kajus blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2004

    Po pierwsze, byłam dziś z wesołą kompanią na ślicznym koncercie – grał wiolonczelista, stypendysta i zdobywca pierwszych miejsc, szesnastolatek, naprawdę cudownie, i był naprawdę ładny. Aż miło popatrzeć – nie chodzi mi tylko o to, że był ładny, ale o to, jak przyciskał swoje palce do strun wiolonczeli, z jaka pasją grał, jaki miał wyraz twarzy, jak się cieszył z tego, że może grać taką cudowną muzykę. Taki. Uduchowiony. Szczęśliwy. Piękny – jak Apollo, młody bóg ;)
    No i poza tym było na czym oko zawiesić :P
    Z tego wszystkiego przejęłyśmy się i poszłam z G. po autograf – w końcu nadzieja i przyszłość polskich smyczkowców! =)
    Po drugie, co za… podpisał się w komentarzu do poprzedniej notki: „Ałszwiczek – Brzezinek”? Kiepski dowcip. O Auschwitz się nie żartuje. Tam przecież umierali ludzie!
    Chamstwo, i tyle.
    Po trzecie, jadymy do Malborka. Papa :* na jakiś tydzień :P
    Będzie oblężeniee!!!

    that a single man in posession of a good fortune must be in want of a wife.

    Oby to była prawda :P

    Kiedyś w radiu był konkurs na najsympatyczniejsze pieszczotliwe przezwisko. Któregoś dnia wygrał pan, który oznajmił, że swoją żonę nazywa Austinka – Bułhaczka – bo czyta Bułhakowa i Jane Austen. To ja mogłabym być Austinka – Niziurka.
    Wszystko zaczęło się od Football – free Zone na BBC Prime. Nadawali serial nakręcony na podstawie powieści Austen – Pride and Prejudice. Zachwyciłam się; zdołałam nagrać ostatni odcinek i zakochać się w głównym bohaterze :P oraz, oczywiście, podziwiać urodę głównej bohaterki (aczkolwiek straciła nieco, gdy zobaczyłam jej zdjęcie – dowiedziałam się, że na planie nosiła perukę i stąd te śliczne, czarne loczki okajające jej twarz; w rzeczywistości była blondynką z klapniętym „bobem”). Potem mama w dobroci serca kupiła swej spragnionej książek córeczce „Sense and Sensibility”, więc teraz brnę przez zdania długie na pół strony i odkrywam Jane Austen. Oprócz tego, wiedziona porywem serca, ściągnęłam sobie z internetu Pride and Prejudice i czytam, i właśnie skończyłam, i czuję, że mogłabym czytać do końca świata… i muszę sobie kupić książkę, bo siedzenie przed monitorem zaczyna mnie wykańczać :P

    Wejdźcie: cudowna strona:
    The Pride and Prejudice Paradise

    Uwielbiam Jane Austen.

    Obejrzałam. Kwintet iście zabójczy, jak również film. W radiowej Jedynce usłyszałam o nim mądrą opinię – iż jest to film o języku i porozumiewaniu się. Do niej się przychylam; na razie sama nic mądrego nie mogę wymyślić, więc opieram się na Szawłowskiej.
    Zachwyciła mnie:
    *postać wykreowana przez Hanksa. Elokwentny profesor to coś absolutnie dla mnie :P
    *Landlady – i końcowe sceny filmu, kiedy przychodzi do szeryfa i decyduje, że przekaże ponad milion dolarów na Uniwersytet Boba Jonesa (bodajże) – szkoły biblijnej =D
    *profesorska recytacja poezji Edgara Allana Poe w saloniku pełnym pań, które przyszły na herbatkę
    *zakończenie – zaskakujące, tak, jak powinno być :P i ten porządny kot!
    *muzyka – gospel – chyba kupię sobie płytę ze ścieżką dźwiękową
    *sceny z reklamą psiego pokarmu – „Otto wywalił kitę!” biedny Otto… szkoda, że nie pamiętam, jak to było po angielsku…
    *i długo, długo by wynieniać… jak mi jeszcze coś przyjdzie do głowy, to zmodyfikuję notkę :P
    A na koncercie w końcu nie byłyśmy. Pogoda była za bardzo rozleniwiająca.

    Od paru dni w niewielkim gronie spędzamy popołudnia na sali koncertowej w zamku, rozkoszując się dźwiękami płynącymi z instrumentów tak zwanych młodych smyczkowców biorących udział w kursach muzycznych. Stało się to wręcz tradycją. Przy okazji dyskutujemy na bardziej lub mniej mądre tematy tudzież zaśmiewamy się niezbyt uprzejmie i (mam nadzieję) niezbyt głośno z przeróżnych gaf scenicznych popełnianych przez konferansjera; na przykład ostatnio udało mu się „uśmiercić” pana walczącego z chorobą – „Pan X BYŁ…” :P
    Ostatnio po koncercie, który zaczął się wcześniej i tak samo skończył, wybraliśmy się na pizzę… a później na PLAC ZABAW koło przedszkola :P huśtaliśmy się na huśtawkach „siodełkach”… i Jot – jedyny Menszczyzna w naszym babskim gronie – z powodu przewagi, rzec by, wagowej (usiadł na jednej huśtawce z filigranowym Miśkiem, no a chłopy ważą więcej!) co chwilę lądował na ziemię i ubijał sobie część ciała, w której plecy tracą swą szlachetną nazwę :P na dodatek Misiek wdał się z nim później w walkę na parasole… cel: uderzyć przeciwnika w wyżej wynienione miejsce. Jot zamierzał się na nią w iście muszkieterskim stylu, lecz – biedaczek – przegrał… pomimo wyraźnego braku techniki u Miśka :P
    Dzisiaj rano natomiast zerwałyśmy się niczym skowronki i popędziłyśmy żegnać Jagielończyka, który w podróż długą a ciężką się wybiera. Potem pojechałyśmy do kina na Shreka 2… i muszę przyznać, że film wspaniały – aż wstyd się przyznać (ale się kryguję :P) ale się popłakałam! :P No i co za kopalnia cytatów. A do ludzi to czasami trzeba… a nawet nie wiem, jak trzeba. Piszą, żeby po napisach zostać w sali kinowej, a połowa ludzi poszła od razu – i nie mieli szansy zobaczyć tych fenomenalnych smokoosiołków! Kto oglądał, to wie, o co chodzi. A dzisiaj spędzamy kolejne popołudnie w sali koncertowej. Hip hip – hurra na cześć Brzewskiego!

    Z włoskiego nie jestem najlepsza, właściwie to znam tyle słówek, ile jest określeń tempa w muzyce. Ale, ale – poligloci są wśród nas :P
    Podziwiam takich ludzi, którzy uczą się sami. Bez nauczyciela. Nauczyciel zawsze ci jakoś pomoże (zło konieczne :P), masz z kim konwersować, omawiając te BLOODY obrazki, sprawdza ci wypracowania, prowadzi cię za rączkę po tym niezrozumiałym a tajemniczym świecie British English :P a bez niego? Kiedy z Miśkiem siedzimy sobie na lekcji angielskiego i nikt nas nie pilnuje, to najczęściej po prostu się obijamy. I nic nie umiemy. To znaczy umiemy, ale na pewno nie dzięki lekcjom angielskiego, gdzie nikt nas nie potrafi zmusić do pracy. Zmuszacz jest absolutnie konieczny w niektórych przypadkach.
    Wtrącenie: z życia nauczyciela. (oboje moi rodzice są anglistami)
    Pewnej nocy tata (ma skłonności do lunatyzmu) wyrzekł nieświadomie następujące zdanie: „I bought two cans of cola. Jennie, repeat, please.”
    Mama nie wiedziała, co o tym myśleć, toteż zachowała milczenie. Tata powtórzył: „Repeat, please!” Mama i tym razem milczała. Kiedy w końcu tata ponowił swą prośbę po raz kolejny, mama grzecznie odpowiedziała: „I bought two cans of cola”. Tata podziękował i zamilkł. Obsesja? :P
    A teraz z innej beczki. Moja mama zmarnowała pół życia na nauczenie mnie angielskiego. Powiedzieć można, że moja znajomość owego języka jest całkiem dobra, bez oporów konwersuję z obcokrajowcami, którzy od czasu do czasu zwalają się nam do domu, czytam książki po angielsku („Jam to, nie chwaląc się, uczynił!” :P), i dziwne wydaje mi się to, że inni angliści nie uczą swoich dzieci. Potem i dzieci, i angliści mają lepiej. Nie?
    Trochę nieskładna ta notka, i i tak do końca nie udało mi się powiedzieć tego, co chciałam, ale popracuję nad formą przekazu :P

    P.S. Nagłówek (temat) ma oczywiście związek z dorocznymi Kursami Mistrzowskimi imienia Zenona Brzewskiego w Łańcucie – i nierozerwalnie związanymi z nimi koncertami kursantów. Wczoraj był koncert finałowy pierwszego turnusu. Pani Muzyka rządzi Łańcutem.

    1. Osiem komentarzy??? Przez pięć dni??? Toście się nie postarali.

    —> Lorein: problemy z ciuchami – odwieczny problem kobiet(ek) :P

    —> Elle: urażona duma? :P

    —> Jagielończyk: a jednak mnie wzięłaś :P

    —> Niepozorna: cieszę się =)

    —-> Dukie: ja??? Olewam? Ja nikogo nie olewam, to inni mnie olewają :P

    —> Hekate: dziękuję :*

    —> Dekabrysta: Fak! Szit! Dam! Niee, chyba jednak nie =)

    —> Diabolique: już jestem :P

    2. Na wyjeżdzie były:
    -komary
    -mrówki
    -myszy
    -robale
    -pieski
    -babcia i dziadzio
    -śliczna pogoda
    -rzeka (mokro!)
    -duchy na poddaszu
    -boisko do siatki i badmintona
    -przepyszne lody (i nawet nie próbujcie pisać, że jedliście lepsze!)
    -i było baaaaaaaaardzo fajnie (wytarty zwrocik, ale bardzo na miejscu).
    Chyba o niczym nie zapomniałam, jak coś, Monik, to mi przypomnij =P

    =DDD

    Przed wyjazdem muszę się dobrze zastanowić, jakie mam wziąc ubrania.
    Klik! Po Butenkę w celu zrewidowania swych poglądów na ubieranie się.

    W związku z powyższym (wyjazdem, of kors) ogłaszam zawieszenie działalności bloga na ok tydzień, sztuk 1 (słownie: jeden tydzień; one week; une semaine; eine Woche). Pretensje wynikające z rozczarowania rzesz fanów domagających się nieustannie nowych postów :P prosimy umieszczać w komentarzach (mamy nadzieję zastać tychże po powrocie ilość ogromną).

    Kajetan I Cimcirymci Wielki
    vel kajusek =D

    Kocham burze. Och, jak to pretensjonalnie brzmi. Ale coż, rzeczywistość skrzeczy. W tej notce będę pisała, co mi ślina na język przyniesie. Dzisiaj mam prawo poczuć się jak światowej sławy projektantka mody; otóż przerobiłam już sobie jedną parę spodni dżinsowych tudzież bluzkę zieloną sztuk jeden. Wszystko obficie zakropione farbą samochodową w kolorze malinowym i turkusowym (ładnie brzmi, prawda?)Kończę. Wyjdź z telewizorków. Wtajemniczeni nie wiedzą, o co chodzi. Papa.

    Uch.

    8 komentarzy

    Ale ludzie są śmieszni. Ci, którzy wiedzą, o co chodzi, resztę dopowiedzą sobie sami :P a ci, którzy nie wiedzą, też to sobie mogą zinterpretować w sobie samym wiadomy sposób. Miłego interpretowania; ja oddalam się interpretować zagrywki Bliźniaków i Czardasza Montiego.
    Wierszyk:
    Życie jest piękne!
    A jeśli nie jest,
    to trzeba się wyspać
    i poczekać do jutra.

    Czy ja to juz mówiłam? :P
    Pozdrowienia zasyła:

    Są śliczne. Ciemnobrązowe, lekko wpadające w rudy. Malutkie, jak na całe skrzypce. Mają błyszczący dźwięk, jak to określił lutnik, i jakimś cudem wpasowały mi się do ręki. W ogóle – to jest bardzo dziwne, mieć skrzypce. Już się przyzwyczaiłam do pożyczania ich ze szkoły muzycznej. A teraz skrzypce są tylko i wyłącznie moje, nie muszę się martwić, jeśli urwie się struna i strzeli jakiemuś niewdzięcznemu słuchaczowi w pysk, mogę nawet roztrzaskać je w przypływie szału twórczego (tak podobno zrobił Diavolo Paganini ze Stradivariusami). Teraz ślęczę nad nutami i wygrzebuję wszystkie stare utworki z szczęśliwych czasów szkoły muzycznej, i gram, i gram, i gram, aż mnie szyja boli. Będę miała pewnie taką szyję skrzypka :P czerwoną, opuchniętą, obolałą i w ogóle. W ogóle jestem szczęśliwa. Hehe, dobry dowcip :P


    • RSS