnie tym swoim sławnym małpim uśmiechem, w końcu podpowiadają mi, co mam powiedzieć, i.. uff… a guzik, wcale nie uff, bo ksiądz dla pewności wybierzmował mnie jeszcze dwa razy :P

    A oprócz tego we czwartek mam konkurs z angielskiego, i jak mi nie pójdzie dobrze, to z zemsty zamieszczę tu cały tekst swojego speecha – trzymajcie więc kciuki :]

    bye for now,

    Zaznaczam, że zarządzam, co następuje:

    I
    Podczas zebrań towarzyskich nie wolno wieszać psów na nieobecnych, czyli tychże nieobecnych zohydzać, ośmieszać i „wykańczać”.

    II
    Nie wolno wystawiać idiotycznych i nudnych sztuk teatralnych.

    III
    W pobliżu domów zamieszkanych przez poetów i malarzy nie wolno hałasować, grać na katarynkach i harmoniach oraz urządzać awantur mogących zakłócić wewnętrzny spokój pracujących mistrzów.

    IV
    Zabraniam uprawiania satyry personalnej, polegającej na wzajemnym podgryzaniu się i podszczypywaniu się, tudzież pokazywaniu języka.

    V
    Nie wolno opowiadać starych kawałów.

    VI
    Nie wolno gramolić się, kałapućkać, baj durzyć, piędrzyć i gonić w piętkę.

    VII
    Zakazuje się również kategorycznie wszelkiego mętniactwa, pleplesji, koturnu i lipy.

    VIII
    Zabraniam takoż niniejszym jakiegokolwiek zaglądania przez dziurkę od klucza oraz: mizdrzenia się, używania brylantyny do włosów, rzucania się na szyję i dawania buzi z dubeltówki.

    IX
    Jednocześnie przypominam, że:
    Nie wolno zadzierać nosa i klepać po ramieniu.

    X
    Nie wolno zawieruszać się, babieć i ramoleć.

    XI
    Nie wolno w obecności osób nerwowych przygrywać na następujących instrumentach, a to: symfonałach, organach hydraulicznych, cymbergajach i tzw. dudach portugalskich.

    XII
    Nie wolno opowiadać tasiemcowych wspomnień z życia osobistego, ponieważ to nikogo nic nie obchodzi.

    XIII
    Nie wolno zanudzać na śmierć.

    XIV
    Nie wolno bimbać sobie.

    XV
    Nie wolno intrygować, podlizywać się, donosić, podszczuwać, podbechtywać i rozmigdalać się.

    XVI
    Nie wolno napuszczać.

    XVII
    Nie wolno używać takich słów, jak: zagadnienie i koncepcja. Trzeba pracować.

    XVIII
    Rozporządzenie niniejsze wchodzi w życie z dniem ogłoszenia. Pismom stołecznym i prowincjonalnym nakazuję przedruk niniejszego, w całości, bez skrótów i głupich komentarzy. W stosunku do nie stosujących się będę wyciągał jak najdalej idące konsekwencje. Pieczęć
    Na oryginale podpisałem własnoręcznie:
    Karakuliambro
    członek KDK

    Konstanty Ildefons Gałczyński
    1948

    P.S. Na razie wspomagam się intensywnie Gałczyńskim, bo nie mam nic ciekawego do napisania, a: patrz p. XII.

    - Powiedz mi, jak mnie kochasz.
    - Powiem.
    - Więc?
    - Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec.
    Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
    W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
    W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
    I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
    I gdy jajko roztłukujesz ładnie -
    nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
    W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
    I na końcu ulicy. I na początku.
    I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
    W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.
    W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.
    Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
    I wiosną, kiedy jaskółka przylata.
    - A latem jak mnie kochasz?
    - Jak treść lata.
    - A jesienią, gdy chmurki i humorki?
    - Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.
    - A gdy zima posrebrzy ramy okien?
    - Zimą kocham cię jak wesoły ogień.
    Blisko przy twoim sercu. Koło niego.
    A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.

    Konstanty Ildefons Gałczyński
    Leśniczówka Pranie, 1950

    Otóż co do kościoła, to uznałam, że taka duża dawka, jak dwa nabożeństwa w ciągu dwóch dni stanowczo mi wystarczy i dzisiaj się już do kościoła nie rwałam, tym bardziej, że miałam nartki. Ale o tym później, na razie o piątkowej nowennie :]
    Po nabożeństwie wkroczył do akcji ksiądz proboszcz, postrach miejscowej młodzieży, i rozpoczął tzw. pogadankę wychowawczą. Padały w niej takie oto hasła: „Dudni jak w studni!”, „Szczury nie pójdą do bierzmowania!” <…miło?>
    A teraz o nartkach, jeżdziło się wyśmienicie, najbardziej na wyciągu – jeźdździłam z niejaką M., której systematycznie zajeżdżałam drogę (Ty mi też, M., nie zapominaj o tym!) – aż w końcu, gdy zapatrzyłam się na niejakie M2 i G., zaowocowało to <>. Przez następne pół godziny gramoliłyśmy się ze śniegu, śmiejąc się, padając – wstając, zataczając się… ogólnie rzecz biorąc, humory nam dopisywały :]
    A na koniec zajechaliśmy stadnie do tzw. Słodkiego Domku, i nażarłam się lodów, które, jak powszechnie wiadomo, w Słodkim Domku są wyśmienite. <łoł!>

    Nie nalożało to do najmilszych przeżyć; stałam przy ścianie, a tuż nade mną wisiał jakiś olbrzymi, tandetny stroik ze sztucznych róż. Żeby uniknąć ciągłego zawadzania o ten stroik moim łbem, musiałam jakoś straszliwie zginać i przekrzywiać mój już i tak dostatecznie wykrzywiony kręgosłup – ledwo wytrzymałam. Na dodatek niedaleko mnie siedziała jakaś starsza pani, która odrobinkę za bardzo udzielała się w śpiewaniu pieśni – miała taki cieniutki głosik, zupełnie jak Profesor Umbridge z Harry’ego Pottera, i tak tym głosikiem niemiłosiernie fałszowała, że dosłownie it hurts my ears even to think about it.
    Oprócz tego: wczoraj byliśmy szkolnie na filmie „Aleksander”.. i cóż, nie dość, że przydługi i miejscami całkiem nudny, to na dodatek prezentowano w tym filmie aż za wielką tolerancję dla stosunków męsko – męskich… Jedynym (no, może było jeszcze parę innych… ale nie wdawajmy się w szczegóły) plusem był sam Aleksander, czyli Colin Farrel, a konkretnie jego appearance – było na czym oko zawiesić i odpocząć sobie od ohydnych momentów „wojennych”, w których odbywała się tak zwana „obszczaja rukopasznaja shwatka a’la maniere russe”.
    A jutro sobota; i z tego powodu mam (prawie) absolutnie dobry humor.

    since I last visited my weblog, so znowu zaczynam pisanie.
    Ostatnio cierpię z powrotem na chorobę szkolną, objawiającą się prawie całkowitym brakiem chęci do życia, spowodowanym przez szkołę (co by innego :]). Poza tym właśnie straciłam mój ukochany kolczyk (no dramat!) i w ogóle, jednym słowem, proszę Państwa, nudy.
    Macie:

    Teatrzyk Zielona Gęś

    ma zaszczyt przedstawić
    w ramach swej słynnej akcji wystaw objazdowych ręcznie malowany obraz olejny

    Dominika Indyka

    pt.

    „Leniwi literaci”

    Jak bywają kobiety tzw. chłodne,
    tak bywają i literaci w tym sensie.
    Oni wiodą życie staromodne,
    staropanieńskie i staroświeckie.

    Nie piszą nic. A jak mówią,
    To bardzo już w piętkę mówią.
    A gdy deszcz przyjdzie i starczy uwiąd,
    w nosach tragicznych dłubią.

    Zasłaniając się brakiem tematów,
    odsłaniają swe serca puste.
    Bez sensu kopcą i sterczą
    jak zgaszone świece przed lustrem.

    Przykro mi brać ich na cel.
    Przykro szalenie.
    W encyklopediach: pod L:
    LENIE.
    Obraz Dominika Indyka „Leniwi Literaci” został zakupiony przez Osiołka Porfiriona

    Konstanty Ildefons Gałczyński


    • RSS